– Mamuś, weźmiesz dzieciaki na trochę, jak będą miały już wolne od szkoły? – pytała moja córeczka, Malwina.
WIDEO…
– Z przyjemnością kochanie! Dla Stasia i Poli moje drzwi zawsze są otwarte – wypaliłam wesoło.
– Na pewno? To nie będzie kłopot? Ze dwa tygodnie by posiedzieli, a znam swoje dzieci. Potrafią zaleźć za skórę, nawet jak ktoś ma anielską cierpliwość – zastrzegała.
– Żaden kłopot! Chętnie się nimi zajmę i trochę ich rozpieszczę babcinym sercem – odpowiedziałam.
Od zawsze tak było, że moja miłość do wnuków była bezgraniczna i zawsze chętnie pomagałam córce przy nich. Uwielbiałam spędzać z nimi czas. Kochałam je bardzo. Polcia była grzeczną, życzliwą i uśmiechniętą dziewczynką, a Staś to taki trochę mały naukowiec. Grzebał w bibliotece i wynajdywał jakieś stare książki, pytał o wszystko i był bardzo elokwentny. Długie lata myślałam, że mam najcudowniejsze wnuczęta w kraju, a kto wie, może i na całym świecie. Nawet sąsiadkom się podobały i trochę je nawet po cichu pewnie zazdrość zżerała, że takie miłe dzieciaki z nich rosną.
– Toż to złote dzieci! – nachwalić się nie mogły. – Grzeczne, że aż strach, a i rozumne takie!
– No musze się z wami zgodzić – kiwałam głową z uśmiechem od ucha do ucha.
Dojrzewanie to był ciężki czas
Niestety ta idylla trwała dość krótko. Kiedy Staś i Pola poszli do szkoły, zwłaszcza do klas starszych, nasz kontakt stawał się rzadszy i mniej czuły. Byli coraz bardziej zdystansowani, można powiedzieć.
– A nie chcielibyście się wybrać w sobotę zobaczyć zwierzątka w zoo? Albo iść na film kinowy?
– Sorki, ale w sobotę mam imprezę urodzinową – wykręciła się Pola.
– Ja idę z kolegami na hip-hopowy koncert – zawtórował Stanisław.
Niby to normalna sprawa, że dzieci dorastają i zaczynają żyć własnym życiem, ale… jakoś tak przykro mi się zrobiło. Już nie byłam ich największą przyjaciółką, ulubioną babcią od zabawy i śmiechu… Stawałam się tylko sędziwą, gderliwą babiną, która ciągle marudzi im nad głową, że dzisiejsza młodzież to już nie to co kiedyś… Nie miałam zamiaru stać się kimś takim. Niestety moje rozgoryczenie było coraz większe, a ja nie wiedziałam, co z tymi wszystkimi uczuciami robić. Szczególnie, gdy naszła mnie taka refleksja, że teraz to już tylko jestem dla nich starym portfelem. Mili się robią dla mnie tylko, jak daję im pieniądze. I tyle.
Wiedziałam, że taka jest kolej rzeczy, bo młodym ludziom każdy pieniądz się przydaje. Nie zarabiali przecież jeszcze, tylko ciągle w książkach, a coraz bardziej dorosłe te ich potrzeby się stawały. A to jakieś wycieczki z ekipą, wypady na miacho, jak to mówili, czy też ciągłe wymienianie szafy. Co sezon coś modnego. Niestety smutno mi się robiło, jak myślałam, że tylko pieniądze mogą ich zatrzymać przy mnie na chwilę.
Ciągle ta myśl do mnie wracała. Zdecydowałam, że zrobię coś więcej. Było to może niezbyt rozsądne, ale za to naprawdę od serca. Żeby mieli coś ode mnie, coś dużego, ważnego, coś na zawsze. Niedługo będą dorośli, będą potrzebować swojego miejsca do życia, dla własnych rodzin, a ich rodziców raczej nie stać, żeby ich aż tak wspomóc. Może dzięki temu nasze relacje wskoczą na nowy poziom? Albo choć będą życzliwsze na co dzień.
– Czyś ty na głowę już zupełnie upadła? Przepiszesz na nich swój dom? – siostra Emilia jak zwykle twardo stąpała po ziemi, gdy zdradziłam jej swoje zamiary rozmawiając przez komórkę. – A jak cię wyproszą, to gdzie ty pójdziesz? Pod most? Albo w domu starców, ale państwowego, bo prywatnego nikt ci nie opłaci.
– Nie przesadzasz przypadkiem? To moje wnusie ukochane! Przecież dadzą mi tu mieszkać do śmierci – odpowiedziałam jej nieco zirytowana.
– Taa… już ja znam te wszystkie wnusie ukochane i te wszystkie historie jak się później kończą. Z rodziną to tylko na zdjęciu. I tak sama zdecydujesz, ale potem mi nie mów, że cię nie ostrzegałam.
Myślałam, że wiem, co robię
Poczekałam jeszcze, aż Polcia też skończy osiemnaście lat. Musieli być dojrzalsi oboje, aby móc ten mój duży prezent od serca docenić.
– Moi drodzy, trochę nad tym myślałam i w końcu zdecydowałam. Przepiszę mój dom na was, jeśli dacie mi w nim, rzecz jasna, pomieszkać do końca swych dni – powiedziałam uroczyście uśmiechając się szeroko.
– Naprawdę, babciu? Twój dom to chyba kosztuje całkiem sporą sumkę – Stanisław prawie się zachłysnął z przejęcia.
– Może nie jakąś nie wiadomo jaką, ale ma trochę metrów, dbam o niego, a i mój mąż świętej pamięci, regularnie go remontował. Ogród jest całkiem duży i w dobrej okolicy. Także solidny zastrzyk pieniężny z tego może być, jeśli sprzedacie, a potem się podzielicie. A może kiedyś będziecie chcieli tu zamieszkać? Oczywiście do niczego was nie zmuszam, tylko pokazuję możliwości. Będziecie coś mieli na dorosłe życie. Start będzie łatwiejszy, a ja się będę tylko cieszyć – mówiłam, pijąc małymi łyczkami swój napar z lipy.
Dzieci zaczęły mi dziękować wylewnie i rzucać mi się w ramiona niemal ze łzami w oczach. Zrobiło mi się tak ciepło na sercu, jak już nie pamiętam kiedy ostatnio. Chyba jak byli mali… To mnie tylko utwierdziło w mojej decyzji, bo moje wnuki są przecież najukochańsze na świecie. Rzeczywiście przez jakieś dwa lata, po tym moim prezencie, Staś i Pola często mnie odwiedzali. A to przychodzili na herbatkę, a to pytali czy mi nie zrobić zakupów, a to dawali mi jakieś podarki. Powoli jednak, bardzo powoli, te wizyty stawały się rzadsze. Tak jakby znowu zapominali o swojej starej babci…
– Babciu, naprawdę, nie dam rady się u ciebie pojawić, ciągle coś się dzieje. Jadę w delegację, mam też imprezę integracyjną, a pod koniec miesiąca jedziemy z Pawłem na taki mini urlop – wymieniała Pola.
– No jak mus, to mus, wnuniu kochana – mówiłam, choć serce mi drżało ze smutku.
Nie wiem, czy oni sobie zdawali sprawę, że tych wspólnych dni przed sobą mamy coraz mniej. Kto ich tam wie? Może właśnie to im było na rękę? Miałam takie czarne myśli. Jak człowiek sam siedzi i nie ma się do kogo odezwać, to go różne myśli nachodzą. Bywali u mnie coraz rzadziej, a ich rozmowy przez telefon były coraz bardziej zdawkowe.
– Nie dramatyzuj, przynajmniej masz dach nad głową. Mógł cię czekać gorszy scenariusz, a ja wiem co mówię – prawiła moja przewidująca siostrzyczka.
– Czy ja chcę od życia tak wiele? Odrobinkę uwagi, życzliwości, zainteresowania kapeczkę… Jak tak koleżanki mi opowiadają, jak ich wnuczętą ciągle chętnie do nich wpadają, a nawet nocują, to mi się robi jednak przykro. I one jeżdżą do nich, a to na Boże Narodzenie, a to na jakieś urodziny, czy w wakacyjnych terminach… Mnie nigdy nikt jeszcze nie zaprosił nawet do swojego mieszkania na obiad, a co dopiero… – wylewałam wszystkie swoje żale.
A figa z makiem, a nie dom!
Rzadko mnie odwiedzali, ale gdy im stuknęła magiczna trzydziestka, nagle zaczęli do mnie częściej dzwonić. Nie miałam pojęcia, o co im chodzi, ale potem zrozumiałam aż za dobrze.
– Cześć babciu! Dajesz sobie radę ze wszystkim? – kiedyś zapytał mnie Staś.
– A co mam sobie nie dawać? Daję – dziwiłam się.
– Różnie bywa… Niektórzy wolą się przenieść na starość do domu opieki. Mają tam towarzystwo, lekarzy na miejscu i całodobową pomoc. – powiedział, a mnie aż zatkało z wrażenia.
– A po co mi wnusiu dom opieki? Co to ja jakaś niesprawna jestem? Radzę sobie ze wszystkim, mam się dobrze. Co ci przychodzi do głowy? – czułam się zawiedziona i chyba to było słychać w moim głosie.
– Tak, tak. Zwyczajnie martwię się o ciebie… Gdyby coś było gorzej, albo nie będziesz dawać rady sama w tym dużym domu, to po prostu powiedz. Nie ma się co wstydzić. Już my z Polcią zadbamy, żebyś trafiła do dobrego miejsca. Mówiłem jej o tym i całkowicie się ze mną zgadza w tej kwestii – rezolutnie mi odpowiedział łaskawca.
– Zgadza się z tobą powiadasz? A nawet nie zapytała jak ja sobie radzę? Ciekawe – podsumowałam gorzko.
– Nie ma się co obrażać, babciu. Taka jest kolej rzeczy. Martwimy się o ciebie i chcemy o ciebie zadbać. Chyba nic w tym złego? Mogłabyś się potknąć, albo zasnąć, gdy garnek na gazie. Takie rzeczy się zdarzają w tym wieku – wnuk kompletnie nie zrozumiał mojej aluzji.
Pewnie im zależy tylko na tym, żebym już dała sobie spokój z tym domem, a wtedy oni będą go mogli sprzedać. Pazerne pasożyty! Byłam wściekła jak nigdy i pożegnałam się raz-dwa, mówiąc, że boli mnie głowa. A potem do wieczora się jeszcze trzęsłam ze złości. Dasz smarkaczom palec, to będą żądać całej dłoni i to z ramieniem najlepiej… Przykre uczucie i nie chodziło mi wcale o dom. Bo nie byłam taka zupełnie zaślepiona miłością do wnucząt i umieściłam w dokumentach zapis, który dawał mi możliwość mieszkania na moich włościach do końca mich dni. Byłam jednak rozczarowana i zirytowana tym, co oni wyczyniali i jak chcieli się mnie stąd pozbyć. Zamierzałam tu jeszcze trochę sobie pomieszkać, a jestem z długowiecznej rodziny. Na przekór pazernym smarkaczom!
Halina, 70 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie chciałam robić afery o chwasty, ale siostra zaczęła. Wyrwałam kurdybanek i naszą relację z korzeniami”
- „Przy niedzielnym rosole ogłosiłam swój awans. Teściowa odburknęła, że dom zarośnie brudem, a mąż będzie głodny chodził”
- „Na majówce w Istrii spotkałam dawną miłość i uczucia wróciły. Problem w tym, że mój mąż spał pokój obok i wszystko słyszał”



























