„Od 5 rano stałem w kolejce po pączki, ale dla mnie zabrakło. Dałem się wyrolować jak ostatni naiwniak pięknej blondynie”
„Kiedy budzik zadzwonił czwarta piętnaście, miałem ochotę rzucić telefonem o ścianę. Za oknem panowała ciemność, a termometr bezlitośnie wskazywał minus cztery stopnie. Ale misja to misja. W naszej firmie tłusty czwartek to nie jest dzień jedzenia słodyczy. To rytuał, niemal religijne święto”.

- Redakcja
To miał być dzień, w którym zapunktuję u szefa i stanę się bohaterem biura. Wstałem o czwartej rano, wymarzłem za wszystkie czasy i stałem się częścią tego szalonego, cukrowego owczego pędu, który opanowuje Polskę raz w roku. Miałem plan, gotówkę i determinację. Nie przewidziałem tylko jednego – że w tej walce o lukier i konfiturę z róży, moją największą słabością okaże się chęć bycia dżentelmenem. I ten jeden, cholernie niewinny uśmiech, który kosztował mnie nie tylko pączki, ale i resztki godności.
Tłusty czwartek to rytuał
Kiedy budzik zadzwonił o 4:15, miałem ochotę rzucić telefonem o ścianę. Za oknem panowała absolutna ciemność, a termometr bezlitośnie wskazywał minus cztery stopnie. Ale misja to misja. W naszej firmie tłusty czwartek to nie jest po prostu dzień jedzenia słodyczy. To rytuał, niemal religijne święto, a jako najmłodszy stażem manager, dostałem „zaszczytne” zadanie zdobycia towaru z tej jedynej, legendarnej cukierni na Mokotowie, gdzie kolejki ustawiają się ponoć już od północy.
Wiedziałem, że jeśli przywiozę te marketowe, gąbczaste podróbki, szef – choleryk o imieniu Krzysztof, dla którego jakość pączka jest wyznacznikiem szacunku do klienta – zje mnie żywcem zamiast deseru. Ubrałem się więc na cebulkę, wziąłem termos z kawą i ruszyłem w mrok. Na miejscu byłem parę minut po piątej. Kolejka już tam była. Wijący się wąż ludzkich ciał, opatulonych w szaliki, tupiących w miejscu i wypuszczających kłęby pary z ust. Czuć było ten specyficzny zapach – mieszankę spalin, tanich perfum i, co najważniejsze, słodką woń smażonego na smalcu ciasta, która wydobywała się z uchylonych drzwi zaplecza. Ustawiłem się na końcu, oceniając swoje szanse. Przede mną stało może z pięćdziesiąt osób. „Spokojnie”, pomyślałem. „Zdążę na dziewiątą do biura”.
Anioł, który zapomniał rękawiczek
Minęła godzina. Przesunęliśmy się może o trzy metry. Nuda zaczęła doskwierać, a zimno przenikało przez podeszwy butów. Ludzie dookoła byli dziwnie milczący, każdy z nosem wlepionym w smartfona, ignorujący otoczenie. I wtedy ją zauważyłem. Stała tuż za mną. Drobna blondynka w beżowym płaszczu, który wyglądał na zdecydowanie zbyt cienki jak na tę pogodę. Nie miała czapki, tylko nauszniki, a jej dłonie, zaciśnięte na pasku torebki, były czerwone z zimna. Przestępowała z nogi na nogę, a kiedy nasze spojrzenia się spotkały, posłała mi ten uśmiech. Taki, wiecie, przepraszający, trochę zagubiony, a jednocześnie ciepły jak ten pączek, o którym marzyłem.
– Strasznie wolno to idzie, prawda? – zagaiła, szczękając zębami.
– Tradycja wymaga ofiar – odpowiedziałem, starając się brzmieć błyskotliwie, choć sam trząsłem się z zimna. – Ale podobno warto.
– Mam nadzieję. Obiecałam babci – westchnęła, pocierając ramiona. – Leży w szpitalu, na Banacha. Ma dzisiaj zabieg, a to jej ulubione pączki. Bałam się, że nie zdążę przed wizytą lekarską.
I tak to się zaczęło. Typowy mechanizm. Facet widzi zmarzniętą, ładną dziewczynę z rzewną historią w tle i od razu włącza mu się tryb rycerza na białym koniu. Albo raczej na mrozie w kolejce. Zaczęliśmy rozmawiać. Miała na imię Julia. Studiowała architekturę (albo tak twierdziła), narzekała na komunikację miejską i śmiała się z moich żartów o szefie-tyranie. Czas mijał szybciej. Nawet poczęstowałem ją kawą z mojego termosu, wlewając napój do zakrętki. Piła łapczywie, patrząc na mnie tymi wielkimi, sarnimi oczami. Czułem się, jakbym wygrał na loterii – nie dość, że zaraz kupię najlepsze pączki w mieście, to jeszcze mam szansę na numer telefonu do dziewczyny, która wydawała się ideałem.
Czułem się jak król życia
O siódmej trzydzieści byliśmy już blisko wejścia. Zapach stał się intensywniejszy, drażnił nozdrza nutami róży i skórki pomarańczowej. Ale atmosfera w kolejce gęstniała. Z cukierni wyszła ekspedientka w białym fartuchu i krzyknęła:
– Proszę państwa! Mamy awarię jednej smażalnicy! Prosimy o cierpliwość, partie będą wychodzić wolniej! I wprowadzamy limit: dziesięć sztuk na osobę!
Tłum zafalował. Rozległy się gwizdy i przekleństwa.
– Panie, ja tu stoję od trzeciej, co to za cyrki?! – darł się jakiś facet w futrzanej czapce.
– Limit?! Ja mam zamówienie dla całej szkoły! – krzyczała kobieta z teczką.
Ja też poczułem ukłucie paniki. Potrzebowałem dwudziestu pączków dla zespołu. Dziesięć to katastrofa. Krzysztof mnie wyśmieje. Spojrzałem na Julię. Wyglądała na przerażoną agresją tłumu.
– O Boże, jak to limit? – szepnęła. – Ja potrzebuję tylko czterech dla babci i pielęgniarek. Ale boję się, że zabraknie, zanim dojdziemy. Zobacz, ci ludzie są dzicy.
Wtedy w mojej głowie zrodził się plan. Plan, który wydawał mi się genialny w swojej prostocie.
– Słuchaj – powiedziałem cicho, nachylając się do niej. – Ja potrzebuję dwudziestu. Limit jest do dziesięciu. Jeśli wejdziemy razem, jako, no wiesz... para... to może uda się ubłagać, albo po prostu kupimy oddzielnie, ale będziemy trzymać sztamę.
Uśmiechnęła się szeroko.
– Jasne! Uratujesz mi życie. Ale... – zawahała się. – Wiesz co? Moja karta... bankomat jest za rogiem. Zapomniałam gotówki, a tu pewnie terminal będzie wariował przy takim obciążeniu. Boję się wyjść z kolejki.
– Spokojnie, zapłacę – rzuciłem nonszalancko. – Oddasz mi blikiem albo po prostu kiedyś postawisz kawę.
To był ten moment. Moment, w którym powinienem usłyszeć w głowie syrenę alarmową. Ale nie usłyszałem. Widziałem tylko jej wdzięczność i czułem się jak król życia.
Dramat przy ladzie
Byliśmy już w środku. Ciepło uderzyło w nas z siłą wodospadu. Wnętrze było malutkie, zaparowane szyby, tłok niemiłosierny. Za ladą panie uwijały się jak w ukropie, pakując pączki do kartonowych pudełek. Widziałem, jak tace pustoszeją w zastraszającym tempie.
– Ostatnia partia z konfiturą różaną! – krzyknęła sprzedawczyni. – Następne będą za czterdzieści minut, teraz wchodzą z adwokatem!
Z adwokatem Krzysztof nie tknie. Musi być róża. Klasyka. Julia chwyciła mnie za ramię.
– Słuchaj, Tomek (zdążyłem się jej przedstawić), muszę skorzystać z toalety, bo nie wytrzymam, zmarzłam strasznie. Zajmij mi miejsce przy samej ladzie, weź dla mnie te cztery z różą, proszę!
Zniknęła w tłumie wpychając się gdzieś na zaplecze socjalne (chyba ubłagała kogoś, żeby ją wpuścili do pracowniczego WC). Zostałem sam, pilnując naszej pozycji. Byłem trzeci w kolejce do lady. Przede mną stał wielki facet, który brał limit – dziesięć sztuk. Za ladą zostało... policzyłem szybko... może z piętnaście pączków z różą. Reszta to były te z adwokatem, których nikt z mojego biura nie chciał. Zacząłem się pocić. Jeśli ten przede mną weźmie dziesięć, zostanie pięć. Ja potrzebuję dwudziestu. A Julia czterech. Matematyka była nieubłagana. Nagle Julia wróciła. Przepchnęła się do mnie, cała rozpromieniona, ale z telefonem przy uchu.
– Babcia dzwoniła! – zawołała, przekrzykując gwar. – Już po zabiegu, wszystko dobrze!
Spojrzała na ladę.
– Ojej, to już końcówka tej partii?
– Tak – warknąłem, czując, jak stres ściska mi żołądek. – Zostanie może z pięć sztuk z różą. Reszta to adwokat.
Julia spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem zbitego psa.
– Tomek... Ja wiem, że to głupie. Ale babcia nie znosi adwokata. Ona ma cukrzycę, pozwala sobie tylko na ten jeden, jedyny z różą raz w roku. Jeśli jej tego nie przywiozę...
Wiedziałem, co się święci. Stałem przed wyborem: kariera albo bycie dobrym człowiekiem. Pączki dla szefa albo pączki dla chorej staruszki w szpitalu.
– Dobra – westchnąłem. – Wezmę te, co zostaną, najwyżej szef dostanie z adwokatem i będzie marudził. Ty weźmiesz te cztery dla babci.
Kolejka przesunęła się. Facet przede mną wziął swoje dziesięć. Na tacy zostało dokładnie sześć pączków z różą. Sześć.
– Poproszę te wszystkie sześć! – krzyknąłem do ekspedientki, wyciągając kartę. – I potem jeszcze czternaście z adwokatem.
– Nie! – Julia wcięła się błyskawicznie. – Proszę pani, my jesteśmy razem, ale to skomplikowane!
Odwróciła się do mnie i położyła dłoń na moim policzku. Jej ręka była już ciepła.
– Tomek, jesteś cudowny. Ale nie mogę pozwolić, żebyś płacił. Znalazłam w kieszeni gotówkę, zapomniałam, że ją mam! Pozwól mi tylko kupić te cztery dla babci, a ty weźmiesz te dwa i resztę innych. Proszę. Babcia czeka. Ja muszę lecieć, taksówka już stoi.
Była taka przekonująca. Taka chaotyczna i urocza.
– No dobra – ustąpiłem miejsca. – Bierz.
Julia podeszła do lady.
– Poproszę wszystkie sześć z różą – powiedziała głośno i wyraźnie.
Zamarłem.
– Słucham? – zapytałem głupio. – Miały być cztery.
– Ale pani powiedziała, że sprzedaje tylko parami, albo całość, żeby nie rozdzielać pudełka! – skłamała gładko, nawet nie mrugając, choć ekspedientka nic takiego nie mówiła. – Wezmę wszystkie, dla pielęgniarek też. Dzięki, Tomek! Jesteś wielki!
Rzuciła na ladę banknot stuzłotowy (miała go cały czas!), zgarnęła pudełko, zanim zdążyłem zareagować, i posłała mi całusa w powietrzu.
– Pa! Napisz do mnie na fejsie! Julia K., znajdziesz mnie!
I zniknęła. Wyparowała jak kamfora. Gorzki smak porażki. Zostałem przy ladzie jak kompletny idiota.
– To co? Te z adwokatem? – zapytała znudzona ekspedientka. – Bo za panem już się niecierpliwią.
– Ale... ona wzięła wszystkie z różą – wydukałem.
– No wzięła. Pan ją przepuścił. Pańska sprawa – wzruszyła ramionami kobieta w fartuchu.
Kupiłem te cholerne pączki z adwokatem. Wychodząc z cukierni, czułem się, jakbym dostał w twarz. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Kiedy szedłem w stronę samochodu, kawałek dalej, przy wejściu do stacji metra, zobaczyłem znajomy beżowy płaszcz. Julia nie wsiadała do żadnej taksówki. Nie jechała do szpitala. Stała przy grupce trzech chłopaków. Wszyscy jedli pączki. Moje pączki. Śmiali się głośno.
– Mówiłam wam, że to proste – usłyszałem jej głos, który niósł się w mroźnym powietrzu zadziwiająco wyraźnie. – Frajerzy w kolejkach są najłatwiejsi. Wystarczy trochę pomarznąć i zrobić słodkie oczy. Macie, jeszcze ciepłe. Z różą, tak jak chcieliście.
Zamarłem. Chciałem tam podejść. Chciałem zrobić awanturę. Wyrwać jej to pudełko. Ale co bym powiedział? Że dałem się podejść jak dziecko? Że uwierzyłem w bajeczkę o chorej babci, bo dziewczyna była ładna i uśmiechnęła się do mnie? Poczułem tak głęboki wstyd, że aż mnie zemdliło. Nie ze względu na pączki, ale na własną naiwność. Moje ego zostało zmiażdżone i posypane cukrem pudrem.
Smak gorzkiego rozczarowania
Do biura dotarłem spóźniony. Wszedłem do sali konferencyjnej, gdzie czekał już zespół i Krzysztof.
– No nareszcie! – huknął szef. – Król polowania wrócił! Pokaż te skarby! Tylko nie mów, że stygły w korku.
Położyłem pudełka na stole. Otworzyłem je powoli.
– Z adwokatem? – zapytał Krzysztof, a jego twarz pociemniała. – Mówiłem wyraźnie: tylko róża. Adwokatem to się można upić, a nie najeść w tłusty czwartek. Co ty, Tomek, instrukcji nie rozumiesz? Przecież to smakuje jak mydło.
– Była awaria – skłamałem, czując, jak uszy mi płoną. – I ogromna kolejka. To wszystko, co udało się wyrwać.
Krzysztof pokręcił głową z politowaniem.
– Słaby z ciebie negocjator, Tomek. Słaby. Jak ty chcesz z klientami rozmawiać, jak pączka nie potrafisz załatwić?
Zespół rzucił się na słodycze z braku laku, ale atmosfera była drętwa. Ja nie zjadłem ani jednego. Siedziałem przy biurku, patrząc na ekran komputera, i wpisałem w wyszukiwarkę: Julia K. Wyskoczyły tysiące wyników. Oczywiście. Przecież nawet nazwisko mogła zmyślić. Wtedy przyszło powiadomienie z banku na telefonie. Zapłaciłem za kawę na stacji benzynowej, wracając. Ale przypomniało mi się coś jeszcze. Mój termos. Został u niej. Dałem jej go do potrzymania, kiedy wyciągałem portfel, żeby pokazać, że jestem gotowy płacić. Ukradła mi nie tylko pączki i dumę. Ukradła mi mój ulubiony, stalowy termos.
Tłusty czwartek? Dla mnie to od dzisiaj dzień naiwniaka. A jeśli kiedykolwiek jeszcze zobaczę w kolejce zmarzniętą blondynkę bez czapki, która poprosi mnie o przysługę, to chyba sam kupię jej czapkę i każę spadać na koniec ogonka. Chociaż... znając życie, pewnie znowu bym się nabrał. Bo tacy faceci jak ja chyba po prostu chcą wierzyć, że ten uśmiech jest prawdziwy. Nawet jeśli na końcu ma smak gorzkiego rozczarowania zamiast słodkiej róży.
Michał, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój współlokator w sanatorium chrapał jak traktor. Ciszy szukałem u sąsiadki, ale dostałem tam coś lepszego”
- „Moje dzieci nie chciały spędzać czasu z dziadkiem. Córka w końcu przyznała, jakie bzdury im wmawiał”
- „Złowiłam bogatego wdowca i czekałam na pierścionek. Miałam nosić markowe szpilki, a skończyłam w znoszonych trampkach”