Reklama

Jestem emerytowaną nauczycielką języka polskiego i – co najważniejsze w tej historii – jestem babcią. Nie wiem, kiedy tak naprawdę zaczęłam czuć się starą, bo w środku nadal czuję się tą samą Heleną, która dwadzieścia lat temu przemykała przez szkolne korytarze w granatowej garsonce, ściskając w dłoni czerwony długopis i dziennik. Ale dziś już nikt mnie nie zatrzymuje na korytarzu. Dziś moje korytarze są puste, a plan dnia sprowadza się do zrobienia herbaty i włączenia telewizora, żeby nie było zbyt cicho.

Mój mąż Janek zmarł sześć lat temu. Po jego śmierci wszystko jakby zbladło. Wcześniej nawet cisza miała smak – był w niej oddech drugiego człowieka, szelest gazety, stukanie łyżeczki o filiżankę. Teraz cisza jest ciężka i lepka. Wypełnia każdy kąt mieszkania, przesiąka w skórę.

Mam córkę – Martę. Kiedyś była moją córeczką z blond warkoczem i wiecznie podrapanymi kolanami. Dziś jest zapracowaną kobietą w średnim wieku, z wiecznie zaciętą miną i telefonem przy uchu. Dzwoni do mnie… no, może raz na dwa tygodnie. Krótko, rzeczowo, bez zbędnych słów. Jakby każde „mamo” musiała przepychać przez gardło.

Mam też wnuki – Tomka i Kasię. Kiedyś do mnie biegli. Dziś trzeba ich przyciągać obietnicą pierogów i gotówki w kopercie. Jest jeden dzień w roku, kiedy przychodzą „z własnej woli”. Jeden, jedyny dzień: Dzień Babci.

I dlatego 21 stycznia, od samego rana robię wszystko, żeby mieszkanie wyglądało perfekcyjnie. Kładę najładniejszy obrus, poleruje srebrne sztućce, stawiam sernik na stole. Ten dzień to mój mały teatr – wystawiam spektakl pt. „kochająca rodzina”, w którym główną rolę gram ja. Czy widownia jeszcze na niego przychodzi?

Nikt nie słucha

Od rana chodziłam jak w zegarku. W nocy prawie nie spałam – najpierw myślałam, co ugotować, potem liczyłam w myślach zastawę, potem słuchałam stukania w kaloryfer, jakby coś miało się wydarzyć. Wstałam o szóstej, zanim budzik zdążył zapiszczeć. Założyłam ten sam sweter co zawsze, ten z haftowanymi stokrotkami, bo Marta mówi, że „nie wyglądam wtedy jak babcia ze starego filmu”. Może miała rację.

Ugotowałam rosół, ulepiłam pierogi z serem i ziemniakami – Tomek kiedyś je uwielbiał. Sernik stygnie na parapecie. Poleruję łyżeczki, których nikt nie zauważy. Potem patrzę na zegarek. Jeszcze godzina. Wyjmuję szklaną paterę. Potem zapalam świecę, co wygląda głupio o czternastej, ale niech będzie przytulnie.

Gdy dzwonek do drzwi wreszcie się rozlega, aż podskakuję.

– Cześć, babciu! – Tomek całuje mnie w policzek, jakby trochę z rozpędu. – Ale pachnie.

– Ooo, pierogi – mruczy Kasia bez odrywania wzroku od telefonu. Marta całuje mnie w policzek, zerkając jednocześnie na zegarek.

– Jak miło was widzieć – mówię, jakby to było coś wyjątkowego. Bo jest.

Siadamy przy stole. Mówię coś o pogodzie, o tym, że sąsiadka zmarła, że dzisiaj w radiu mówili o zimie stulecia. Nikt nie słucha. Tomek scrolluje coś na telefonie pod stołem. Kasia robi zdjęcie talerza. Marta odpowiada na SMS-a.

Cieszę się, że przyszliście. Tomeczku, pamiętasz, jak robiłam ci pierogi, co miałeś sześć lat? – pytam, uśmiechając się.

– Pewnie, babciu. Są najlepsze – odpowiada i nawet na mnie nie patrzy.

Cisza. Mój uśmiech zastyga na twarzy. Coś we mnie drży, ale jeszcze się nie rozpadam.

Wiem, że kłamią, ale kiwam głową

Po obiedzie stół wygląda jak po bitwie – rozlane kompoty, porzucone serwetki, rozgrzebane pierogi. Marta wstaje jako pierwsza.

– Dzieciaki, pomożecie babci posprzątać? – rzuca, nie czekając na odpowiedź, bo już wychodzi do kuchni. Kasia wzdycha teatralnie.

Chodźcie, pokażę wam coś – mówię, otwierając szufladę z albumem. To ten gruby, zielony, jeszcze z czasów, gdy zdjęcia wywoływało się w zakładzie, nie wrzucało do internetu.

Siadamy na kanapie. Otwieram na pierwszej stronie.

– To wasza mama w pierwszej klasie. Miała dwie jedynki, bo pokłóciła się z nauczycielką od muzyki – śmieję się. – A tu Tomek, na działce, w takiej małej różowej wanience, pamiętasz?

Mamo, może nie teraz – Marta pojawia się nagle w progu. – Dzieci są zmęczone.

– Chciałam tylko… przypomnieć – mówię cicho, zamykając album.

Kasia wyciąga telefon i mówi:

– Babciu, zróbmy zdjęcie, dobrze?

Pozujemy razem. Uśmiecham się, bo trzeba. Kasia dodaje zdjęcie do internetu z podpisem: „Kochana babcia ❤️”. Po chwili słyszę jej szept:

– Będę mieć followersów.

Udaję, że nie słyszałam. Ale słyszałam. I coś we mnie pęka. Nie całkiem, jeszcze nie. Jakby rysa pojawiła się na porcelanowym talerzu. Takim, co jeszcze wygląda dobrze, ale już nigdy nie będzie cały.

– Może jeszcze herbaty? – pytam.

– Wypijemy szybko, mamo. I musimy lecieć. Tomek ma zajęcia, a Kasia korepetycje – mówi Marta.

Wiem, że kłamią. Kiwam głową. Jeszcze nie krzyczę. Jeszcze się nie buntuję, ale w środku... już czuję, że to teatr. I zaczyna mi być niedobrze od tej roli.

Chciałabym, żeby ktoś zaprzeczył

Moje dzieci zaczęły sprzątać, ja zostałam w pokoju, jak co roku – udaję, że po obiedzie muszę się zdrzemnąć. Tym razem byłam czujna. Słyszę sztućce wrzucane do zlewu, szuranie krzeseł. Potem głos Marty.

– No, zrobiliście zdjęcie? Teraz możemy iść.

– Serio, po co tu w ogóle przychodzimy? – burknął Tomek. – Zawsze to samo. Nudno i smutno.

– Bo wypada – mówi Marta spokojnie, ale z tym jej tonem, który wbija w ziemię. – Jeden dzień w roku chyba wytrzymacie.

– Babcia i tak nie ogarnia – dodała Kasia.

Podnoszę się powoli z kanapy. Wstaję, choć serce mi łomocze. Wychodzę do kuchni. Staję w drzwiach. Milkną momentalnie.

– A więc to tylko kukiełkowy teatrzyk? – pytam cicho.

Marta otwiera usta, ale zanim coś powie, ja kontynuuję:

– Zdjęcie dla obcych, pierogi dla przyzwoitości, kilka słów na odczepne „kocham cię babciu”, a potem już można iść do swoich ważniejszych spraw?

Tomek spuszcza wzrok. Kasia się czerwieni. Marta staje na baczność, jak uczennica przy tablicy.

– Mamo… nie tak to miało zabrzmieć. Dzieci są młode. One… nie rozumieją.

– A ty rozumiesz? – patrzę jej prosto w oczy. – Ty też tylko „przyszłaś, bo wypada”?

Cisza. Chciałabym, żeby ktoś zaprzeczył. Żeby Tomek krzyknął: „Nieprawda! Kocham cię!”. Żeby Kasia rzuciła telefonem, a Marta mnie objęła. Ale nic takiego się nie dzieje. Stoją, jakby mnie pierwszy raz w życiu zobaczyli. I ja ich też.

Wypędziłam ich z domu

– Cały obiad, każde twoje „kocham cię babciu”, było na pokaz? – mówię, głos mi się trzęsie, ale nie przestaję. Nie tym razem.

– Mamo… nie chciałam cię zranić… – Marta próbuje się ratować, ale ja nie chcę jej litości. Chcę prawdy.

To po co przyszliście? Żebym przez chwilę poczuła się mniej samotna? Żebym przez piętnaście minut mogła udawać, że mam rodzinę?

– Babciu, nie mów tak – Tomek w końcu się odzywa. Cicho. Jakby go ktoś zmusił.

– Powiedz mi coś, Tomek. Naprawdę pamiętasz te pierogi? Czy tylko to mówisz, bo wiesz, że tak trzeba?

Milczy. Marta podchodzi bliżej. Próbuję ją odsunąć, ale łapie mnie za dłoń.

– Mamo, życie mnie przerosło. Praca, dom, kredyt, dzieci… Czasem nie mam siły nawet dla siebie. Nie chcę, żebyś czuła się zapomniana, ale... ja też ledwo się trzymam.

– Wiem. Tylko że ja trzymam się już tylko was. Tylko tego dnia. A teraz nawet on jest fałszywy.

Patrzą na mnie, z tym mieszaniną wstydu i bezradności. Ale nic nie zmienią. Widzę to.

– Zjedliście, co chciałam wam ugotować. Zrobiliście zdjęcie. Macie, po co przyszliście.

Odchodzę do drzwi. Otwieram je szeroko.

– Możecie iść.

Marta otwiera usta, ale Tomek łapie ją za ramię. Kasia w końcu odkłada telefon i podchodzi do mnie. Patrzy jakby pierwszy raz w oczy.

– Przepraszam, babciu.

I wychodzi. Zamykam drzwi. Opieram się o nie. I płaczę. Nie dlatego, że mnie nie kochają. Tylko dlatego, że przestałam wierzyć, że jeszcze mogą.

Wolę być sama, niż tak

Zdejmuję obrus. Składam go powoli, równo, jakby od tego zależał porządek mojego świata. Potem naczynia, które zostały – talerz po Tomku, widelec Kasi, kubek Marty. Wszystko po kolei, jak w rytuale żałoby po czymś, co nie umarło fizycznie, ale emocjonalnie – na moich oczach.

Zmywam, choć nie muszę. Zostawiam tylko jedną filiżankę – tę, z której pił Janek. Wlewam do niej herbaty. Siadam przy stole i patrzę na nią, jakby on miał zaraz przyjść i powiedzieć: „No co ty, Helka, przecież oni cię kochają, tylko inaczej”.

Janek nie przychodzi. A ja już nie wierzę. Wchodzę do pokoju. Otwieram szufladę. Leży tam list – ten sam, który zaczęłam pisać rok temu, po poprzednim „obiedzie z miłości”. Niedokończony. Dziś dopisuję. „Janku. Dziś znów udawali, że mnie kochają. A ja znów udawałam, że w to wierzę. Już nie chcę. Już nie potrafię”.

Odkładam długopis. List zostaje na biurku. Może go kiedyś dokończę. Może nie. Siadam w fotelu i patrzę w okno. Jest już ciemno. Światło odbija się w szybie i przez chwilę widzę tam siebie. Starą kobietę z pustym spojrzeniem. I jednocześnie – dziewczynkę, która chciała tylko być potrzebna. Zamykam oczy. Nie chcę, żeby mnie kochali na pokaz. Wolę być sama, niż wśród udawanych uczuć.

Helena, 78 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama