Reklama

Mam 44 lata i jestem… zmęczona. Tak zwyczajnie i do szpiku kości. Zmęczona nie tyle fizycznie, chociaż i to nie jest mi obce, ale głównie psychicznie. Bo od dwóch lat moje życie przestało być moim życiem. Wszystko zaczęło się pewnej sierpniowej nocy, kiedy zadzwonił telefon i usłyszałam słowa, których nikt nie chce usłyszeć:

– Pani mama miała wypadek. Jest w szpitalu. Stan ciężki.

W jednej sekundzie przestałam być „Justyną z działu HR”, kobietą, która wciąż miała nadzieję, że kiedyś jeszcze coś się zmieni. Stałam się opiekunką, kucharką, pielęgniarką, rehabilitantką, sekretarką. Kimkolwiek, tylko nie sobą. Mój brat Tomek był wtedy u teściów. Przyjechał raz – raz! – do szpitala, spojrzał na mamę z przestrachem i powiedział:

– No nie wiem, czy dam radę, Justyna. Ewa ma jutro zebranie w przedszkolu, ja mam deadline w pracy... Dasz sobie sama radę, prawda?

I tyle go widziałam. Od tamtej pory codziennie rano wstaję, zanim wstaną inni. Mama nie może sama usiąść. Trzeba ją podnieść, umyć, przebrać, nakarmić. A potem usiąść do komputera i jakoś udawać, że pracuję. Wysyłam maile między jednym wołanie a drugim, a jak słyszę kaszel z pokoju obok – serce mi staje. Bo co, jeśli to znowu coś? A brat? Mieszka 150 kilometrów dalej. Idealna wymówka. Ma dwójkę dzieci, żonę z wymaganiami i wygodne życie, które nie pasuje do tak trudnych tematów, jak starość, pieluchy i choroba. Czasem patrzę na swoje odbicie w lustrze i nie poznaję tej kobiety z podkrążonymi oczami. A potem słyszę z drugiego pokoju:

– Juuuusty… naaa…

Mama próbuje mnie zawołać. Niewyraźnie, bez siły, ale wiem, że to do mnie. Bo kto inny miałby się ruszyć? Czy naprawdę tylko ja mam sumienie?

Poprosiłam brata o pomoc

Telefon trzymałam w dłoni przez dłuższą chwilę, zanim nacisnęłam „Połącz”. Czułam, jak drży mi ręka. Nie rozmawialiśmy od ponad miesiąca. Ostatni raz wysłał mi smsa: „Daj znać, jak czegoś będziecie potrzebować”. Jakbym nie potrzebowała czegoś codziennie. Odebrał po kilku sygnałach.

– No hej, siostra – odezwał się beztrosko. – Co tam?

– Tomek, mama potrzebuje nowego łóżka. Takiego z regulacją. Kręgosłup mi siada od podnoszenia jej z wersalki. I musimy opłacić prywatnie specjalne ćwiczenia.

– Cholera… Justynka, teraz słabo z kasą. Młody miał ostatnio ortodontę, a Ewa musi kupić nowy komputer do pracy.

– A ja co, mam się rozdwoić?! – wyrwało mi się ostrzej, niż planowałam. – Siedzę tu z mamą dzień w dzień, a ty… ty jesteś tylko głosem w słuchawce!

– Przesadzasz. Przecież to ty od początku mówiłaś, że się nią zajmiesz.

– Bo ktoś musiał! – wrzasnęłam. – A ty byłeś zajęty swoim życiem!

Po drugiej stronie zapadła cisza. Już myślałam, że się rozłączył.

– Justyna, nie atakuj mnie. Każdy ma swoje sprawy. Ja też mam rodzinę, pracę…

– A ja co, nie mam życia?! – głos mi się załamał. – Wiesz, kiedy ostatni raz byłam sama przez godzinę? Albo spałam ciągiem całą noc?

– Przecież ty zawsze wszystko ogarniałaś… – mruknął.

Już nie ogarniam, Tomek. Już nie.

Rozłączyłam się pierwsza. Telefon zsunął mi się z dłoni na podłogę. Patrzyłam w sufit, walcząc z napadem płaczu. Dlaczego zawsze ja? Dlaczego on może żyć normalnie, a ja mam się z tym męczyć?

Nie mogłam jej zostawić

Windą się nie dało – znowu zepsuta. Zjeżdżałam z mamą na wózku po schodach, szczebel po szczeblu, czując jak pot cieknie mi po plecach.

– Jeszcze chwila, mamo – szepnęłam, choć wiem, że i tak nie zrozumie. Tylko patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi oczami. Zmęczonymi. Bezradnymi.

Po wizycie – znowu te same recepty, to samo kiwanie głową lekarza – stanęłyśmy pod przychodnią. Wiał zimny wiatr. Mama miała zaciśnięte usta. Milczała.

– Cześć. – Obok pojawił się znajomy z osiedl, Piotr. – Wyglądasz, jakbyś przeszła maraton z obciążeniem.

Uśmiechnęłam się blado.

– Raczej bieg w miejscu. Od trzech lat.

Usiadł obok mnie na ławce. Mama w wózku zapadła w drzemkę. W końcu mogłam puścić rączki.

Myślałaś o domu opieki? – zapytał cicho.

– Wiesz, ile to kosztuje? Tomek się nie dołoży, a mnie nie stać. Poza tym… ona się boi. Kiedyś coś mamrotała: „Nie zostawiaj mnie”. Wtedy jeszcze mówiła. Trochę.

– A ty? Ty się nie boisz?

Spojrzałam na niego zaskoczona.

– Czego?

Że się rozpadniesz.

Zacisnęłam palce na pasku torebki.

– Czasem mam ochotę wsiąść do pociągu i jechać gdziekolwiek. Bez biletu. Bez telefonu. Ale jak to zrobić, kiedy wiem, że ona mnie potrzebuje?

Piotr westchnął.

– Justyna. A co, jeśli któregoś dnia po prostu nie będziesz już mogła wstać?

To wtedy może brat się ruszy – prychnęłam. – Ale raczej Ewa mu nie pozwoli. Wiesz, dzieci mają balet, a on przecież pracuje zdalnie.

Piotr milczał. Przez chwilę słyszeliśmy tylko wiatr.

– Pomożesz mi zapakować ją do taksówki? – zapytałam w końcu.

Skinął głową i wstał.

– Zawsze. Ale kiedyś to ty też musisz pozwolić sobie pomóc.

Przyszli sobie w odwiedziny

W niedzielę o czternastej stanęli w progu – Tomek, Ewa i dzieciaki. On z butelką wina, Ewa z pudełkiem ciasta z cukierni. Jakbyśmy świętowali coś innego niż kolejną niedzielę w mieszkaniu pachnącym szybko przemijającym czasem.

Ale się stęskniłam za babcią! – pisnęła ich córka, całując mamę w czoło. Mama spojrzała na nią bez zrozumienia, z tym samym pustym wzrokiem, który od miesięcy wbijała w sufit.

– Ale u was duszno – mruknęła Ewa i rozpięła płaszcz. – Może byś przewietrzyła?

Zignorowałam to. W kuchni już parował rosół. Zmęczona po wczorajszych zakupach i nocnym myciu mamie włosów, ledwo stałam na nogach.

– Usiądźcie – powiedziałam. – Zaraz podam.

Tomek zajął miejsce na kanapie. Ich dzieci włączyły bajkę na pełen regulator.

– Tyle lat minęło, a tu wszystko tak samo – zażartował Tomek. – Te same firanki!

Uśmiechnęłam się krzywo.

– Bo nie mam, kiedy ich zmienić. Pomiędzy zmienianiem pieluch a gotowaniem zupki.

– Justyna… – zaczął ostrożnie.

– Nie, Tomek. Powiedz mi, ty w ogóle wiesz, jak ona dziś funkcjonuje? Muszę ją podnosić, myć, karmić, bo inaczej nie zje. A ty sobie przychodzisz raz na kilka miesięcy i jeszcze komentujesz moje zasłony?

– Przecież... przecież chcieliśmy was odwiedzić – odezwała się Ewa, sztywno mieszając herbatę. – Żeby ci ulżyć i trochę porozmawiać. Pokazać dzieciom babcię…

– Ulżyć? Odwiedziny raz na kwartał to nie jest pomoc. To jakiś chory PR. – Podniosłam głos. – A ja tu siedzę codziennie. Sama. Z nią. Z jej krzykiem w nocy. Z jej milczeniem za dnia.

Mama zaczęła płakać. Cicho, bezgłośnie.

– Proszę bardzo. Tak wygląda wasza babcia. Ale dzieci lepiej niech patrzą w ekran, co? Żeby nie psuć sobie dzieciństwa.

– Justyna, wystarczy – powiedział Tomek. – Nikt cię przecież nie zmuszał.

Wtedy coś we mnie pękło.

– Rzeczywiście. Sama się zgłosiłam. Bo ty, jak zwykle, miałeś ważniejsze sprawy. Jak zawsze.

Odwróciłam się, nie czekając na odpowiedź. W kuchni usiadłam na krześle i schowałam twarz w dłoniach. Po godzinie wyszli. Nawet dzieci nie chciały dać babci buziaka na pożegnanie.

Nie stać mnie na ośrodek

– Proszę, oto nasza broszura. Mamy wykwalifikowany personel, całodobową opiekę, a także terapie zajęciowe – mówiła dyrektorka z uśmiechem, który bardziej pasował do sprzedawcy ubezpieczeń niż do kogoś, kto trzyma los cudzych matek w rękach.

Siedziałam naprzeciwko niej, z torbą na kolanach i ciężarem winy w piersi. Pokiwałam głową, udając zainteresowanie. Wszystko tu było… czyste, sterylne. I obce.

– Jaki byłby koszt miesięczny?

Sześć tysięcy. Ale możemy rozważyć zniżki albo rozłożyć płatność na raty.

Parsknęłam śmiechem. Gorzko. Wstałam. Nie było sensu dalej rozmawiać. Na takie miejsce mnie nie stać, a państwowe… Nie chciałam sprawdzać, jak wygląda dno opieki. Wróciłam do domu spóźniona. Weszłam do pokoju. Mama leżała na boku, twarz wtulona w poduszkę. Podeszłam, przykryłam ją. I wtedy poczułam to – jej palce zacisnęły się na mojej dłoni. Nie mocno, ale świadomie. Uniosła głowę. Przez chwilę patrzyła na mnie uważnie. Jak kiedyś. I wyszeptała:

– Nie zostawiaj mnie.

Zamarłam. To były pierwsze słowa, które od niej usłyszałam od miesięcy. Powiedziała je cicho, z trudem, ale wyraźnie. Łzy popłynęły mi po twarzy. Usiadłam obok niej i oparłam czoło o poręcz łóżka. Przez chwilę nie było już bólu, żalu, winy. Tylko jej dłoń w mojej. A potem znów przyszło to samo pytanie. Jak długo jeszcze dam radę?

Nie jestem cholernym robotem

Długo się zbierałam. Pół dnia patrzyłam na ikonę kontaktu z Tomkiem w telefonie. W końcu nacisnęłam. Odebrał od razu.

– Justyna? Coś się stało?

– Tak – powiedziałam. – Stało się. Nie daję już rady.

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

– Ale… co to znaczy?

– To znaczy, że jeśli nie zaczniecie mi pomagać, oddam mamę do ośrodka opieki społecznej. I nie pytaj mnie, czy dobrze się z tym czuję. Nie czuję już nic.

Tomek wciągnął powietrze.

– Przecież ty zawsze wszystko ogarniałaś.

– Przestań – syknęłam. – Nie jestem robotem. Mam 44 lata i od trzech lat nie byłam na wakacjach. Nie byłam w kinie. Nie pospałam dłużej niż cztery godziny. Moje życie to jest chodzenie wokół łóżka mamy, zmienianie jej pampersów i cisza.

– Ale… – zaczął.

– Tomek, ja już nie chcę dyskutować. Albo się dokładacie, albo przejmujecie opiekę na zmianę. Nie da się tego ciągnąć dalej.

– Muszę pogadać z Ewą – powiedział po dłuższej chwili.

– No jasne – prychnęłam. – Bo to Ewa zdecyduje, czy twoja matka ma umrzeć w godnych warunkach, czy w państwowej umieralni.

Znowu cisza.

– Dam ci znać – dodał w końcu, ale brzmiał niepewnie. Jak zwykle.

Rozłączyłam się pierwsza. Oparłam głowę o zimną szybę. Nie wierzyłam już w jego obietnice. Nie wierzyłam, że coś się zmieni. Nie wiedziałam tylko, co pęknie pierwsze. Moje serce czy mój kręgosłup...

Justyna, 44 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama