„Obiad na Dzień Dziadka był miły do momentu, gdy wnuk wyjął listę rzeczy na kartce. Już ja go nauczę szacunku”
„Myślałem, że w Dzień Dziadka wreszcie ktoś przyjdzie do mnie, a nie po to, żeby kalkulować. Uwierzyłem w uśmiechy wnuka, w jego troskę, w tę nagłą bliskość. A potem zobaczyłem listę moich rzeczy i zrozumiałem, że jestem tylko starcem z testamentem. Zabolało. Wkurzyło. I wtedy postanowiłem, że nie dostanie ode mnie nic. Oprócz prawdy o sobie”.

- Redakcja
Samotność ma swój stały rytm. Poranne śniadanie przy małym stole, zawsze na dwa nakrycia. Krzesło po żonie – nieruszone od lat, bo nie potrafię go odstawić, jakby jeszcze miała wrócić. Słucham radia, podlewam te same kwiaty na parapecie, których już nikt poza mną nie lubi. Cisza bywa ciężka, a każdy dzień podobny do poprzedniego, dopóki nie zadzwoni dzwonek do drzwi.
Od kilku miesięcy Paweł, mój wnuk, coraz częściej przerywa ten mój święty spokój. Przynosi gazetę, czasem ciasto, siada w kuchni i zadaje zwykłe pytania, a ja czuję coś na kształt ulgi. Moja córka, Marta, dzwoni rzadko, odwiedza jeszcze rzadziej – każdy ma swoje życie, swoje sprawy, a ja coraz bardziej staję się dla nich tłem.
Paweł wydaje się inny, obecny. Uśmiecha się, słucha, czasem nawet żartuje z moich starych przyzwyczajeń.
– Dziadku, nikt nie ma takiego spokoju w sobie jak ty – powiedział mi któregoś razu. A ja pomyślałem: „Może on rzeczywiście mnie lubi? Może zostawię po sobie coś więcej niż tylko rzeczy?”
Wtedy jeszcze wierzyłem, że budujemy między sobą jakąś więź.
Z początku byłem dumny
Obiad z okazji Dnia Dziadka – taka nowość w moim kalendarzu. Paweł zadzwonił dzień wcześniej, że wpada i sam wszystko przygotuje. Przyniósł gotowe pierogi i pachnący sernik z cukierni, rozłożył talerze i z uśmiechem powiedział:
– Należy ci się święto, dziadku. Bez ciebie to byśmy nawet nie wiedzieli, kim jesteśmy!
Z początku byłem dumny. Rzadko kiedy ktoś urządza dla mnie święto. Siedzieliśmy razem przy stole, ja częstowałem herbatą, a Paweł zagadywał, śmiał się, jak nigdy. Z czasem rozmowa zaczęła skręcać na znajome tory. Paweł rozglądał się po mieszkaniu, wzrokiem omiatał półki, zdjęcia, bibeloty.
– Ten zegarek po pradziadku jeszcze działa? – spytał nagle, wskazując na srebrną pamiątkę.
– Działa, czasem się zacina, ale to kawał historii – odpowiedziałem, czując coś dziwnego pod żebrami.
– A te książki z podpisami... To coś warte? – Paweł sięgnął po jeden z tomów, z namaszczeniem przeglądał pierwsze strony.
Poczułem się nieswojo. Do tej pory myślałem, że interesuje go moja przeszłość, ale zaczęło do mnie docierać, że to nie o mnie pyta. Raczej o to, co po mnie zostanie. Przechodził płynnie z komplementów na temat porządku w moim domu do pytań o dokumenty.
– Dziadku, ty to musisz mieć wszystko poukładane. Testament już dawno gotowy, co? – rzucił niby żartem.
Odłożyłem widelec, spojrzałem mu prosto w oczy:
– A po co ci to wiedzieć?
Roześmiał się głośno:
– No wiesz, ciekawość zawodowa! Tyle się teraz gada o spadkach…
Wtedy po raz pierwszy zabolało mnie, jak patrzył na moje ręce, nie w oczy. Przez resztę obiadu milczałem, a w środku czułem, że coś zaczyna pękać.
Lista rzeczy
Kilka dni po tamtym obiedzie Paweł znowu przyszedł. Tym razem nawet nie zapowiedział się wcześniej. Przyniósł prezent – nowy portfel, zapakowany w błyszczące pudełko.
– No, dziadku, żebyś nie musiał już nosić tych starych rachunków w gumce recepturce! – śmiał się, wręczając mi upominek.
Podziękowałem, choć czułem, jak między nami jest coraz mniej powietrza, a coraz więcej czegoś nieokreślonego. Usiadł jak u siebie, nalał herbaty i rozłożył na stole jakieś papiery.
– To taki żart, dziadku... – zaczął, a ja już czułem, że to nie będzie śmieszne. – Spisałem tu kilka rzeczy, które… no, może byś chciał kiedyś zabezpieczyć na przyszłość. Wiesz, żeby się nie zgubiły. Tylko nie śmiej się!
Wyciągnął kartkę. „Zegarek po pradziadku. Obraz po babci. Skrzynka z narzędziami. Aparat analogowy. Książki z podpisami. I jeszcze pióro, pamiętasz, to twoje ulubione…”. Wpatrywałem się w tę listę, czując, jak serce kurczy mi się w środku. Przez chwilę nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Paweł patrzył wyczekująco, lekko speszony, ale z tym swoim pewnym siebie uśmiechem.
– No co? Nie gniewaj się. Ty zawsze powtarzałeś, że trzeba być konkretnym – rzucił.
Odsunąłem kartkę.
– A może ty zawsze byłeś tylko konkretny. A nie bliski – odpowiedziałem chłodno.
Przez chwilę w kuchni zaległa cisza. Paweł próbował żartować, że przecież to tylko formalność, że wszyscy tak teraz robią. Jednak ja już wiedziałem. Nie przyszedł dla mnie. Przyszedł po coś. Patrzył na rzeczy, nie na wspomnienia. Ja, całe moje życie, byłem tylko testamentem z siwą głową.
W końcu się odważyłem
Czekałem kilka dni. Chciałem, żeby mi przeszło, ale nie przeszło. Przeglądałem tę listę w głowie codziennie, patrząc na zegarek, na obraz, na swoje dłonie. W końcu zadzwoniłem do Pawła.
– Przyjdź na herbatę. Muszę z tobą porozmawiać – powiedziałem krótko, bez zwyczajowych żartów.
Przyszedł jak zawsze – pewny siebie, uśmiechnięty, z kolejną torbą słodyczy. Tym razem nie zaproponowałem, żeby się rozgościł. Nawet nie usiedliśmy razem przy stole, tylko zostałem przy oknie, patrząc na jego odbicie w szybie.
– Paweł, nie będę już owijał w bawełnę. Nie zostawię ci nic. Ani zegarka, ani książek, ani aparatu. Ani tego portfela, który mi przyniosłeś – powiedziałem spokojnie.
Paweł przez chwilę nie mógł uwierzyć, jakby usłyszał złą wiadomość przez radio.
– Ale… dlaczego? Przecież cię odwiedzałem. Dbałem… – zaczął, ale głos miał już nieco wyższy, spięty.
– Dbałeś nie o mnie. Dbałeś o to, co po mnie zostanie – przerwałem mu. – Nie zostawia się pamiątek ludziom, którzy nigdy nie patrzyli ci w oczy, tylko na twoje ręce. Ty nawet nie wiesz, co lubiła twoja babcia, ale pamiętasz, gdzie stoi jej obraz.
Zapadła ciężka cisza. Paweł siedział przez chwilę z opuszczonym wzrokiem. W końcu wstał gwałtownie, krzesło zaskrzypiało na podłodze.
– To niesprawiedliwe – rzucił. – Przecież próbowałem…
– Próbowałeś zdobyć rzeczy. Nigdy mnie nie szukałeś – odpowiedziałem chłodno.
Nie powiedział już nic. Trzasnął drzwiami. Długo jeszcze czułem w pokoju zapach jego wody kolońskiej. A potem nastał spokój. Cisza, którą sam wybrałem. I nagle ta samotność przestała być taka straszna.
Przyszedł wieczorem, bez prezentów
Nie minął tydzień, a Paweł zadzwonił znowu. Tym razem nie było w jego głosie już ani pewności siebie, ani tego chłopięcego ciepła, które kiedyś wywoływało we mnie wzruszenie.
– Dziadku, możemy pogadać jeszcze raz? – zapytał krótko.
Zgodziłem się, ale nie z ciekawości – bardziej z poczucia obowiązku, że to ja jestem tym ostatnim, do kogo jeszcze może wrócić.
Przyszedł wieczorem, bez ciasta, bez prezentów. Usiadł naprzeciwko mnie, spuścił wzrok.
– Przepraszam, że tamta lista… To było głupie. Nie chciałem cię zranić – powiedział po długiej ciszy.
Milczałem chwilę, patrzyłem na niego długo, jakbym dopiero teraz widział tego chłopaka, którego kiedyś prowadziłem za rękę przez pasy.
– Paweł… Może nie zrozumiesz, ale dla mnie te rzeczy, o które pytałeś, to nie są tylko przedmioty. Każda z nich to wspomnienie. Twoja babcia, twoja matka, moje życie. Ty patrzysz na nie jak na zdobycz. A ja… ja chcę, żebyś kiedyś pamiętał o mnie nie przez zegarek, tylko przez to, co ci opowiadałem, przez wspólne chwile.
Paweł westchnął ciężko.
– Nie wiem, czy umiem tak pamiętać, dziadku – wyznał cicho.
– Wiem. Ale wiesz, ja już nie potrzebuję, żebyś coś ode mnie dostał. Chciałem, żebyś coś usłyszał. Może jeszcze kiedyś zrozumiesz.
Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu. Wreszcie Paweł wstał.
– Pewnie już nie przyjdę tak szybko – powiedział, nie patrząc mi w oczy.
– Rozumiem – odparłem.
Odszedł cicho, bez pożegnania. A ja poczułem ulgę, że nie muszę już udawać przed nikim. Nie muszę się starać być kimś, kto daje tylko rzeczy. W tej pustce była w końcu prawda.
Czas rozliczeń
Minęły kolejne tygodnie, a dom stał się jeszcze cichszy. Nie było już codziennego wypatrywania przez okno, czy Paweł nie pojawi się znienacka z torbą słodyczy i sprytnym uśmiechem. Telefony nie dzwoniły, listy przychodziły tylko urzędowe. Przez chwilę łudziłem się, że może jednak zadzwoni, napisze choćby SMS-a. Złapałem się na tym, że zaczynam sprawdzać skrzynkę na listy i wyczekiwać na najmniejszy dźwięk domofonu. Była to nadzieja głupia i upokarzająca, z jaką starszy człowiek przywiązuje się do najdrobniejszych resztek uwagi.
Próbowałem się zająć sobą, wrócić do dawnych lektur, słuchałem radia coraz głośniej, by zagłuszyć myśli. Wieczorami otwierałem szafkę z pamiątkami, kartkowałem stare listy od żony, zdjęcia Marty z dzieciństwa, świadectwa z czasów, gdy wszystko było prostsze i nikt nie myślał o tym, komu co zostawić.
Pewnego dnia podszedłem do biurka, na którym przez lata leżał pusty papier. Napisałem list — nie do Pawła, nie do Marty, ale do siebie. Po tym usiadłem do testamentu. Tym razem bez żalu, bez cienia goryczy, tylko ze spokojem. Pamiątki, książki, zegarek, aparat – wszystko przekazałem bibliotece i muzeum. Wszystko, co miałem w sobie wartościowego, oddałem miejscu, które kochałem za życia.
Na końcu dopisałem jedno zdanie: „Nie dla tych, którzy przychodzili po rzeczy, tylko dla tych, którzy przychodzili po opowieści”. Kiedy skończyłem, spojrzałem na stare zdjęcie żony. I po raz pierwszy od lat poczułem się naprawdę wolny. Wybrałem samotność, ale była to samotność w prawdzie. Tak właśnie chciałem, żeby wyglądał mój koniec.
Andrzej, 77 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Babcia zawsze narzekała, że nikt jej nie odwiedza. Gdy wpadliśmy do niej na Dzień Babci, było jeszcze gorzej”
- „W Dzień Dziadka poznałam historię, która zmieniła moje spojrzenie na rodzinę. I nagle wszystko ułożyło się w całość”
- „Zamieniłam wygodne życie w mieście na domek w górach. Dziś wiem, że kulig w śniegu po pachy nie jest dla mnie”