Reklama

Jeszcze pół roku temu miałam poukładane życie – męża, córkę w podstawówce i stabilną pracę w dziale HR w średniej firmie budowlanej. Nie przypuszczałam, że to właśnie praca stanie się początkiem mojego koszmaru. Do zespołu dołączyła nowa koleżanka. Młodsza, przebojowa, uśmiechnięta. Początkowo ją polubiłam, jak wszyscy. Z czasem jednak zaczęła coraz częściej pojawiać się w moim otoczeniu – nie tylko zawodowym. Najpierw rozbiła moją rodzinę, a teraz ewidentnie próbuje wygryźć mnie z pracy. Długo milczałam, ale przyszedł dzień, kiedy powiedziałam: dość.

Pojawiła się niespodziewanie

Przyszła do firmy pod koniec marca. Nikt wcześniej o niej nie wspominał, a nagle siedziała przy biurku obok mnie. Miała na imię Renata, była po trzydziestce, bardzo pewna siebie i ewidentnie znała się na rzeczy. Szef przedstawił ją jako nową specjalistkę ds. rekrutacji. Przywitałam się uprzejmie, choć nie ukrywam, że z lekką rezerwą, bo dotąd to ja byłam odpowiedzialna za ten dział.

– Cieszę się, że będziemy pracować razem – powiedziała, podając mi dłoń. – Dużo słyszałam o tym miejscu.

Nie zareagowałam wtedy jakoś szczególnie. Ot, nowa koleżanka, trzeba pomóc się wdrożyć. I faktycznie, przez pierwszy tydzień Renata zadawała mi mnóstwo pytań, przychodziła z notatnikiem, słuchała uważnie. Była też bardzo rozmowna – potrafiła zagadać każdego w biurze, od informatyka po panią z recepcji. Szybko zyskała sympatię, nawet szef wydawał się pod wrażeniem.

– Ty to masz konkurencję – rzuciła żartobliwie koleżanka z działu obok.

Uśmiechnęłam się, ale coś mnie tknęło. Może dlatego, że Renata była zbyt idealna, zbyt gładko jej wszystko szło. Zaczęłam zauważać, że niektóre projekty, które wcześniej należały do mnie, nagle przejmowała ona. Często powtarzała szefowi moje pomysły jako swoje. Tłumaczyłam to sobie stresem, może przesadzałam… Tyle że coś we mnie zaczęło się niepokoić.

Zauważyłam jej plan

Mój niepokój zaczął narastać, gdy zorientowałam się, że Renata nie tylko kopiuje moje pomysły, ale też coraz częściej spotyka się z moim mężem. Najpierw były to przypadkowe wzmianki.

Pewnego popołudnia odebrałam córkę z zajęć, a ona powiedziała:– Mama, tata mówił, że był dziś u cioci Renaty.

Zrobiło mi się słabo. Nie wspominał, że znają się bliżej, a tu takie wyznanie od dziecka. Wieczorem, przy kolacji, zapytałam mimochodem:

– Widziałeś się dziś z kimś ze znajomych?

Mąż spojrzał na mnie, jakby nie wiedział, o co pytam: – Wpadłem na koleżankę z waszego biura, Renatę. Mówiła, że jesteście blisko. Poszliśmy na szybką kawę.

Pokiwałam głową, starając się ukryć napięcie. Może faktycznie to przypadek? Może przesadzam? Ale potem usłyszałam od koleżanki z księgowości, że widziała ich razem na mieście, jak szli objęci. Zaczęłam więc sprawdzać, szukać. Mąż coraz częściej „miał zebrania” lub „pracę po godzinach”. Renata też znikała z biura o tych samych porach. Nie miałam jeszcze dowodów, ale intuicja podpowiadała mi jedno – coś między nimi było. I bałam się, że to dopiero początek.

Wszystko potwierdziło się

Wróciłam wcześniej z pracy, bo córka miała gorączkę. W domu było cicho, więc poszłam do sypialni, żeby się przebrać. Na stoliku nocnym leżał telefon męża. Ekran świecił – dostał wiadomość. Nie chciałam zaglądać, ale coś mnie popchnęło. Spojrzałam. Nadawca: Renata. Treść: „Tęsknię. Nie mogę się doczekać kolejnego spotkania”.

Serce waliło mi jak młot. Przez chwilę wpatrywałam się w ekran, potem usiadłam na łóżku. W głowie miałam mętlik. Czytałam dalej, każdą wiadomość i nie mogłam w to wszystko uwierzyć.

Wieczorem nie wytrzymałam:

– Zdradzasz mnie z Renatą – powiedziałam bez wstępów, stojąc w kuchni z założonymi rękami.

– Co? Skąd ci to przyszło do głowy? – próbował grać zdziwionego.

– Czytałam wasze wiadomości. Nie kłam, powiedz prawdę, chociaż raz.

Wiedział, że nie ma sensu się wykręcać. Usiadł przy stole, spuścił głowę.

– To nie miało tak się potoczyć – mruknął.

– Naprawdę? A jak miało się potoczyć?

Nie krzyczałam. Mówiłam cicho, zimno. Tego wieczoru spał w salonie. Następnego dnia zawiózł rzeczy do matki. Nie zatrzymywałam go. Byłam w szoku, ale wiedziałam, że muszę się trzymać. Dla córki. Dla siebie. I jeszcze nie przeczuwałam, że najgorsze dopiero przede mną.

W pracy też stanęła mi na drodze

Po rozstaniu z mężem byłam wrakiem, ale nie pozwalałam sobie na rozpad przy innych. Rano malowałam uśmiech i szłam do pracy, jakby nic się nie stało. Tyle że Renata chodziła po firmie jak królowa. Nagle to ona prowadziła spotkania, zasiadała przy szefie na zebraniach, dostawała najlepsze projekty. Mnie coraz częściej pomijano. Kiedy proponowałam coś zespołowi – zbywano mnie. Gdy Renata powtarzała to samo dzień później – wszyscy klaskali. Coraz częściej dostawałam mniej istotne zadania, a szef przestał mnie zapraszać na kluczowe spotkania. Pewnego dnia zauważyłam, że mój firmowy laptop zniknął z biurka.

– Szef prosił, żebyś oddała sprzęt do działu IT. Dostałaś przecież nowe obowiązki, już nie potrzebujesz dostępu do tych danych – rzuciła Renata z udawanym współczuciem.

Stałam jak wryta. Jakie obowiązki? Kto mi coś zmieniał? Poszłam do szefa. Siedział, z nosem w monitorze.

– Zmieniłeś mi zakres obowiązków bez konsultacji?

Uznaliśmy z Renatą, że tak będzie efektywniej. Masz teraz bardziej administracyjne zadania.

– Z Renatą? Przepraszam, ale to chyba ja jestem tu od pięciu lat, nie ona.

Wzruszył ramionami. Poczułam upokorzenie. Ona nie tylko odebrała mi męża, teraz chciała wyrzucić mnie z pracy. I wyglądało na to, że była o krok od celu.
Tego wieczoru wróciłam do domu i długo płakałam. Już nie z żalu – z bezsilności i wściekłości.

Nie sądziłam, że może być gorzej

Myliłam się. Pewnego ranka wezwał mnie dział kadr. Weszłam do pokoju i już po minie kadrowej wiedziałam, że coś jest nie tak.

– Mamy informacje, że nieprawidłowo zarządzałaś dokumentacją personalną i naraziłaś firmę na ryzyko – powiedziała chłodno, wręczając mi kartkę.

Zbladłam. Zarzuty były wyssane z palca. Wiedziałam, że to robota Renaty. Miała dostęp do systemów, mogła zmienić wszystko. Siedziałam w milczeniu, trzymając dokument, w którym sugerowano, że mogę być zawieszona. Po rozmowie poszłam wprost do niej. Stała przy ekspresie do kawy, uśmiechnięta, jak zawsze.

–Ty to zrobiłaś, prawda?

– O czym ty mówisz? – zapytała słodko.

– Doskonale wiesz. Fałszywe oskarżenia, podkładanie świń. Zniszczyłaś mi rodzinę, a teraz chcesz zniszczyć mnie zawodowo?

Wzruszyła ramionami: – Jeśli masz problem, porozmawiaj z szefem. Ja tylko wykonuję swoją pracę.

Wróciłam do biurka, cała się trzęsłam. Wiedziałam, że nie mogę już liczyć na sprawiedliwość w tej firmie. Szef ją wspierał, a współpracownicy woleli milczeć. Wieczorem siedziałam z córką, patrzyłam, jak rysuje. Przyszło mi do głowy, że jeśli teraz się poddam, pokażę jej, że można bezkarnie krzywdzić ludzi. A przecież nie taką kobietą chciałam być. Musiałam coś zrobić i już miałam plan. Może nie dało się odwrócić wszystkiego, ale mogłam jeszcze odzyskać godność, a Renacie przypomnieć, że nie każda ofiara się poddaje.

Nie spałam prawie całą noc

Zbierałam dokumenty, wydruki maili, wiadomości, zrzuty ekranu. Z każdej rozmowy, z każdego projektu, który Renata podpisała jako swój. Miałam dostęp do starych systemów, znałam hasła – byłam przez lata odpowiedzialna za wdrażanie procedur. Wiedziałam, gdzie szukać i jak zabezpieczać dowody. Następnego dnia przyszłam do pracy wcześniej niż zwykle. Weszłam do gabinetu szefa bez pukania. Położyłam na jego biurku gruby plik dokumentów.

– Tu są dowody na manipulacje, kradzież własności intelektualnej i nieetyczne działania Renaty. Jeśli nie zareagujesz, zgłoszę sprawę wyżej. I do mediów.

Patrzył na mnie bez słowa. Potem sięgnął po pierwszy dokument. Przewertował kilka stron, zmarszczył brwi.

– Dlaczego nie przyszłaś z tym wcześniej?

– Bo myślałam, że sam zobaczysz. Ale skoro nie, to teraz zamierzam ci to pokazać. I wszystkim innym też, jeśli trzeba.

Tego samego dnia Renata została zawieszona, a tydzień później zniknęła z firmy. Szef próbował udawać, że „nic nie wiedział”, ale atmosfera wokół niego zgęstniała. Dostałam oficjalne przeprosiny i przywrócono mi pełne obowiązki. Nie czułam jednak satysfakcji. To nie było zwycięstwo. To było konieczne.

Złożyłam wypowiedzenie miesiąc później. Znalazłam nową pracę, mniejszą firmę, więcej spokoju. Moja córka znów się śmieje, a ja… uczę się ufać sobie. Nie wszystkim, tylko sobie. I wiem, że nigdy więcej nie pozwolę, by ktoś zniszczył mi życie tak łatwo.

Joanna, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama