Reklama

Nigdy nie należałam do kobiet, które śniły o białej sukni i weselu z bajki. A jednak, gdy nadszedł ten dzień, byłam szczęśliwa. Miałam na palcu obrączkę, obok mnie mężczyznę, którego kochałam, i poczucie, że życie wreszcie zaczyna się układać.

Puste łóżko

Wszyscy mówili, że wyglądam pięknie. Suknia leżała idealnie, włosy miałam upięte jak z katalogu, a kiedy patrzyłam na siebie w lustrze, nawet ja musiałam przyznać, że wyglądałam jak panna młoda z marzeń. On też wyglądał dobrze – elegancki, zadbany, trochę zestresowany, ale czuły. Ściskał moją dłoń pod stołem, szeptał do ucha, że nie może uwierzyć, że jestem jego żoną.

Podczas przysięgi drżał mu głos. Myślałam, że to ze wzruszenia. Patrzył mi w oczy, mówił, że mnie kocha, że obiecuje być wierny, że będzie mnie wspierał i chronił. Wzruszyłam się. A potem były gratulacje, kwiaty, pierwszy taniec i dziesiątki zdjęć, na których uśmiecham się szeroko, jeszcze nieświadoma, że ten dzień zapamiętam inaczej, niż planowałam.

– Kocham cię – powiedział, kiedy zniknęliśmy na chwilę od gości, by złapać oddech.

– Ja ciebie też – odpowiedziałam, wtulając się w jego ramiona. – To najpiękniejszy dzień mojego życia.

Naprawdę w to wierzyłam. Nie widziałam wtedy, że jego telefon ciągle wibrował w kieszeni. Nie zauważyłam, że wymykał się z sali, niby po papierosy. Zbyt zajęta byłam rozmowami z ciotkami, tańcem z kuzynami, łapaniem spojrzeń od znajomych, którzy mówili mi, że jesteśmy idealną parą.

Noc poślubna miała być zwieńczeniem tego dnia. Jednak kiedy dotarliśmy do hotelu, on wydawał się dziwnie nieobecny. Powiedział, że potrzebuje chwili dla siebie. Wyszłam do łazienki, zostawiając go w sypialni. Kiedy wróciłam, łóżko było puste.

Zniknięcie w środku nocy

Stałam w drzwiach pokoju hotelowego, jeszcze w szlafroku, z ręcznikiem na głowie, a jego nie było. Najpierw pomyślałam, że może zszedł do recepcji, może zapomniał czegoś z bagażu. Ale jego telefon leżał na stoliku nocnym, razem z portfelem. Nie było też butów. Usiadłam na łóżku, trochę zdezorientowana. Była trzecia nad ranem. Nasza noc poślubna powinna wyglądać inaczej.

Minuty mijały. Wstałam, ubrałam się z powrotem w sukienkę, bo czułam się dziwnie naga i nieswojo. Zeszłam na dół, sprawdziłam recepcję – pusto. Pracownik dyżurny potwierdził, że nikt nie wychodził, ale też nikogo nie widział. Wróciłam do pokoju, myśląc, że może wrócił w międzyczasie. Ale nie.

– Gdzie ty jesteś? – wyszeptałam do siebie.

Godzina czwarta. Zaczęłam dzwonić – nie odbierał. Z każdą kolejną minutą czułam narastający niepokój. Może coś mu się stało? Może ktoś go napadł? Ale wtedy przypomniałam sobie, że podczas wesela kilka razy odpisywał komuś z wyjątkowym skupieniem. A potem… te „papierosy”. Miałam złe przeczucia, choć nie chciałam ich nazywać po imieniu. O piątej rano drzwi się otworzyły. Stał w nich, rozczochrany, z rozpiętą koszulą i nieco spuchniętymi ustami. W rękach trzymał plastikową torbę z jakimiś przekąskami.

– Przepraszam, byłem głodny. Skoczyłem do nocnego. Nie chciałem cię budzić.

Spojrzałam na niego. Kłamał. Nie umiał tego robić dobrze. Ale wtedy jeszcze nie miałam odwagi zadać najważniejszego pytania.

Podejrzany szept z łazienki

Następnego dnia udawaliśmy przed wszystkimi, że wszystko było w porządku. On żartował z kolegami, że poślubna noc była zbyt krótka, a ja próbowałam nie analizować każdego jego spojrzenia, każdego ruchu. Ale wewnątrz coś mnie już gryzło – intuicja, która podpowiadała, że coś tu nie gra. W domu, gdy rozpakowywaliśmy prezenty, kilka razy złapałam go, jak zerkał ukradkiem na telefon i uśmiechał się pod nosem. Pomyślałam: może to przyjaciel, może brat. Wciąż szukałam dla niego usprawiedliwień, bo nie chciałam uwierzyć, że mogłoby chodzić o coś więcej.

Któregoś wieczoru, kilka dni po ślubie, siedziałam w salonie, a on długo nie wychodził z łazienki. Usłyszałam stłumiony śmiech. Zdziwiło mnie to – zawsze brał prysznic szybko, bez zbędnych ceregieli. Zbliżyłam się do drzwi i wtedy usłyszałam coś, co zmroziło mi krew w żyłach.

– Tęskniłem – powiedział cicho. – Ale musimy być ostrożni. Ona nic nie podejrzewa.

Stałam jak wryta, przylepiona do drzwi. Nie słyszałam odpowiedzi, ale jego ton był wystarczający. Mówił z czułością. Z bliskością, którą zarezerwował dla kogoś innego. Odsunęłam się, zanim mógł mnie zauważyć. Wróciłam na kanapę i udawałam, że czytam. Kiedy wyszedł z łazienki, uśmiechnął się do mnie jak gdyby nigdy nic.

– Dobrze się czujesz? – zapytał.

– Trochę boli mnie głowa – skłamałam.

Nie miałam jeszcze planu. Jednak wiedziałam, że muszę dowiedzieć się, z kim rozmawiał.

Tego się nie spodziewałam

Postanowiłam poczekać. Grać rolę zaufanej żony, nie wzbudzać podejrzeń. W środku czułam, że jestem coraz bliżej czegoś, co mnie zniszczy. Kilka dni później, gdy wyszedł do pracy, sięgnęłam po jego telefon. Znałam hasło – ufał mi, przynajmniej na tyle, by go nie zmieniać. I może to właśnie ta pewność go zgubiła.

Nie musiałam długo szukać. Wiadomości były krótkie, ale jednoznaczne. „Tęsknię”, „Kiedy znowu się zobaczymy?”, „To było coś wyjątkowego”. Serce zaczęło mi walić. Kliknęłam w kontakt. I wtedy zrobiło mi się niedobrze. To była przyjaciółka jego rodziny. Ta sama, która na weselu trzymała mnie za rękę i mówiła, że jestem teraz częścią ich rodziny. Ta, która wznosiła toasty i życzyła nam szczęścia. Ta, która dzień po ślubie zostawiła mi na stole srebrną bransoletkę.

Nie mogłam oddychać. Zostawiłam telefon na stole, podeszłam do okna i otworzyłam je szeroko. Potrzebowałam powietrza. Potrzebowałam czegokolwiek, co zatrzyma ten szum w głowie. Wieczorem, gdy wrócił, udawałam, że wszystko gra. Usmażyłam naleśniki, jakby nic się nie stało. Usiadł przy stole, rozmawiał, jakby nie rozsadzała mnie w środku nienazwana jeszcze złość.

– Masz ochotę na film? – zapytał z uśmiechem.

– Może później – odpowiedziałam. – Muszę coś przemyśleć.

W mojej głowie układał się plan. Wiedziałam, że potrzebuję dowodu. I konfrontacji.

Nie jesteś tą jedyną

Wiedziałam, że muszę ich złapać razem. Inaczej będzie się wszystkiego wypierał. Wiadomości mogły być „żartem”, „zbiegiem okoliczności”, a ja histeryczną żoną, która szuka problemu tam, gdzie go nie ma. Czekałam więc. Udawałam, że jestem zajęta, wychodziłam niby na zakupy, ale naprawdę śledziłam jego ruchy. Aż pewnego wieczoru powiedział, że jedzie do matki. Ucieszyłam się – miałam przecież pretekst.

Zadzwoniłam do jego niej.

– Cześć – zaczęłam jak gdyby nigdy nic. – Zastanawiałam się, czy nie wpadniesz do nas jutro. Chciałam pogadać.

– Jasne, czemu nie – odparła, ale w jej głosie było coś spiętego. – A twój mąż?

– Wyjechał na dwa dni.

Zawahała się, ale w końcu się zgodziła. Wiedziałam, że się spotkają. Pojechałam za nim. Auto zaparkował trzy ulice dalej. Poszłam pieszo, z bijącym sercem. Drzwi otwarte. Słyszałam ich śmiechy, szuranie krzeseł, a potem ciszę. Zrobiłam zdjęcia. Weszłam bez pukania.

– Przeszkadzam? – zapytałam, patrząc na nich.

Odsunęli się od siebie gwałtownie. On zbladł, ona spuściła wzrok.

– Jak długo? – zapytałam tylko.

– To nic nie znaczyło – odpowiedział mój mąż, ale nawet nie patrzył mi w oczy.

– Właśnie widzę – pokazałam im telefon ze zdjęciem.

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Byłam jak z kamienia. Odwróciłam się i wyszłam. Wiedziałam, że nie będę już tą naiwną kobietą, która wierzy w przysięgi.

„Chwila słabości”

Nie wróciłam do tego mieszkania. Zamieszkałam u przyjaciółki, potem u siostry. Mój świat runął, ale przynajmniej wiedziałam już, na czym stoję. Przez kilka tygodni nie odbierałam od niego telefonów. Pisał, że popełnił błąd, że to był „eksperyment”, „chwila słabości”, „pomyłka”. Ale ja już nie chciałam słuchać.

Najgorsze nie było to, że mnie zdradził. Najgorsze było to, że zrobił to z osobą, która w moich oczach była częścią jego rodziny, mojej rodziny – kimś, komu ufałam. Kimś, kto powinien być po mojej stronie. Zderzenie z tą podwójną zdradą bolało bardziej niż cokolwiek innego. To nie była tylko niewierność. To była zdrada zaufania, poczucia bezpieczeństwa, wszystkiego, co wspólnie zbudowaliśmy.

Złożyłam pozew o unieważnienie małżeństwa. Nie chciałam żadnych wyjaśnień. Żadnych „drugich szans”. Czułam się, jakbym była tylko pionkiem w ich grze. A przecież byłam czyjąś żoną. Kobietą, która kochała bezwarunkowo. Dziś już wiem, że miłość nie wystarczy. Nie, jeśli po drugiej stronie nie ma szczerości.

Potrzebowałam czasu, żeby dojść do siebie. Nadal czasem budzę się w nocy z pytaniem: „Dlaczego?” Ale częściej budzę się z ulgą, że już tam nie jestem. Że się nie łudzę. Że wybrałam siebie. Nikt nie zasługuje na takie upokorzenie, zwłaszcza w dniu, który miał być początkiem czegoś pięknego. Dziś już nie wierzę w bajki. Wierzę za to, że jeszcze będzie dobrze. Z kimś innym. Albo samej – bez kłamstw.

Marcelina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama