Reklama

Kiedy parkowaliśmy pod domem dziadka Staszka, poczułam ten charakterystyczny skurcz żołądka, który towarzyszył mi przy każdej wizycie w rodzinnym gnieździe. Mój mąż Marek spojrzał na mnie z współczuciem. Wiedział, co mnie czeka. Wiedział, że za chwilę wejdę w rolę dobrej wnuczki, która zawsze pamięta o urodzinach, załatwia wizyty u kardiologa i nigdy, przenigdy nie narzeka.

Stresowałam się

Dom dziadka to ten typ budownictwa z lat 70., kostka z płaskim dachem, która kiedyś była symbolem statusu, a teraz po prostu straszyła odpadającym tynkiem. Dla mnie jednak ten dom był czymś więcej niż stertą cegieł. To tutaj spędzałam każde wakacje. To tutaj, po śmierci babci pięć lat temu, staraliśmy się stworzyć dziadkowi namiastkę normalności. Byłam tam co tydzień. Sprzątałam, gotowałam, słuchałam po raz setny tych samych historii z wojska. Robiłam to, bo kochałam tego starego, zrzędliwego człowieka.

Tego dnia na podjeździe stało już lśniące, czarne Audi. Wiedziałam, czyje jest. Należało do mojego brata Filipa. A właściwie do banku, który mu je wyleasingował, ale Filip nigdy by się do tego nie przyznał. To był pierwszy sygnał ostrzegawczy. Filip rzadko odwiedzał dziadka. Zazwyczaj był w delegacji, zamykał ważny projekt albo leciał do Dubaju. Jego obecność w Dzień Dziadka, i to przed nami, była anomalią.

Kiedy weszliśmy do środka, uderzyła mnie fala gorąca. Dziadek zawsze rozkręcał kaloryfery na maksa, bo ciągle marzł. W przedpokoju tłoczyli się już wszyscy: moja matka, która poprawiała makijaż w lustrze, ojciec z miną skazańca i Filip. Stał w salonie, w nienagannie skrojonym garniturze, z kieliszkiem wina w ręku, i perorował o kryptowalutach.

– O, jest i nasza Kopciuszek! – zawołał na mój widok, rozkładając ramiona.

Irytował mnie

Nienawidziłam tego przezwiska. Używał go od liceum, sugerując, że ja jestem tą od brudnej roboty, a on jest księciem. Najgorsze było to, że miał rację. Ja pracowałam w budżetówce, on „robił biznesy”. Ja jeździłam starym gruchotem, on zmieniał auta co pół roku. Ja byłam przy dziadku, kiedy trzeba było zmienić pampersa po operacji, on przysyłał kuriera z koszem delikatesowym.

– Cześć, Filip – powiedziałam chłodno, stawiając ciasto na stole. – Cześć, mamo. Tato. Dziadku, wszystkiego najlepszego!

Dziadek siedział w swoim fotelu. Wyglądał na mniejszego niż tydzień temu. Jego skóra była jak pergamin, a w oczach czaił się jakiś dziwny niepokój. Zamiast uśmiechnąć się na widok ulubionego sernika, tylko nerwowo potarł dłonie o kolana.

– Dziękuję, Karolinko, dziękuję – wymamrotał, unikając mojego wzroku. – Siadajcie, siadajcie. Rosół stygnie.

Atmosfera była gęsta, jakby ktoś wyssał z pokoju całe powietrze. Matka biegała między kuchnią a salonem, nakładając makaron z tą swoją maniacką precyzją, byle tylko nie dopuścić do ciszy. Ojciec gapił się w telewizor, mimo że był wyłączony. A Filip uśmiechał się tym swoim wilczym uśmiechem, bębniąc palcami o blat stołu. Czekał na coś. Czułam to w kościach.

Coś się szykowało

Obiad przebiegał według standardowego scenariusza. Matka narzekała na sąsiadkę, ojciec mruczał pod nosem, a Filip opowiadał o swoich rzekomych sukcesach.

– …no i mówię wam, ten inwestor z Singapuru był zachwycony. To jest przyszłość, rozumiecie? – perorował, machając widelcem, na którym dyndał kawałek marchewki.

– Wspaniale, synku, wspaniale – zachwycała się matka, wpatrzona w niego jak w obrazek. Dla niej Filip mógłby podpalić Rzym, a ona i tak pochwaliłaby go za ogrzanie atmosfery.

Ja milczałam. Marek trzymał mnie pod stołem za rękę, kciukiem gładząc moją dłoń. To był nasz tajny kod: „Spokojnie, jeszcze dwie godziny i spadamy”. Ale ja nie mogłam być spokojna. Widziałam, jak dziadek Staś drży, kiedy próbuje trafić łyżką do ust. Widziałam, jak zerka to na mnie, to na Filipa.

– Dziadku, jak się czujesz? Byłeś na tej kontroli w czwartek? – zapytałam, próbując przebić się przez monolog brata.

Zapadła cisza. Filip przestał żuć. Matka zamarła z wazą w ręku.

– Byłem, byłem – mruknął dziadek. – Wszystko w porządku. Starość nie radość, Karolinko.

– Bo dzwoniłam do przychodni, żeby potwierdzić termin, ale powiedzieli, że odwołałeś wizytę – drążyłam. – Dlaczego? Przecież to ważne badania nerek.

– Oj, przestań go męczyć! – wtrącił się Filip, nalewając sobie wina. – Dziadek jest dorosły, wie co robi. Może nie miał ochoty słuchać lekarzy. Dajcie spokój, to święto.

Martwiłam się

– Nie męczę go, Filip. Martwię się. Ty byś wiedział, gdybyś bywał tu częściej niż raz na kwartał – warknęłam. To było silniejsze ode mnie.

Matka głośno odstawiła wazę.

– Karolina! Nie zaczynaj. Nie dzisiaj. Filip jest zajęty, prowadzi firmę. Ty masz… no, ty masz więcej czasu.

To zabolało bardziej niż policzek. Mam więcej czasu? Pracuję na pełny etat, mam dwójkę dzieci, które na szczęście zostały u drugiej babci, a w weekendy jestem darmową pielęgniarką i sprzątaczką dla dziadka. Ale w oczach matki moja praca i moje życie były tylko „dodatkiem”, czymś mniej istotnym niż wielkie plany Filipa. Po obiedzie przyszedł czas na kawę i mój sernik. Filip, z miną konesera, zjadł kawałek i skrzywił się lekko.

– Trochę suchy ci wyszedł, siostra. Ale doceniam gest.

Zignorowałam go. Wyciągnęłam z torby prezent dla dziadka. Ciepły, wełniany kardigan i drogi koniak, na który zrzuciliśmy się z Markiem, rezygnując z naszego wyjścia do kina.

– Proszę, dziadku. Żebyś nie marzł.

Dziadek wziął prezent drżącymi rękami. W jego oczach pojawiły się łzy. Były szczere, jestem tego pewna. Ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Filip wstał i odchrząknął.

– No dobra. Skoro już jesteśmy przy prezentach… – sięgnął do swojej skórzanej aktówki, która stała przy nodze stołu. – Ja też mam coś dla dziadka. A właściwie… dla nas wszystkich.

Zaparło mi dech

Serce podeszło mi do gardła. Wyjął grubą, niebieską teczkę. Nie wyglądało to na prezent. Wyglądało na dokumenty.

– O co chodzi? – zapytał ostro mój ojciec, który wreszcie oderwał wzrok od czarnego ekranu telewizora.

Filip położył teczkę na stole, tuż obok niedojedzonego sernika.

– Słuchajcie. Rozmawiałem z dziadkiem od dłuższego czasu. Dziadek jest zmęczony. Ten dom… to dla niego za dużo. Remonty, ogrzewanie, sprzątanie. To studnia bez dna.

– O czym ty mówisz? – zapytałam, czując, jak krew odpływa mi z twarzy. – Dziadek kocha ten dom. Tu się urodził tata, tu my się wychowaliśmy.

– Karolina, proszę cię, nie bądź sentymentalna – prychnął Filip. – Bądźmy pragmatyczni. Dziadek potrzebuje opieki, komfortu. Dlatego… – zawiesił głos, robiąc dramatyczną pauzę – ustaliliśmy, że dziadek sprzeda dom. A właściwie, przekaże go mi, a ja zajmę się jego spieniężeniem i inwestycją środków.

Spojrzałam na dziadka. Siedział ze spuszczoną głową, skubiąc rąbek obrusu.

– Dziadku? – szepnęłam. – To prawda?

– Filip mówi, że tak będzie lepiej… – głos dziadka był cichy, łamiący się. – Że zapewni mi… ten… apartament seniora. Z opieką. Że będę miał jak król.

– Apartament seniora? – krzyknęłam, wstając od stołu. – Masz na myśli dom starców?! Chcesz oddać dziadka do domu starców, żeby położyć łapę na kasie za dom?!

Zmanipulował go

W pokoju zrobiło się naprawdę nerwowo.

– Nie drzyj się! – wrzasnął Filip, tracąc wreszcie swoje opanowanie biznesmena. – To jest luksusowy ośrodek! Dziadek sam tego chce! Prawda, dziadku?!

Filip nachylił się nad starym człowiekiem w sposób, który nie miał nic wspólnego z troską. To była groźba. Czysta dominacja.

– Zaraz, zaraz – wtrącił się Marek, mój mąż. Zazwyczaj oaza spokoju, teraz miał twarz czerwoną z wściekłości. – Jak to „przekaże”? Kiedy?

Filip uśmiechnął się triumfalnie i otworzył teczkę.

– Akt notarialny został podpisany wczoraj. Darowizna. Dom jest mój. W zamian ja opłacam dziadkowi pobyt w ośrodku do końca życia. Wszystko legalnie, czarno na białym.

Poczułam, jak nogi się pode mną uginają. Musiałam usiąść. Wczoraj, kiedy ja byłam w pracy, a po południu robiłam zakupy na ten obiad. Filip przyjechał, omamił dziadka wizją luksusów, podsunął papiery i przejął dorobek życia całej rodziny.

– Mamo? Wiedziałaś o tym? – zwróciłam się do matki.

Wiedzieli o tym

Siedziała sztywno, patrząc w filiżankę.

– Filip ma plany, Karolina. On potrzebuje kapitału na rozruch nowej firmy. Obiecał, że jak tylko inwestycja się zwróci, to kupi nam wszystkim coś lepszego. Dziadkowi będzie tam lepiej, wiesz, jacy oni są profesjonalni.

Zrozumiałam. Oni wszyscy w tym siedzieli. Matka, zaślepiona miłością do synka-nieudacznika, który przepuścił już trzy firmy. Ojciec, który dla świętego spokoju podpisałby cyrograf. I dziadek, który został zmanipulowany przez jedyną osobę, która go odwiedziła tylko wtedy, gdy czegoś potrzebowała.

– To nie jest inwestycja – powiedziałam powoli, patrząc bratu prosto w oczy. – Ty masz długi, Filip. Wiem o tym. Wiem, że ścigają cię wierzyciele za tę twoją „genialną” firmę. Ten dom nie pójdzie na żaden rozwój. On pójdzie na spłatę twoich hazardowych długów i rat za to Audi.

Twarz Filipa stężała. Trafiłam.

– Gówno wiesz – syknął.

– Wiem wystarczająco dużo. Michał z działu windykacji to mój kolega ze studiów – skłamałam, ale blef był konieczny. – Dziadku, czy on ci powiedział, że tonie w długach? Czy powiedział ci, że ten luksusowy ośrodek opłaci może przez dwa miesiące, a potem wyrzucą cię na bruk, bo skończy się kasa ze sprzedaży domu?

Wszystko się wydało

Dziadek podniósł głowę. W jego oczach zobaczyłam przerażenie.

– Filipku? – zapytał drżącym głosem. – Ale ty mówiłeś, że to na giełdę… Że pomnożymy…

– Zamknij się, dziadku! – ryknął Filip.

W tym momencie Marek wstał gwałtownie, przewracając krzesło.

– Nie odzywaj się tak do niego – powiedział cicho, ale tonem, który sprawił, że Filip cofnął się o krok.

To, co wydarzyło się potem, było jak scena z taniego dramatu obyczajowego, tylko że ból był prawdziwy. Matka zaczęła płakać i krzyczeć na mnie, że niszczę rodzinę, że jestem zazdrosna. Ojciec próbował uciszyć wszystkich, bo sąsiedzi usłyszą. A Filip wpadł w szał. Zaczął wymachiwać aktem notarialnym, krzycząc, że to jego własność, że mamy się wynosić z jego domu. Spojrzałam na dziadka. Płakał. Cicho, bezgłośnie, łzy ciekły mu po zapadniętych policzkach wprost na nowy wełniany kardigan. Podeszłam do niego i kucnęłam.

– Dziadku, czy ty wiedziałeś, co podpisujesz? Rozumiałeś, że on zabiera dom na zawsze?

– Mówił, że to tylko formalność… Żeby podatków nie płacić… – wyszlochał. – Karolina, ja nie chcę stąd iść. Tu jest ogród babci.

Wzięłam głęboki oddech. Czułam w sobie chłód, jakiego nigdy wcześniej nie znałam. Wstałam i spojrzałam na moją rodzinę.

Miałam przewagę

– Wynosimy się stąd – powiedziałam do Marka. – Ale nie myślcie, że to koniec.

– Co ty zrobisz? – zadrwił Filip, choć ręce mu się trzęsły. – Papier to papier. Notariusz był. Wszystko legalne. Nie stać cię na prawników, Kopciuszku.

Uśmiechnęłam się. To nie był miły uśmiech.

– Może i nie mam pieniędzy na drogich prawników, braciszku. Ale mam coś, czego ty nie masz. Mam dokumentację medyczną dziadka. Tę, którą tak starannie ignorowałeś. Dziadek od pół roku bierze silne leki. Żaden szanujący się notariusz nie powinien dopuścić do podpisania aktu darowizny bez opinii biegłego w takim stanie. Jeśli notariusz o tym nie wiedział, podważę akt w sądzie. A jeśli wiedział, to obaj pójdziecie siedzieć.

Zapadła absolutna cisza. Słychać było tylko tykanie starego zegara. Tego samego, który odmierzał czas mojego dzieciństwa. Twarz matki była biała jak ściana. Filip wyglądał, jakby miał zwymiotować.

– Pakuj się, dziadku – powiedziałam łagodnie. – Jedziesz z nami. Nie zostaniesz tu z nimi ani minuty dłużej.

– Nie możesz go zabrać! To porwanie! – pisnęła matka.

– Spróbujcie mnie zatrzymać – rzucił Marek, stając w drzwiach jak mur.

To nie koniec

Zabraliśmy dziadka. Wsadziliśmy go do naszej starej toyoty, razem z niedojedzonym sernikiem i starym albumem ze zdjęciami, który zdążył chwycić w ostatniej chwili. Filip stał w oknie i patrzył. Nie wyszedł. Wiedział, że przegrał, chociaż walka w sądzie dopiero się zacznie. Jechaliśmy w milczeniu. Dziadek siedział z tyłu, owinięty nowym swetrem, i trzymał mnie za ramię przez oparcie fotela.

– Przepraszam cię, Karolinko – szepnął, gdy wyjeżdżaliśmy na główną drogę. – Byłem głupi. Chciałem tylko… żeby był ze mnie dumny.

Spojrzałam w lusterko wsteczne i zobaczyłam w jego oczach ten potworny ból odrzucenia. Zrozumiałam wtedy, że to nie była tylko kwestia pieniędzy. Dziadek oddał dom, bo chciał kupić sobie miłość wnuka, który miał go gdzieś. To była najdroższa transakcja w jego życiu i prawie kosztowała go wszystko.

– Nie przepraszaj, dziadku – powiedziałam, czując jak łzy wreszcie spływają mi po policzkach. – Jesteś bezpieczny. A Filip właśnie dostał lekcję, której nie zapomni do końca życia.

Dzień Dziadka skończył się nie przy stole, ale na tylnym siedzeniu samochodu, z perspektywą wieloletniej batalii sądowej o unieważnienie aktu notarialnego. Straciłam brata, straciłam złudzenia co do rodziców, a moja rodzina rozpadła się jak domek z kart. Ale kiedy dziadek zasnął ze zmęczenia na tylnej kanapie, wiedziałam, że wygrałam coś ważniejszego. Uratowałam człowieka, który kiedyś uczył mnie wiązać buty, a którego reszta stada spisała już na straty.

Karolina, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama