Reklama

Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz mąż spojrzał na mnie tak, jak kiedyś – z błyskiem, z czułością. Teraz Jacek patrzył na mnie jak na rachunek za prąd: obojętnie, z lekkim niepokojem i irytacją. Czasem jeszcze rzucił coś w stylu „ładnie wyglądasz”, ale mówił to z taką samą emocją, jakby informował, że kończy się mleko. Po dziesięciu latach małżeństwa zamieniliśmy się w dobrze funkcjonującą spółkę – on przynosił pieniądze, ja dbałam, żeby wszystko działało. Tylko że ja już nie chciałam tylko działać. Chciałam żyć.

Styczeń to mój miesiąc. Oficjalnie: przez wyprzedaże. Nieoficjalnie: to moja ucieczka. Mówię Jackowi, że szukam płaszcza, ale tak naprawdę szukam siebie. Te kilka godzin w centrum handlowym to moja przestrzeń. Nikt nie każe mi tu prasować koszul ani zmywać po obiedzie. Tylko ja, setki wieszaków i złudzenie, że coś jeszcze ode mnie zależy.

– Znowu chcesz łazić po sklepach? – zapytał Jacek przy kolacji, odkładając widelec z charakterystycznym brzękiem.

– To nie „łażenie”. To inwestycja, okazja – odparłam, nie patrząc na niego. Nie zrozumiał mnie jak zwykle. Włączył telewizor, a ja znów poczułam się niewidzialna. Jak mebel. Jak zasłona.

Następnego dnia rano założyłam nowy szalik w kolorze szampana. Chciałam czuć się kobieco. Chciałam przypomnieć sobie, kim byłam. Nie spodziewałam się, że tego dnia spotkam jego.

Nie wierzyłam własnym oczom

W centrum handlowym było cicho jak na styczeń. Poranek, środek tygodnia – idealnie. Zawsze lubiłam przychodzić tu wcześnie, kiedy sprzedawczynie jeszcze parzyły pierwszą kawę, a światło odbijało się od pustych, wypolerowanych witryn. Obeszłam kilka sklepów z rutyną farmaceuty: dotknąć, obejrzeć metkę, powiesić z powrotem. Nic mnie nie ruszało.

Wtedy go zobaczyłam. Stał przy regale z męskimi płaszczami, obracając w dłoniach coś w kratę. Przez chwilę pomyślałam, że to niemożliwe. Że to ktoś podobny. Ale kiedy się odwrócił, nie miałam już wątpliwości. Darek. Zamarłam.

On też mnie zauważył i się uśmiechnął – tym samym, bezczelnym, rozbrajającym uśmiechem, który kiedyś sprawiał, że potrafiłam zapomnieć o wszystkim. Podeszłam. Nogi miałam jak z waty.

Agata? To serio ty? – zapytał, z niedowierzaniem. – Wyglądasz… wow.

Parsknęłam nerwowo.

– No, nieźle się zaczyna – rzuciłam, próbując brzmieć lekko, ale serce waliło mi jak oszalałe.

Zaczęliśmy rozmawiać. Naturalnie. Bez napięcia. Jakby nie minęło dwanaście lat. Jakbyśmy nie rozstali się w atmosferze cichych pretensji i urwanych rozmów.

– Robisz tu zakupy? – zapytał.

To taka moja terapia – odparłam.

– To co, pozwolisz mi się do niej przyłączyć?

Zgodziłam się. Chodziliśmy między wieszakami, żartując. Przymierzał marynarki, a ja doradzałam. Śmiałam się, aż mnie bolał brzuch. Przez chwilę znowu czułam się jak dziewczyna, którą kiedyś kochał. Jak ktoś ważny. Pożądany. Nie byłam tylko żoną Jacka i cieniem samej siebie.

To było jak zakazany owoc

Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało. Może wtedy, gdy podał mi sukienkę z wieszaka i powiedział, że dobrze wyglądam w czerwieni. A może, gdy wszedł ze mną do przymierzalni bez pytania – jakby miał do tego prawo. Jakbyśmy znów byli razem.

Darek, co ty robisz? – szepnęłam, stojąc w samej bieliźnie.

– Patrzę – odpowiedział cicho, bez cienia wstydu. – Na kobietę, która wygląda lepiej niż kiedykolwiek.

Zamknął za sobą zasłonkę. Dwa metry kwadratowe. Dwa oddechy. Dwie osoby, które kiedyś nie mogły bez siebie żyć.

Nie powinniśmy – powiedziałam.

– Chyba właśnie dlatego tego chcę – odpowiedział, przyciskając mnie do ściany.

Nie protestowałam. Przymierzalnia była duszna, pachniało tkaniną i jego perfumami. Serce waliło mi jak dzwon. Czułam jego ręce na plecach, jego oddech przy uchu, jego usta na mojej szyi.

Trwało to chwilę. Może minutę. Może dwie. Kiedy wyszłam, nogi mi się trzęsły. Nie kupiłam tej sukienki. Nie potrafiłam spojrzeć sobie w oczy w lustrze.

– Agata… – zaczął, ale podniosłam dłoń.

Nic nie mów. Niczego nie psuj.

Pożegnałam się z uśmiechem, ale już innym. Wyszłam na mroźny parking, czując, jak coś we mnie się złamało. Może właśnie się naprawiło. Sama nie wiem. Zdradziłam Jacka. W przymierzalni. Na wyprzedaży. A jednak czułam się… żywa.

Przypadkiem znalazł rachunek

Znalazł ten paragon przypadkiem. W moim płaszczu, w bocznej kieszeni, gdzie wrzuciłam go w pośpiechu. Nawet o nim nie pamiętałam. Miałam go wyrzucić, zapomnieć. Nie zdążyłam.

Co to? – zapytał, stając w progu kuchni z białym świstkiem w dłoni.

– Nie wiem. Paragon? – zagrałam na czas.

– Widzę, że paragon. Tylko że za męską koszulę, spodnie i jakieś perfumy. Dla kogo?

Zamarłam. W głowie miałam pustkę.

Myślałam, że ci kupię coś na urodziny – rzuciłam, zbyt szybko, zbyt gładko.

– Moje urodziny są za cztery miesiące – odpowiedział spokojnie, z tą swoją cichą, wyrachowaną logiką, która bolała bardziej niż krzyk. – Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek wcześniej kupowała mi coś z wyprzedzeniem.

Chciałam cię zaskoczyć – rzuciłam, czując, że wpadam coraz głębiej.

– Tylko że nigdy mnie nie zaskakujesz, Agata. Od lat.

Jego oczy były spokojne, ale widziałam, że coś w nim drgnęło. Że zaczyna układać sobie to wszystko w głowie. Wreszcie patrzy na mnie naprawdę.

Dla kogo to było?

– Przestań – szepnęłam, jakby błagałam. – Nie zaczynaj.

Cisza. Nawet zegar przestał tykać. Odszedł bez słowa. Nie trzaskał drzwiami. Po prostu wyszedł. A ja zostałam w kuchni z tym cholernym paragonem w dłoni, jakby był bronią. Jakby właśnie strzelił mi prosto w serce.

Nie umiałam kłamać

Przyszedł wieczorem. Cicho, bez zapowiedzi. Klucz obrócił się w zamku z ciężkim, niemal symbolicznym dźwiękiem. Weszłam do przedpokoju z kubkiem herbaty, jakby nic się nie stało.

– Możemy porozmawiać? – zapytałam, chociaż wiedziałam, co powie.

Stał oparty o ścianę, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Obserwował mnie tak, jak chyba nigdy wcześniej – chłodno, uważnie. Jakby ważył każdy mój gest.

To był ktoś inny, prawda?

Nie udawał, że nie wie. Nie dawał mi miejsca na kłamstwo. Zamilkłam. Spuściłam wzrok. Milczenie było najgorszym przyznaniem się.

– A więc jednak – powiedział cicho.

Ruszył do kuchni, usiadł przy stole. Ja poszłam za nim. Zaparło mi dech. Serce waliło mi jak wtedy w przymierzalni. Ale teraz – z lęku.

Zdradziłaś mnie?

– Jacek…

Proszę, nie kłam. Zadam proste pytanie. Byłaś z nim?

Zacisnęłam dłonie. Nie potrafiłam się wyprzeć. Nie po tym, jak na mnie spojrzał.

– Tak – wyszeptałam.

Zamilkł.

– Wiesz, co jest najgorsze? – powiedział po długiej chwili. – Że nawet mnie to nie zaskakuje. Tylko boli, że nie powiedziałaś, że chcesz to skończyć. Że wolałaś zdradzać, niż porozmawiać.

– Dla ciebie byłam niewidzialna – wyrzuciłam. – Od lat.

– To trzeba było to powiedzieć, a nie szukać wrażeń gdzieś indziej!

Uderzył w stół otwartą dłonią, a potem wstał i wyszedł Drzwi trzasnęły za nim z siłą, która sprawiła, że kubek upadł na podłogę i potłukł się na kawałki. Zostałam sama.

Nie chciał do tego wracać

Zanim do niego napisałam, długo wpatrywałam się w ekran. Zaczynałam wiadomość i kasowałam. „Cześć, musimy pogadać” brzmiało zbyt dramatycznie. „Masz czas na kawę?” – zbyt lekko. W końcu wysłałam tylko: „Możemy się spotkać?”. Odpisał po godzinie. „Jasne. Stara kawiarnia przy kinie. Jutro, 18:00”.

Przyszłam za wcześnie. Zamówiłam herbatę, ale jej nie tknęłam. Patrzyłam przez okno, jak zacinający deszcz odbija się od asfaltu. Czułam się, jakbym miała trzynaście lat i zaraz miała dostać jedynkę. Przyszedł punktualnie. Znowu ten jego nonszalancki uśmiech. Usiadł naprzeciwko, zdjął kurtkę, jakbyśmy się widzieli wczoraj. Jakby nic się nie stało.

– Dobrze wyglądasz – rzucił.

– Nie przyszłam po komplementy – powiedziałam ostrożnie. – Chciałam tylko zrozumieć… czy to coś dla ciebie znaczyło?

Przez chwilę milczał. Westchnął, oparł się wygodnie.

– Agata… Byliśmy kiedyś blisko, to prawda. Ale to, co się stało… to był impuls. Nic nie planowałem.

– A ja tak, wiesz? Może nie świadomie, ale tak – poczułam, jak coś we mnie się łamie. – Przez chwilę znowu poczułam się żywa. Ktoś mnie dotknął. Ktoś spojrzał na mnie inaczej niż przez rachunki i rutynę.

Darek pokiwał głową, ale bez emocji.

– Jesteśmy dorośli. Mamy swoje życia. Nie wracajmy do liceum. Nie szukaj w tym większego sensu.

– Czyli to koniec?

To nigdy niczym nie było – odpowiedział spokojnie.

Zostawił pieniądze za kawę na stole i wyszedł. Zostałam, wpatrując się w parującą herbatę. Pustka, wstyd i coś jeszcze… może smutek, może złość na siebie. Zostałam sama – już zupełnie.

To jednak coś mi dało

Siedziałam na kanapie w ciszy. Tyle już dni minęło, a ja nadal nie umiałam się odnaleźć. Wciąż odruchowo robiłam herbatę dla dwojga. Wciąż zamykałam drzwi sypialni, jakby Jacek miał zaraz wrócić. Ale on nie wracał. Zabrał tylko torbę i rzeczy. Nie napisał, nie zadzwonił.

Czasami łapałam się na tym, że chciałam mu opowiedzieć coś z dnia. Głupstwo – że mleko się wylało, że sąsiadka z góry znowu wierciła. Wtedy nagle sobie przypominałam, że go nie ma. A może już nie wróci. Może nie powinien.

Po Darku nie zostało nic – ani wiadomość, ani cień nadziei. Tamta kawiarnia była pożegnaniem. Nie miał w oczach ani żalu, ani tęsknoty. Dla niego byłam przeszłością. Chwilą adrenaliny w dusznej przymierzalni.

Zdradziłam męża. Straciłam wszystko, co było stałe. A mimo to… nie potrafię powiedzieć, że żałuję spotkania z Darkiem. Żałuję tylko, jak bardzo byłam naiwna. Jak bardzo chciałam, żeby ktoś mnie zobaczył.

Zaczęłam zadawać sobie pytania, które wcześniej omijałam. Czy ja naprawdę byłam nieszczęśliwa… czy tylko znudzona? Czy chodziło o miłość – czy o desperację? Czy chciałam uciec… czy zostać przyłapana? Nie umiem jeszcze odpowiedzieć. Wiem, że nie wrócę już do starego życia. Nawet jeśli Jacek wybaczy, ja nie chcę już żyć na pół gwizdka. Nie chcę być niewidzialna. Muszę odzyskać siebie. Nie przez zakupy, nie przez mężczyzn. Przez siebie. Zamykam oczy i pierwszy raz od dawna czuję: to dopiero początek.

Agata, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama