Reklama

Długo się wahałam, czy w ogóle coś organizować. W końcu, jak człowiek sam się nie doceni, to nikt za niego tego nie zrobi. I nie, nie oczekiwałam cudów – nie trzeba mi było złotych pierścionków, ani luksusowych kremów przeciwzmarszczkowych. Chciałam po prostu poczuć się ważna. Na jeden dzień. Jeden dzień w roku, w którym ktoś zapyta, jak się czuję, co u mnie i zamiast opowiadać o sobie, posłucha, co ja mam do powiedzenia. Niewiele wymagałam, naprawdę. Tylko tyle, żeby ktoś się ucieszył, że jestem.

Dlatego postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce. Zarezerwowałam stolik w dobrej restauracji – nie żadna pizzeria, tylko porządne miejsce, gdzie kelner nie traktuje cię jak zło konieczne. Przez dwa miesiące odkładałam każdy grosz z emerytury. Wszystko po to, żeby ten dzień – Dzień Babci – był naprawdę wyjątkowy. Byłam naiwna.

Łudziłam się

– No weź, babciu, serio musimy się stroić? – jęknął Mateusz, wciągając z niechęcią koszulę, jakby była to zbroja bojowa.

– Nie musisz wyglądać jak z katalogu, wystarczy, że nie będziesz wyglądał, jakbyś był w piżamie – odpowiedziałam, nie patrząc nawet w jego stronę, bo skupiałam się na zapinaniu kolczyków. Jedne z moich ulubionych – skromne, ale eleganckie. Dzień był wyjątkowy.

– Ja i tak wolałabym zostać w domu – burknęła Julia, nie podnosząc wzroku znad telefonu.

– No przecież nie robimy tego codziennie. Chciałam, żebyśmy razem poszli na obiad. Chociaż raz w roku.

– My z tobą jemy codziennie – powiedział Mateusz.

– Tylko że wtedy to ja gotuję, zmywam i nakrywam do stołu. Teraz ma być inaczej – powiedziałam i wzięłam torebkę. – Chodźcie, bo rezerwacja jest na trzynastą.

Wyszliśmy. Julia szła kilka kroków z tyłu, stukając paznokciem w ekran, a Mateusz maszerował z miną ofiary losu. Pomyślałam, że może to tylko ten wiek, że młodzież teraz już tak ma. Że może jak usiądziemy przy stole, zrobi się przyjemniej. Że docenią gest, docenią mnie. Jeszcze wtedy łudziłam się, że wszystko dopiero się zaczyna. A nie, że już właściwie się kończy.

Wciąż miałam nadzieję

W restauracji było tłoczno. Kelner uśmiechnął się do nas profesjonalnie.

– Dzień dobry, rezerwacja była na nazwisko...?

– Zarezerwowany na Marię – rzuciłam z lekkim uśmiechem.

– A, tak! Ze specjalnym menu z okazji Dnia Babci. Proszę za mną – powiedział i poprowadził nas do stolika.

Miałam nadzieję, że może dzieciaki się trochę ożywią, że klimat miejsca zrobi swoje.

– Fajnie tu – rzucił Mateusz, zerkając ukradkiem na ceny w karcie. – O matko, czterdzieści za rosół? On z bażanta czy co?

– Może nie patrz tak nerwowo na ceny, tylko wybierz coś, co naprawdę lubisz – zaproponowałam.

– Jak chcesz za to wszystko zapłacić? – spytała Julia.

– Z mojej emerytury. Odłożyłam. W końcu Dzień Babci jest raz w roku, prawda?

Nie odpowiedzieli. Kelner wrócił, zapisał zamówienia – Julia zamówiła sałatkę „żeby było lekko”, Mateusz wybrał najdroższego burgera, a ja łososia z pieczonymi warzywami. Poprosiłam też o karafkę wody, dzieciaki zamówiły sok.

– No to, moje kochane wnuki – uniosłam szklankę. – Za zdrowie, za rodzinę i za to, że mogłam was dzisiaj tutaj zaprosić.

Julia zerknęła znad telefonu, podniosła sok i stuknęła o kant mojej szklanki bez słowa. Mateusz rzucił:

– No, to sto lat, babciu.

Uśmiechnęłam się. Chociaż na chwilę uwierzyłam, że jeszcze nie wszystko stracone.

Ignorowali mnie

Jedzenie wyglądało pięknie. Przez chwilę zrobiło się nawet miło. Mateusz zrobił zdjęcie talerza, co mnie trochę rozbawiło.

– Daj, wrzucę do internetu. Może pomyślą, że mama nas gdzieś zabrała – zażartował.

– To nie mama, tylko babcia – poprawiłam go z uśmiechem. – Może wspomnisz o tym w poście?

– Eee, lepiej nie. Po co się tłumaczyć – mruknął, a Julia prychnęła.

– I tak nikt nie czyta podpisów – dorzuciła, nie odrywając wzroku od telefonu.

Przez całą kolację jej palce nie przestawały śmigać po ekranie.

– Co tak cię tam trzyma? – zapytałam, trochę już zniecierpliwiona.

– A co, nie wolno mi mieć swojego życia? – odburknęła.

– Jesteśmy razem przy stole. Myślałam, że... porozmawiamy – powiedziałam, odkładając widelec. – O was, o szkole, o waszych planach.

– Jak chcesz, to mogę ci przeczytać plan lekcji – rzuciła Julia z sarkazmem. – Albo wiadomości z grupy klasowej.

– Julka, nie bądź niemiła – wtrącił się Mateusz.

– A ty się nie wtrącaj, dobra? – warknęła.

Westchnęłam. Łosoś był smaczny, ale stracił smak. Pamiętam, jak Mateusz opowiadał mi o tym, jak chce być pilotem. Jak Julia rysowała mi swoje wizje sukienek. Gdzie się to wszystko podziało?

– Wiecie, jako dzieci potrafiliście rozmawiać bez ekranu. Może spróbujecie jeszcze raz?

Spojrzeli na mnie, a potem na siebie nawzajem.

Zostawili mnie samą

Kiedy kelner zabrał nasze puste talerze, poczułam, jak coś we mnie opada. Nie oczekiwałam fajerwerków, ale marzyłam o ciepłej rozmowie, może jakimś wspomnieniu z dzieciństwa. Tymczasem czułam się jak osoba towarzysząca na służbowym spotkaniu.

– Babciu, a długo jeszcze tu posiedzimy? – zapytał Mateusz, przeciągając się teatralnie. – Mam się jeszcze spotkać z Wojtkiem, chcemy pograć.

– A ja obiecałam koleżance pomóc z referatem – dorzuciła Julia, zerkając na zegarek. – Mówiłam, że nie mogę siedzieć do późna.

– Jeszcze tylko deser i możemy iść – powiedziałam cicho. – Specjalnie zamówiłam lody waniliowe z malinami, wasze ulubione. I bez orzechów, żeby Mateusz nie dostał wysypki.

– Dzięki, babciu – mruknął, ale bardziej z przyzwyczajenia niż z wdzięczności.

Zamówienie przyszło szybko. Lody wyglądały jak z bajki – piękne kule, świeże owoce, bita śmietana. Jednak w oczach wnuków zamiast entuzjazmu, zobaczyłam obojętność.

W sumie nie jestem już głodna – Julia odstawiła swoją porcję po dwóch łyżkach. – Mogę iść?

– A nie chciałabyś... jeszcze chwilkę posiedzieć? – zapytałam.

– Naprawdę, mam sporo do zrobienia.

Mateusz zjadł deser do końca, ale bez słowa. Na koniec wytarł usta serwetką i powiedział:

– Babciu, było spoko, dzięki, ale też muszę lecieć.

I już ich nie było. Zostali tylko ludzie przy innych stolikach, muzyka w tle i ja. Sama.

Byłam naiwna

Siedziałam jeszcze chwilę przy stoliku, nie wiedząc właściwie po co. Może łudziłam się, że któreś wróci – z jakimś „zapomniałem się pożegnać” albo „babciu, wiesz co, jednak pójdę z tobą na spacer”. Nawet lody, które zostawili, nie zdążyły się roztopić, a ja już wiedziałam, że to koniec przedstawienia pod tytułem „rodzinny obiad”. Kelner podszedł z rachunkiem.

– Czy smakowało pani danie?

– Było dobre, dziękuję – odpowiedziałam, choć chciałam dodać, że atmosfera nie dopisała.

Zapłaciłam i wyszłam. Na zewnątrz wiało jak to w styczniu. Szal zsunął mi się z ramion, ale nie chciało mi się go poprawiać. Szłam powoli, sama. W torebce miałam dwie małe paczuszki – czekoladki i breloczki z literkami M i J. Kupiłam je z nadzieją, że coś dostanę w zamian. Choćby kartkę z serduszkiem.

– W dzisiejszych czasach dzieci już chyba nie robią laurek – powiedziałam cicho do siebie.

Po powrocie do mieszkania zdjęłam płaszcz i przysiadłam w fotelu. Włączyłam czajnik i patrzyłam, jak para unosi się w kuchni. Na stole leżały dwa puste talerzyki, które rano przygotowałam na wypadek, gdyby dzieci wpadły jeszcze „na chwilkę po obiedzie”. Nie wpadły. Zaparzyłam herbatę malinową i usiadłam z nią sama. W końcu to też jakaś tradycja. Tylko bez kartki, bez rysunku, bez słowa „dziękuję”.

Uśmiechnęłam się do siebie

Telefon zadzwonił dopiero wieczorem. Z wahaniem spojrzałam na ekran. Julia. Odebrałam bez entuzjazmu.

– Babciu... sorry, że tak wyszło. Mam strasznie dużo na głowie. Wiesz, matura, te sprawy...

– Mhm – odpowiedziałam tylko.

– No i... zapomniałam ci złożyć życzenia. Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Babci. Jesteś super.

– Dziękuję – powiedziałam cicho.

– I... Mateusz też mówi, że dziękuje za obiad. Było fajnie.

Szkoda, że nie powiedzieliście tego przy stole.

– No, on mówił przecież... – zawahała się. – No dobra, może tak jakoś wyszło głupio. Napiszę ci coś potem, okej?

– Laurkę?

– No... coś takiego, no. Na telefonie. Wiesz, nie mam już kredek, jak kiedyś.

Uśmiechnęłam się do siebie.

– A kiedyś ci to nie przeszkadzało. Pamiętasz, jak robiłaś laurkę z muszelek i przykleiłaś ją na klej biurowy do tapety?

– Bo mi się kartka zgubiła! – roześmiała się. – Ej, to było świetne. Pamiętam, że się wtedy wkurzyłaś, ale i tak powiesiłaś ją w kuchni.

– Wisiała dwa lata. Aż się muszla odkleiła.

Po chwili obie zamilkłyśmy.

– Babciu?

– Tak?

Dobrze, że jesteś.

– Też się cieszę, że jesteś moją wnuczką. Tylko czasem... chciałabym cię do ciebie przytulić. I usłyszeć „dziękuję”.

– Następnym razem tak zrobię, obiecuję.

Odłożyłam telefon i wypiłam herbatę do końca. Może nie było kartki. Jednak była rozmowa. A to już coś.

Maria, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama