Reklama

Patrzyłam na ośnieżone szczyty Tatr, które miały przynieść mi ukojenie, a czułam jedynie narastający ucisk w żołądku. To nie była choroba wysokościowa ani zmęczenie po podróży. To był stres wywołany dźwiękiem otwieranego laptopa i charakterystycznym kliknięciem myszki, które zwiastowało kolejne podsumowanie dnia. Zamiast cieszyć się zapachem grzanego soku z przyprawami i widokiem Krupówek, zastanawiałam się, czy paragon za gofry został odpowiednio zarchiwizowany. Mój mąż nie zabrał mnie na romantyczny wyjazd. Zabrał mnie na audyt finansowy, w którym każda złotówka była oglądana pod światło, a spontaniczność umierała w rubrykach arkusza kalkulacyjnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten wyjazd będzie końcem pewnej epoki w moim życiu.

Zimowy wyjazd w góry miał być oddechem

Wszystko zaczęło się dość niewinnie, jeszcze na etapie planowania. Tomasz zawsze był zorganizowany. Kiedyś, na początku naszej znajomości, imponowało mi to. Podczas gdy inni faceci zapominali o rezerwacjach stolików czy biletach do kina, on miał wszystko dopięte na ostatni guzik. Czułam się przy nim bezpiecznie. Wydawało mi się, że jego skrupulatność to wyraz troski o naszą przyszłość. Kiedy braliśmy kredyt na mieszkanie, jego tabelki w Excelu ratowały nas przed chaosem. Wtedy to miało sens. Mieliśmy wspólny cel, duże zobowiązanie i potrzebę kontroli budżetu.

Jednak z biegiem lat, gdy nasze kariery nabrały tempa, a pensje przestały być, delikatnie mówiąc, głodowe, jego podejście nie ewoluowało. Wręcz przeciwnie, zabetonowało się. Stałam się dla niego nie tyle partnerką, co wspólnikiem w spółce z ograniczoną odpowiedzialnością, gdzie walutą była każda wydana złotówka. Zimowy wyjazd w góry miał być oddechem. Pracowałam ostatnio ponad siły, prowadząc duży projekt marketingowy. Marzyłam o cieple kominka, skrzypiącym śniegu pod butami i braku zasięgu. Tomasz zgodził się na urlop, ale pod warunkiem, że on zajmie się logistyką. Zgodziłam się z ulgą, nie chcąc tracić czasu na przeglądanie ofert. To był mój pierwszy błąd.

Kiedy wysłał mi plik z planem wyjazdu, powinnam była zauważyć czerwoną flagę. Zamiast zdjęć hotelu czy opisu atrakcji, otrzymałam arkusz kalkulacyjny z prognozowanym budżetem, rozbitym na kategorie: paliwo, nocleg, wyżywienie, karnety, inne. Rubryka inne wynosiła okrągłe zero złotych. Już wtedy poczułam ukłucie niepokoju, ale zrzuciłam to na karb jego inżynierskiego umysłu. Przecież kochał mnie, prawda? Po prostu tak wyrażał swoją miłość – poprzez dbanie, byśmy nie zbankrutowali. Tak sobie to wtedy tłumaczyłam, siedząc w kuchni i patrząc na ten nieszczęsny plik na ekranie telefonu.

Nie chciałam psuć atmosfery

Do Zakopanego dotarliśmy późnym popołudniem. Mimo zmęczenia, góry przywitały nas słońcem przebijającym się przez chmury i tą specyficzną, rześką atmosferą, którą uwielbiam. Moja radość trwała jednak krótko. Pensjonat, który wybrał Tomasz, znajdował się daleko od centrum i wyciągów. Pokój był czysty, ale tak mały, że musieliśmy wchodzić do niego na zmianę, by nie obijać się o meble.

– Zobacz, jaka okazja – powiedział, rozpakowując walizkę. – Zaoszczędziliśmy trzysta złotych względem tego hotelu bliżej stoku. Przeliczyłem to. Nawet doliczając koszty dojazdu busem, jesteśmy dwieście czterdzieści na plusie.

Uśmiechnęłam się blado. Dwieście czterdzieści złotych. Tyle kosztował mój komfort, mój czas spędzony na dojazdach w zatłoczonych busach i brak widoku na góry, który zastąpiła ściana sąsiedniego budynku. Ale nie chciałam psuć atmosfery. Był pierwszy dzień. Prawdziwy dramat rozegrał się następnego ranka przy kasach biletowych. Kolejka wiła się jak wąż, ludzie przestępowali z nogi na nogę, a ja marzyłam tylko o tym, by wpiąć narty i poczuć wiatr na twarzy. Kiedy przyszła nasza kolej, wyjęłam kartę, żeby zapłacić za nas oboje. Mamy wspólne konto na wydatki domowe, ale też swoje prywatne. Chciałam użyć wspólnego, bo to przecież wspólny wyjazd.

– Czekaj – Tomasz położył rękę na moim nadgarstku, zatrzymując mnie. Wyjął telefon i włączył kalkulator. – Ty jeździsz wolniej. Zrobisz pewnie cztery zjazdy na godzinę, ja zrobię sześć albo siedem. Kupowanie karnetu całodziennego dla ciebie jest nieekonomiczne. Lepiej weź punktowy, a ja wezmę czasowy na cztery godziny. Potem zobaczymy.

Ludzie za nami zaczęli wzdychać i szurać nartami. Kasjerka patrzyła na nas z mieszaniną zniecierpliwienia i politowania.

– Tomek, proszę cię – szepnęłam, czując, jak pieką mnie policzki. – Weźmy dwa całodzienne i miejmy spokój. Chcę jeździć, nie liczyć.

Ale to bez sensu, Agata. Przepłacisz czterdzieści złotych. To jest matematyka, z tym się nie dyskutuje.

Kupiłam ten karnet punktowy, żeby tylko przestał gadać i blokować kolejkę. Przez pierwszą godzinę na stoku nie potrafiłam się skupić na jeździe. Zamiast cieszyć się ruchem, liczyłam w głowie punkty. Czy ten zjazd był wart tych pieniędzy? Czy powinnam zjechać szybciej? Czy Tomasz teraz gdzieś tam na górze liczy moje tempo? Poczucie bycia ocenianą, nawet przez pryzmat wydanych złotówek, odebrało mi całą przyjemność.

Dla niego małżeństwo to transakcja

Wątek mojej przyjaciółki, Basi, jest tutaj kluczowy. Basia od lat powtarzała mi, że w związku pieniądze są ważne, ale nie mogą być ważniejsze od relacji. Ona i jej mąż mieli zupełnie inny układ. Czasem płacił on, czasem ona, nikt nie biegał z ołówkiem. Kiedyś uważałam to za lekkomyślność. Teraz zaczynałam im zazdrościć tej lekkości. Wspomnienie Basi wróciło do mnie trzeciego dnia, gdy po mroźnym spacerze weszliśmy do schroniska, by się ogrzać. Marzyłam o szarlotce na ciepło i wielkim kubku herbaty z cytryną. W środku było tłoczno, gwarno i przytulnie. Znaleźliśmy skrawek miejsca przy drewnianym stole.

Zamówiłam szarlotkę i herbatę. Tomasz wziął tylko wrzątek (miał własną torebkę herbaty w plecaku – „po co płacić dziesięć złotych za torebkę herbaty, to marża tysiąc procent”) i kanapkę, którą zrobiliśmy rano w pokoju. Przełknęłam ślinę, patrząc, jak wyciąga ten prowiant zawinięty w folię aluminiową. Czułam wzrok innych turystów. Nie chodziło o to, że nie stać nas na jedzenie w schronisku. Zarabialiśmy oboje bardzo dobrze. Chodziło o zasadę. Jego zasadę.

– Smacznego – powiedział, gryząc kanapkę z serem.

– Dzięki – mruknęłam, grzebiąc widelcem w cieście. Szarlotka smakowała wybornie, ale każdemu kęsowi towarzyszyła gorycz.

Kiedy przyszło do płacenia, wyciągnęłam portfel, chcąc uregulować rachunek za moje zamówienie.

– Zapłacę kartą za wszystko, żebyśmy mieli ślad w historii transakcji – powiedział Tomasz. – Potem wpiszę to do aplikacji i cię rozliczę. Twoja szarlotka i herbata to dwadzieścia osiem złotych. Mój wrzątek był za darmo. Więc wpiszę ci dług dwadzieścia osiem.

Spojrzałam na niego. Nie żartował. Siedział tam w swojej kurtce technicznej, zadowolony z siebie, traktując naszą wycieczkę jak delegację dwóch obcych sobie pracowników korporacji.

– Tomek... – zaczęłam powoli, starając się opanować drżenie głosu. – Jesteśmy małżeństwem od siedmiu lat. Czy naprawdę musisz wpisywać do aplikacji szarlotkę? Czy nie możemy po prostu... być?

– Porządek w finansach to podstawa spokoju, Agata. Dzięki temu wiemy, na czym stoimy. Nie chcę, żebyś czuła się, że cię utrzymuję, ani ja nie chcę czuć, że jestem wykorzystywany. Czysty układ.

Czysty układ. Te słowa dźwięczały mi w uszach jak wyrok. W jego mniemaniu sprawiedliwość polegała na aptekarskiej precyzji. W moim – na wzajemnym wsparciu i gestach, których nie da się wycenić. Zrozumiałam wtedy, że dla niego małżeństwo to transakcja. A ja byłam tylko drugą stroną umowy.

Nie miałam żadnej radości z ferii

Dni mijały, a ja czułam się coraz bardziej samotna. Wieczory, które miały być romantyczne, spędzaliśmy w pokoju, bo wyjście do restauracji było „nieopłacalne”, skoro mieliśmy dostęp do aneksu kuchennego. Gotowaliśmy więc makaron z sosem ze słoika, a Tomasz siedział przy laptopie i uzupełniał tabelki.

– Paliwo wyszło trochę więcej niż zakładałem, bo były korki na Zakopiance – mruczał pod nosem. – Będziemy musieli uciąć z budżetu na pamiątki. Właściwie po co nam pamiątki? Tylko zbierają kurz.

Punkt krytyczny nastąpił przedostatniego dnia. Spacerowaliśmy po Krupówkach. Był wieczór, padał gęsty śnieg, wszędzie świeciły się lampki. Było magicznie. Zamarzyłam o ciepłym oscypku, ale mąż zaraz rzucił komentarz:

– Daj spokój, przecież niedawno jadłaś obiad.

Udawałam, że tego nie słyszę. Potem zatrzymaliśmy się przy straganie z wełnianymi skarpetami i rękawiczkami. Zobaczyłam piękne, grube, góralskie skarpety z owczej wełny. Pomyślałam o mojej mamie, która zawsze marzła w stopy. Chciałam jej sprawić drobny prezent.

– Chcę kupić te skarpety dla mamy – powiedziałam, sięgając po parę w kolorze naturalnej bieli.

– Ile kosztują? – zapytał Tomasz, zanim zdążyłam dotknąć wełny.

– Czterdzieści złotych.

– Czterdzieści złotych za skarpety? – prychnął. – To jakaś fanaberia. Nie kupuj.

– Ale ja chcę. Chcę przywieźć jej prezent z gór – mój głos stwardniał.

– Agata, to nieracjonalne. Nie zgadzam się na wyrzucanie pieniędzy w błoto ze wspólnego budżetu wyjazdowego. Jeśli chcesz, kup to ze swoich absolutnie prywatnych środków.

Wtedy to się stało. Czas zwolnił. Patrzyłam na jego twarz oświetloną blaskiem latarni i nie widziałam mężczyzny, którego kochałam. Widziałam księgowego. Widziałam kogoś, kto pozbawił mnie każdej iskry spontaniczności. Kogoś, kto wyceniał moje uczucia do matki na dwadzieścia złotych różnicy w cenie skarpet. Kupiłam te skarpety. Zapłaciłam gotówką, którą miałam schowaną w kieszeni kurtki. Nie powiedziałam ani słowa. Przez resztę spaceru szłam metr za nim. On coś mówił o cenach oscypków, a ja byłam już myślami zupełnie gdzie indziej. Próbowałam przypomnieć sobie, kiedy ostatnio czułam się przy nim beztrosko. Kiedy śmialiśmy się do łez, nie martwiąc się, ile to kosztuje? Pustka w głowie była przerażająca. Nie miałam żadnej radości z ferii. Pamiętałam tylko ceny. Cenę parkingu, cenę toalety, cenę herbaty.

Zrobiłam w głowie własny bilans

Droga powrotna upłynęła w ciszy przerywanej monologami Tomasza o tym, jak świetnie udało nam się zmieścić w budżecie.

– Widzisz? – mówił, klepiąc kierownicę w rytm muzyki z radia. – Dzięki temu, że nie jedliśmy codziennie w knajpach i wybraliśmy ten tańszy nocleg, zaoszczędziliśmy łącznie prawie osiemset złotych. To świetny wynik. Możemy to wpłacić na konto oszczędnościowe albo nadpłacić ratę kredytu.

Patrzyłam przez szybę na mijane drzewa i czułam, jak wzbiera we mnie fala zimnego spokoju. To nie była złość. Złość jest gorąca, impulsywna. To, co czułam, było chłodną kalkulacją – dokładnie taką, jakiej nauczył mnie Tomasz. Zrobiłam w głowie własny bilans. Po stronie zysków: osiemset złotych oszczędności (według Tomasza), nowe skarpety dla mamy. Po stronie strat: zmarnowany urlop, zszargane nerwy, poczucie upokorzenia w schronisku, brak intymności, śmierć romantyzmu, samotność we dwoje. Wynik był jednoznaczny. Ten związek był nierentowny. Generował straty emocjonalne, których nie dało się pokryć żadną nadpłatą kredytu. Gdy weszliśmy do mieszkania, Tomasz od razu usiadł do komputera.

– Daj mi chwilę, zrzucę dane z aplikacji i wyślę ci ostateczne rozliczenie. Będziesz musiała mi przelać trzysta czterdzieści dwa złote i pięćdziesiąt groszy, żebyśmy byli na zero.

Stanęłam w progu salonu, wciąż w kurtce. Walizka stała obok mnie.

– Nie – powiedziałam cicho.

Tomasz przestał pisać i odwrócił się na krześle.

– Co „nie”?

– Nie przeleję ci tych pieniędzy. I nie będziemy już na zero.

– O czym ty mówisz? Przecież umawialiśmy się...

– Ty się umawiałeś. Ze swoimi tabelkami. Ja mam tego dosyć, Tomek. Mam dosyć dzielenia rachunku za herbatę, mam dosyć jedzenia kanapek w pokoju, żeby zaoszczędzić dwadzieścia złotych, mam dosyć tego, że traktujesz nasze życie jak przedsiębiorstwo. Wyprowadziłeś z naszego związku wszystko, co było w nim cenne, w imię oszczędności. Jesteś tak skupiony na tym, by nie stracić grosza, że straciłeś mnie.

W jego oczach zobaczyłam autentyczne zdziwienie. On naprawdę nie rozumiał. Dla niego to wszystko było logiczne, racjonalne. Moje emocje były dla niego błędem w obliczeniach.

– Przesadzasz. Jesteś zmęczona podróżą – machnął ręką. – Wyśpij się, jutro pogadamy.

Ale ja wiedziałam, że jutra w tym układzie już nie będzie.

Nie podzielimy tego rachunku na pół

Następnego dnia rano, kiedy Tomasz wyszedł do pracy (oczywiście zabierając ze sobą kanapki i kawę w termosie), ja wzięłam urlop na żądanie. Nie rozpakowałam walizki z gór. Zamiast tego wyjęłam z niej narciarskie spodnie i włożyłam miękki szlafrok, strój kąpielowy i ulubioną książkę. Usiadłam przed komputerem. Nie otworzyłam jednak tabelki. Weszłam na stronę luksusowego hotelu spa, oddalonego o sto kilometrów od naszego miasta. Tego samego, o którym marzyłam od lat, a który Tomasz zawsze kwitował słowem: „fanaberia”.

Cena za weekend była astronomiczna. Obejmowała masaże, zabiegi na twarz, nieograniczony dostęp do strefy wellness i wykwintne kolacje. Patrzyłam na kwotę końcową. Była równowartością połowy naszej raty kredytowej. Serce biło mi mocno. Ręka mi drżała, gdy wpisywałam dane karty. Nie mojej prywatnej. Użyłam wspólnej karty kredytowej – tej, która miała być na „czarną godzinę”. Uznałam, że właśnie nadeszła. To była godzina ratowania mojego samopoczucia. Kliknęłam „Rezerwuj i zapłać”. Dźwięk potwierdzenia brzmiał dla mnie jak fanfary zwycięstwa.

Napisałam krótką wiadomość do Tomasza: „Wyjechałam. Nie czekaj z kolacją. Potrzebuję czasu, żeby przemyśleć nasz bilans. I nie, nie podzielimy tego rachunku na pół.”

Nie pozwolę, by wyceniał moją radość

Dojazd do hotelu zajął mi niecałe dwie godziny. Kiedy weszłam do lobby, uderzył mnie zapach trawy cytrynowej i ciche dźwięki muzyki relaksacyjnej. Nikt nie pytał mnie, czy to się opłaca. Recepcjonistka podała mi ciepły ręcznik do rąk i czekoladki na powitanie.

W pokoju czekało na mnie wielkie łóżko z widokiem na las. Żadnych sąsiednich ścian, żadnych kompromisów. Zamówiłam obsługę do pokoju – sałatkę z kozim serem i krewetki. Nie patrzyłam na ceny w menu. Jadłam powoli, delektując się każdym kęsem, nie myśląc o tym, czy w markecie kupiłabym te składniki taniej. Telefon dzwonił bez przerwy. Tomasz. Najpierw były to wiadomości pełne pytań, potem pretensji o wydanie pieniędzy z karty kredytowej, a na końcu – gdy milczałam – pojawił się lęk. Pierwszy raz w życiu nie miał kontroli. Nie mógł wpisać mojego zachowania w żadną rubrykę.

Wieczorem zeszłam do strefy spa. Zanurzyłam się w jacuzzi. Ciepła woda otuliła moje ciało, bąbelki masowały zmęczone mięśnie. Zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie ten moment w górach, przy kasie, gdy liczył minuty moich zjazdów. Jaki to był absurd. Jak bardzo pozwoliłam sobie wejść na głowę. W tej ciszy, przerywanej jedynie szumem wody, dotarło do mnie coś ważnego. Pieniądze są po to, by służyły życiu, a nie odwrotnie. Przez lata odkładałam życie na później, oszczędzając na nieokreśloną przyszłość, podczas gdy teraźniejszość przeciekała mi przez palce.

Wyszłam z wody i owinęłam się grubym, puszystym szlafrokiem. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam na zmęczoną, ale w moich oczach pojawił się błysk, którego dawno tam nie widziałam. To była determinacja. Nie wiedziałam jeszcze, czy wrócę do Tomasza. Może tak, jeśli zrozumie, że nasz związek potrzebuje gruntownej reformy, a nie audytu. A może nie, jeśli okaże się, że on kocha swoje pieniądze bardziej niż mnie. Ale jedno wiedziałam na pewno – nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś wyceniał moją radość. Zamówiłam kolejną herbatę. Kosztowała dwadzieścia pięć złotych. Smakowała wolnością.

Agata, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama