„Nigdy więcej nie puszczę męża samego do sanatorium. Myślałam, że uwiodła go jakaś kuracjuszka, ale było gorzej”
„Jednego jestem pewna. Nigdy więcej nie puszczę Tadeusza samego do sanatorium. Jeśli będzie musiał jechać, jadę z nim. Będę go pilnować na każdym kroku, sprawdzać, z kim pije kawę i o czym rozmawia. Boję się pomyśleć, z czym mógłby wrócić następnym razem. Może z planami budowy rakiety kosmicznej? Albo z hodowlą strusi?”.

- Redakcja
Myślałam, że po trzydziestu latach małżeństwa znam Tadeusza na wylot. Kiedy wyjeżdżał leczyć plecy, bałam się jedynie o to, czy nie zapomni o lekach i czy nie przewieje go na spacerze. Do głowy mi nie przyszło, że ten stateczny, oszczędny do przesady człowiek, wróci do domu jako zupełnie inna osoba. I nie mam tu na myśli cudownego uzdrowienia, ale szaleństwo, które wywróciło nasze życie do góry nogami i zagroziło naszej spokojnej starości.
Nareszcie chwila spokoju
Kiedy zamykałam za mężem drzwi, czułam mieszankę ulgi i troski. Tadeusz ostatnio stał się nie do zniesienia. Dolegliwości dawały mu w kość, a on, jak to mężczyzna, zamiast grzecznie leżeć, snuł się po domu i marudził. Wszystko mu przeszkadzało: zupa za słona, w telewizji same głupoty, listonosz spóźnił się z emeryturą. Skierowanie do sanatorium spadło nam z nieba. Lekarz obiecywał, że trzy tygodnie zabiegów i kąpieli borowinowych postawią go na nogi. Ja po cichu liczyłam na to, że przy okazji odpocznę.
Pierwsze dni były błogie. Dom lśnił czystością, nikt nie kruszył bułką na dywan, a ja mogłam wreszcie obejrzeć ulubiony serial bez złośliwych komentarzy z fotela obok. Tadeusz dzwonił codziennie wieczorem. Głos miał zmęczony, narzekał na jedzenie i twardy materac. Czułam się potrzebna, pocieszając go i zapewniając, że czas szybko minie. Było tak normalnie, tak bezpiecznie.
Wszystko zmieniło się w połowie drugiego tygodnia. Pamiętam ten telefon, jakby to było wczoraj. Zadzwonił wcześniej niż zwykle, tuż po obiedzie. W tle słyszałam gwar rozmów. Jego głos brzmiał inaczej – był dziwnie podekscytowany, energiczny, niemal młodzieńczy. Zniknęło gdzieś to zrzędzenie, do którego przywykłam.
– Elżuniu, nawet nie wiesz, jakich wspaniałych ludzi tu poznałem! – krzyczał do słuchawki, jakby wygrał na loterii. – Siedzę właśnie z Ryszardem. To niesamowity człowiek, wizjoner! Otworzył mi oczy na tak wiele spraw. Człowiek całe życie siedzi w tych czterech ścianach i nie widzi, jakie możliwości uciekają mu sprzed nosa.
Zaniepokoiłam się, ale tylko trochę. Pomyślałam, że może to dobrze, że znalazł towarzystwo. Tadeusz zawsze był nieco wycofany. Uznałam, że ten Ryszard to pewnie jakiś emerytowany nauczyciel albo podróżnik, który barwnie opowiada. Nie miałam pojęcia, że to początek końca naszego spokoju.
Czerwona lampka, którą zignorowałam
Przez kolejny tydzień Tadeusz dzwonił rzadziej. Kiedy już odbierał, zbywał mnie półsłówkami. Nie pytał o dom, o wnuki, o rachunki. Mówił tylko o „przyszłości”, „inwestycjach w siebie” i „chwytaniu dnia”. Zaczęłam podejrzewać najgorsze. Może poznał jakąś kobietę? W sanatoriach różne rzeczy się dzieją. Wyobraźnia podsuwała mi obrazy mojego sześćdziesięciopięcioletniego męża, który traci głowę dla kuracjuszki w wężowej skórce.
Postanowiłam zwierzyć się córce. Agata wpadła do mnie w niedzielę na kawę. Była w siódmym miesiącu ciąży, więc każda wizyta była okazją do planowania przyszłości maleństwa. Obiecałam jej pomoc finansową przy remoncie pokoju dla dziecka. Mieliśmy z Tadeuszem odłożone pieniądze na czarną godzinę – oszczędności całego życia, ciułane grosz do grosza.
– Mamo, przesadzasz – zaśmiała się Agata, gładząc się po brzuchu. – Tata i romans? Przecież on nawet skarpetek do pary nie potrafi dobrać bez twojej pomocy. Pewnie po prostu dobrze się bawi, grają w karty albo chodzą na dancingi. Daj mu żyć.
– Ale on mówi o jakichś interesach, Agatko. Że Ryszard ma plan, że to okazja życia. Boję się, żeby go ktoś nie naciągnął na jakiś cudowny garnek albo kołdrę z wielbłądziej wełny. Wiesz, jaki on bywa naiwny.
– Najwyżej kupi komplet pościeli. Nie martw się na zapas. Najważniejsze, żeby plecy go przestały boleć, bo obiecał, że będzie woził wnuka wózkiem.
Uspokoiła mnie. Rzeczywiście, co złego mógł zrobić? Karta do konta leżała bezpiecznie w szufladzie. Nie wzięłam jednak pod uwagę jednego faktu: rok temu, zakładając lokatę, Tadeusz uparł się na dostęp przez internet, „żebyśmy byli nowocześni”. Nigdy z tego nie korzystał, nawet nie pamiętał hasła. A przynajmniej tak sądziłam do momentu jego powrotu.
„To była okazja jedna na milion!”
Dzień powrotu Tadeusza był słoneczny, ale wietrzny. Czekałam na niego z obiadem – jego ulubione zrazy wołowe i kluski śląskie. Chciałam, żeby poczuł się dobrze w domu, zapomniał o sanatoryjnym chaosie i wrócił do bycia moim przewidywalnym mężem.
Gdy taksówka podjechała, wybiegłam na ganek. Tadeusz wysiadł sprężyście, bez grymasu bólu. To był dobry znak. Ale kiedy spojrzałam na jego twarz, zamarłam. Miał ten sam wyraz, co trzydzieści lat temu, gdy kupił starego „malucha”, który rozsypał się po tygodniu. Duma mieszała się z czymś, co przypominało panikę dziecka liczącego na pochwałę po zrobieniu bałaganu.
– Witaj, moja królowo! – zakrzyknął i wręczył mi ogromny bukiet czerwonych róż. To było podejrzane. Tadeusz kupował kwiaty tylko na imieniny i Dzień Kobiet.
– Coś ty taki wylewny? – zapytałam, przyjmując bukiet. – I co to za teczka?
Pod pachą ściskał skórzaną aktówkę, której nie zabierał z domu.
– To, moja droga, jest nasza przepustka do raju. Wejdźmy do środka, muszę ci wszystko opowiedzieć. Usiądź, bo nogi mogą ci się ugiąć z wrażenia.
Serce zaczęło mi bić jak młotem. Weszliśmy do salonu. Tadeusz nawet nie spojrzał na parujący obiad. Położył teczkę na stole, odsunął wazon i spojrzał mi głęboko w oczy.
– Elżuniu, pamiętasz, jak zawsze marzyliśmy o domku na wsi? O ciszy, naturze, własnych pomidorach?
– Tadeusz, o czym ty mówisz? Mamy działkę pracowniczą, to nam wystarcza – odpowiedziałam ostrożnie.
– Działka! To skrawek ziemi dla amatorów. Ja mówię o czymś prawdziwym. O dziedzictwie dla wnuków. O miejscu, gdzie odżyjemy.
Otworzył teczkę i wyjął plik dokumentów. Na wierzchu leżał akt notarialny. Zrobiło mi się słabo.
– Kupiłem nam siedlisko – oświadczył z dumą. – Wspaniała okazja. Ryszard musiał pilnie sprzedać rodzinną posiadłość na Mazurach. Wyjeżdża do syna do Kanady i nie chciał, żeby dom trafił w obce, bezduszne ręce. Kiedy usłyszał, jak kocham naturę, zaproponował mi cenę, której nie mogłem odrzucić. To była okazja jedna na milion!
Jak on mógł?!
Sięgnęłam po dokumenty drżącą ręką. Litery tańczyły mi przed oczami, ale jedna liczba wybiła się na pierwszy plan. Cena.
– Tadeusz... – wyszeptałam, czując, jak krew odpływa mi z twarzy. – Skąd wziąłeś osiemdziesiąt tysięcy złotych?
Mąż uśmiechnął się niepewnie, drapiąc się po głowie.
– No wiesz... Z lokaty. Ryszard pomógł mi wszystko załatwić przez aplikację w telefonie. To było takie proste! Nawet nie musiałem iść do banku. On się na tym zna, to światowy człowiek.
Musiałam usiąść. Osiemdziesiąt tysięcy. Nasze oszczędności. Pieniądze na życie, na ewentualne zabiegi, na pomoc dla Agaty, na remont łazienki. Wszystko zniknęło.
– Coś ty zrobił! – wrzasnęłam, nie panując nad sobą. – To były pieniądze dla Agaty! Na wnuka! Jak mogłeś?! Bez pytania, bez konsultacji! Kupiłeś kota w worku od jakiegoś naciągacza z sanatorium?!
– Wypraszam sobie! – Tadeusz nabrał powietrza, próbując zachować resztki godności. – Ryszard to człowiek honoru. A to nie jest kot w worku, widziałem zdjęcia. Piękny, stary dom z duszą, hektar ziemi, las, rzeczka. To inwestycja! Odnowimy to, zrobimy agroturystykę. Będziemy tam przyjmować gości, zarabiać. Pomyśl, Elżbieta! Nie będziemy wegetować przed telewizorem, staniemy się biznesmenami!
Patrzyłam na niego i nie poznawałam człowieka, z którym spędziłam życie. Czy to możliwe, że trzy tygodnie z manipulatorem wystarczyły, by wyprać mu mózg? Agroturystyka? My? Ja mam problemy z biodrem, on dopiero co leczył plecy, a marzy mu się prowadzenie pensjonatu?
– Pokaż mi te zdjęcia – zażądałam lodowatym tonem.
Wyciągnął telefon. Zdjęcia były niewyraźne, robione pod dziwnym kątem. Dużo zieleni, fragmenty ceglanego muru, jakieś malownicze drzewa. Wyglądało to tajemniczo, może nawet romantycznie, ale ja widziałam tylko jedno: ruinę.
– Jedziemy tam – powiedziałam. – Natychmiast.
– Ale Elu, to prawie trzysta kilometrów, dopiero wróciłem...
– Nie obchodzi mnie to. Pakuj się do samochodu. Chcę zobaczyć, na co wydałeś przyszłość naszej rodziny.
Podróż do krainy marzeń
Droga była koszmarem. Przez pierwsze sto kilometrów milczeliśmy. Tadeusz prowadził, kurczowo ściskając kierownicę, a ja patrzyłam w okno, analizując w głowie scenariusze. Może da się to odkręcić? Może akt notarialny jest nieważny? Ale w głębi duszy wiedziałam, że jest za późno. Pieniądze przelane, podpisy złożone.
Im bliżej celu, tym drogi stawały się węższe i bardziej wyboiste. Asfalt ustąpił miejsca szutrowi, a potem polnej drodze pełnej kolein. Nasz dziesięcioletni opel ledwo dawał radę.
– To tutaj! – zawołał w końcu Tadeusz, skręcając w zarośniętą aleję. – Zobacz, jaki dojazd. Prywatność i cisza, o tym marzyliśmy!
Samochód zatrzymał się przed czymś, co kiedyś, być może sto lat temu, było domem. Teraz przypominało scenografię do horroru. Dach był częściowo zawalony, okna zabite deskami albo ziejące czarnymi dziurami. Czerwona cegła, o której z takim zachwytem mówił mąż, była zagrzybiona i sypała się przy każdym podmuchu wiatru.
Wysiadłam z auta wprost w pokrzywy sięgające pasa. Cisza rzeczywiście była, przerywana jedynie krakaniem wrony siedzącej na kominie – jedynym elemencie budynku, który wyglądał na w miarę stabilny.
– I co? – Tadeusz stanął obok mnie, ale w jego głosie nie słyszałam już tej pewności siebie. – Na zdjęciach wyglądało trochę... inaczej. Ale bryła! Zobacz, jaka bryła! To się wyremontuje, Ryszard mówił, że fundamenty są solidne.
– Ryszard mówił... – powtórzyłam z goryczą. – Tadeusz, czy ty masz oczy? To jest ruina. Tu nie ma co remontować, to trzeba zrównać z ziemią. Nie ma prądu, nie widzę studni. Kupiłeś kupę gruzu i krzaki za osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Ruszyłam w stronę budynku, przedzierając się przez chaszcze. Drzwi wejściowe wisiały na jednym zawiasie. Weszłam do środka, choć rozsądek podpowiadał, że strop może runąć mi na głowę. Wewnątrz śmierdziało wilgocią i stęchlizną. Podłogi nie było, tylko ubita ziemia i resztki spróchniałych desek. W kącie leżały śmieci, stare butelki, szmaty.
– Widzisz ten potencjał? – Tadeusz wszedł za mną, ale mówił szeptem. – Tu zrobimy salon z kominkiem. A tam, gdzie to okno na wschód, będzie sypialnia.
Odwróciłam się gwałtownie. Łzy same napłynęły mi do oczu.
– Jaki salon?! Jaka sypialnia?! Za co to zrobisz, Tadek? Wydaliśmy wszystko na ten gruz! Nie mamy pieniędzy na chleb, jeśli w tym miesiącu przyjdzie wyższy rachunek za gaz, a ty mówisz o kominku?! Zrozum wreszcie, ten twój Ryszard cię oszukał! Znalazł jelenia, który uwolnił go od problemu. Pewnie musiałby płacić kary za to, że budynek grozi zawaleniem, a ty wziąłeś to na siebie z uśmiechem na ustach!
Tadeusz oparł się o brudną ścianę i zjechał po niej w dół, kucając na ziemi. Ukrył twarz w dłoniach. Dopiero teraz, w tym zimnym, cuchnącym wnętrzu, dotarła do niego groza sytuacji. Jego „okazja życia” była w rzeczywistości finansowym wyrokiem.
Bolesna lekcja pokory
Wracaliśmy w milczeniu, ale tym razem było to inne milczenie. Ciężkie, pełne żalu i wstydu. Tadeusz płakał cicho przez część drogi. Nie pocieszałam go. Byłam zbyt wściekła i przerażona. Myślałam o Agacie. Jak jej powiem, że nie pomożemy przy remoncie? Że jej ojciec, zamiast być oparciem, stał się naszym największym obciążeniem?
Następnego dnia zaczęłam działać. Sprawdziłam dokumenty u prawnika. Niestety, akt notarialny był sporządzony poprawnie. Tadeusz kupił nieruchomość dobrowolnie, widząc klauzulę o stanie technicznym „do generalnego remontu”. Ryszard, oczywiście, nie odbierał telefonu. Numer był nieaktywny. Okazało się, że „rodzinna posiadłość” należała do niego od zaledwie trzech miesięcy – kupił ją pewnie za grosze od komornika albo gminy, by potem znaleźć takiego naiwniaka jak mój mąż i sprzedać z ogromnym zyskiem.
To było bolesne przebudzenie. Przez kolejne miesiące żyliśmy w cieniu tego błędu. Musieliśmy zacisnąć pasa tak mocno, że brakowało nam tchu. Agata, kiedy się dowiedziała, była w szoku, ale zachowała się wspaniale. Powiedziała, że dadzą sobie radę z kredytem, a my mamy się nie martwić. Ale ja się martwiłam. I wstydziłam.
Tadeusz zmienił się nie do poznania. Zniknął jego entuzjazm, ale zniknęło też marudzenie. Stał się pokorny, cichy. Zaczął dorabiać, pomagając sąsiadowi w warsztacie stolarskim, mimo bolących pleców. Każdą zarobioną złotówkę przynosił mi i kładł na stole, jakby chciał odkupić swoje winy.
A ta nieszczęsna ruina? Cóż, stoi. Nie stać nas na remont, ale nie możemy jej też sprzedać, bo nikt o zdrowych zmysłach tego nie kupi za cenę, którą zapłacił Tadeusz. Płacimy podatek od nieruchomości za nasze „marzenie”. Czasem, w letnie weekendy, jeździmy tam. Tadeusz karczuje krzaki, ja sadzę kwiaty przed tym sypiącym się domem. Powoli oswajamy tę porażkę. Może kiedyś, za dziesięć lat, uda nam się postawić tam chociaż mały domek letniskowy. A może wnuk będzie miał gdzie jeździć na biwaki pod namiot.
Jednego jestem pewna. Nigdy więcej nie puszczę Tadeusza samego do sanatorium. Jeśli będzie musiał jechać, jadę z nim. Będę go pilnować na każdym kroku, sprawdzać, z kim pije kawę i o czym rozmawia. Boję się pomyśleć, z czym mógłby wrócić następnym razem. Może z planami budowy rakiety kosmicznej? Albo z hodowlą strusi?
Mój mąż chciał być wizjonerem, a został właścicielem najdroższej sterty cegieł w powiecie. Kocham go, mimo wszystko, ale za każdym razem, gdy patrzę na stan naszego konta, mam ochotę go zostawić. To była najdroższa lekcja życia, jaką odebraliśmy. I mam nadzieję, że ostatnia.
Elżbieta, 63 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Prosiłem córkę, by nie mówiła, gdzie pracuje. Gdy przy rodzinie wyznała prawdę, było mi wstyd”
- „Wyjazd do sanatorium zimą odmienił moje życie. Poznałam kogoś, kto okazał mi nie tylko serce”
- „Zaczęliśmy remont, bo zięć twierdził, że się zna na budowlance. Cwaniak znał się, ale tylko na wydawaniu cudzej kasy”