Reklama

Sylwester. A ja znowu sama. Siedzę w szlafroku, z kubkiem herbaty, której nawet nie lubię. Na stoliku świece, dla nastroju – choć dla kogo ten nastrój? Żeby nie czuć się jak umarlak, którego nikt nie zaprosił na bal. W tle gra radio. Ktoś właśnie wrzasnął "Szczęśliwego Nowego Roku” i aż podskoczyłam, jakby mnie ktoś wyrwał z własnych myśli. Za oknem petardy, śmiechy, odliczanie. A ja? Odliczam tylko kolejne samotne dni. Trzy lata. Trzy lata ciszy między mną a Iwoną. Siostrą. Wtedy, po pogrzebie mamy, wszystko się rozpadło. Dom został mi. Iwona dostała tylko zdjęcia, jakieś stare srebra i złość, która chyba ją paliła od środka.

– To była twoja nagroda za bycie tą grzeczną, tą "lepszą" – powiedziała, trzasnęła drzwiami i zniknęła.

Pamiętam, jak trzymała wtedy walizkę, a ja... nie zatrzymałam jej. Tchórz. Miałam tysiąc słów na końcu języka, ale wybrałam milczenie. Teraz to milczenie waży więcej niż wszystko inne. Czasem mówiłam sama do siebie: można żyć bez siostry. Ale w duchu czułam coś innego. Nie pogodziłam się. Ani z nią, ani z tym, że tak po prostu przestałyśmy istnieć dla siebie. Nie wiem, czego chcę dzisiaj wieczorem. Może tylko tego, żeby... zamknąć temat. Bez żalu, bez krzyku. Zrozumieć. Choć raz, spróbować zrozumieć. Sięgnęłam po telefon. Moje palce drżały, jakby to była broń, a nie aparat. Numer wciąż miałam wpisany, choć nie dzwoniłam od lat. Raz, dwa, trzy... cztery sygnały. I wtedy... wróciła do mnie tamta rozmowa. Ta ostatnia. Jakby była wczoraj.

– Nie rozumiem, jak mogli przepisać na ciebie cały dom, a mi zostawić jakieś ochłapy?! – Iwona stała w kuchni pełna złości.

– Taka była wola rodziców, nie miej do mnie pretensji – próbowałam tłumaczyć, choć sama nie wierzyłam w słowa, które wypowiadałam.

– To co, ty będziesz sobie mieszkać jak księżniczka, a ja dalej będę się gnieździć w tej kawalerce?

– To nie tak... – szepnęłam.

– A jak?! – wrzasnęła. – Ja ją myłam, ja jej gotowałam, byłam na każde jej zawołanie! A ty?! Ty przyjeżdżałaś raz na dwa tygodnie i udawałaś córunię z plakatu!

Nie odpowiedziałam. Chyba pierwszy raz w życiu naprawdę nie miałam słów.

I wtedy padło to zdanie.

– Dla mnie od dziś jesteś obcym człowiekiem. Nie chcę cię znać.

Wybrałam numer jeszcze raz. Jeden, drugi, trzeci sygnał.

– Halo? Jej głos. – usłyszałam w słuchawce jej głos - zimny, zmęczony.

Nie będę przepraszać za wszystko

Zawahałam się. Przez chwilę chciałam się rozłączyć. Miałam wrażenie, że dzwonię nie do niej, tylko do wspomnienia. Do czegoś, co już dawno przestało istnieć. Ale usłyszałam jej głos i nie mogłam się cofnąć. Wiedziałam, że nie mogę.

– Iwona... – powiedziałam cicho, jakbym bała się, że podniesie głos, że się rozpłaczę, że znów coś popsuję. – Nie dzwonię, żeby się kłócić. Nie wiem, czy to w ogóle coś zmieni. Ale... chciałam zapytać, czy możemy porozmawiać. Tak po prostu. Usłyszeć się.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Miałam wrażenie, że minęły całe minuty, choć w rzeczywistości mogły to być sekundy. Już miałam coś dodać, ale wtedy odpowiedziała.

– Przyjedź.

Jej ton był oszczędny, bezbarwny, jakby nie miała siły ani chęci, żeby okazać cokolwiek więcej niż zgodę. Nie było w nim ciepła, ale też nie było odmowy. I to wystarczyło.

Odłożyłam telefon i usiadłam na krześle, które kiedyś należało do mamy. Oparłam łokcie na stole. Nagle wszystko wydało mi się nierealne. Nie wiedziałam, co mnie czeka. Czy to zaproszenie, czy tylko niechęć, by powiedzieć wprost: „Nie chcę cię widzieć”. Przypomniało mi się, jak kiedyś dzwoniłam do niej codziennie, czasem kilka razy dziennie. Rozmawiałyśmy o niczym, o wszystkim. O tym, co kupiła, co mama znowu powiedziała, co ją boli. I teraz po trzech latach miałam znowu usłyszeć jej głos. Już go usłyszałam. Tyle że brzmiał zupełnie inaczej.

Zamknęłam oczy. Powiedziała, że mam przyjechać. Nie powiedziała: „Chcę cię zobaczyć”. Nie powiedziała też: „Nie przyjeżdżaj”. To zabrzmiało bardziej jak zgoda na to, bym pojawiła się bez zadawania pytań. A może było w tym coś więcej? Chciałam wierzyć, że tak. Ale nie miałam pewności.

– Nie będę przepraszać za wszystko – powiedziałam do pustego pokoju, nieco zbyt głośno. – Ale chcę wiedzieć, czy możemy usiąść jak siostry. Nie jak wrogowie.

Zgasiłam światło, jakby ciemność miała coś uprościć. Siedziałam tak chwilę, wsłuchując się w ciszę. I wciąż miałam w głowie to jedno zdanie.

Nie chcę się narzucać

Zaparkowałam przed jej blokiem, dokładnie tak, jak kiedyś. Samochód zgasł z cichym westchnieniem, a ja nie mogłam się zmusić do wyjścia. Wciągnęłam głęboko powietrze. Weszłam na klatkę schodową, drzwi do mieszkania otworzyły się, zanim zdążyłam zadzwonić. Stała w progu. Nie uśmiechała się. Miała na sobie sweter, który chyba sama dziergała. Pamiętałam ten ruch szydełka, te wieczory, gdy siadała z herbatą, z kocem, i mówiła, że robienie na drutach ją uspokaja.

Nie powiedziała „cześć”. Po prostu się odsunęła i wpuściła mnie do środka. Przeszłam przez korytarz, dobrze znany i obcy jednocześnie. Na stole w kuchni parowała herbata. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie. W pierwszych minutach cisza miała swój ciężar. Wszystko brzmiało zbyt głośno – łyżeczka stukająca o spodek, skrzypienie krzesła, oddechy.

– Po co przyszłaś? – zapytała Iwona. – Dobrze się mieszka w domu po mamie? – jej głos był spokojny, ale w tonie brzmiała nuta ironii.

Spojrzałam na nią.

– Długo jeszcze będziesz mieć do mnie żal? – zaczęłam.

Uniosła brew.

– Myślisz, że jest mi łatwo, tak po prostu o tym zapomnieć?

– Nie chcę dłużej się kłócić. Te trzy lata ciszy ciągnęły się jak wieczność.

Patrzyłam na nią i po raz pierwszy zobaczyłam nie złość, tylko zmęczenie.

– Nie chcę się narzucać. Nie wiem, czy to cokolwiek da. Ale chciałam przyjść – dodałam.

W kuchni zapadła wymowna cisza. Wiedziałam, że coś się zmienia. Że rozmowa, która wisiała między nami od lat, wreszcie ma się wydarzyć. Czułam to w sposobie, w jaki spojrzała na mnie, jakby czekała, aż powiem pierwsze zdanie. Ale nie ja je wypowiedziałam.

Nigdy nie chodziło o dom

– Nie chodziło tylko o dom – powiedziała nagle Iwona. Jej głos był cichy, ale nie drżał. – Nigdy nie chodziło o dom.

Zamarłam. Przez długi czas nie mogłam znaleźć odpowiednich słów. Wreszcie zapytałam:

– A o co?

– O wszystko inne. O całe dzieciństwo. O to, że zawsze byłaś tą, którą się chwalono. Ty dostawałaś kwiaty na zakończenie roku, ty byłaś grzeczna, ty wiedziałaś, kiedy milczeć. A ja... ja byłam problemem.

Zrobiło mi się gorąco. Chciałam protestować, zaprzeczyć, powiedzieć, że to nieprawda, ale nie mogłam. Znałam prawdę. Widziałam ją w zeszytach pochwał, w uśmiechach nauczycielek, w tym, jak mama poklepywała mnie po ramieniu i mówiła: „Z Anką to przynajmniej nie trzeba się wstydzić”.

Ty wszystko robiłaś jak trzeba – mówiła dalej. – A ja byłam tą trudną. Kiedy Ty robiłaś karierę w wielkim mieście, ja żyłam pod dyktando matki. Zawsze miała cię za lepszą, bardziej ambitną, ułożoną. A ja - zawsze byłam w jej oczach tą gorszą. Więc czemu prosiła mnie, a nie ciebie, kiedy naprawdę potrzebowała pomocy?

Iwona spuściła wzrok. Była bliska płaczu, ale się nie rozpłakała. Może to był początek.

Może jeszcze nie wszystko stracone

Za oknem śnieg znowu zaczął padać. Płatki przylepiały się do szyby, jakby chciały zagłuszyć wszystko, co było wcześniej. Czas płynął powoli.

– Nie umiem przepraszać – kontynuowałam – Ale próbuję.

Iwona spojrzała na mnie.

– A ja nie wiem, czy dam radę zapomnieć o tym wszystkim – powiedziała. – Ale jest mi teraz lżej, że mogłam wreszcie to wszystko z siebie wyrzucić.

To zdanie zawisło w powietrzu. Miało więcej znaczeń, niż się wydawało. Nie chodziło tylko o dziś. O ten jeden wieczór. Chodziło o lata ciszy, o wszystkie telefony, które nie zostały wykonane, o święta, które spędziłyśmy osobno, mimo że dzieliło nas tylko kilkadziesiąt kilometrów.

– Nie wiem, czy da się to naprawić – powiedziałam. – Ale mogę tu być. Dziś. Jutro.

Na razie wystarczy, że jesteś – odpowiedziała.

I wtedy pierwszy raz od trzech lat poczułam, że może jeszcze nie wszystko stracone. Wróciłam do domu późnym wieczorem. Włożyłam klucz do zamka, otworzyłam drzwi, zapaliłam światło. Wnętrze było takie jak zawsze. Ten sam zapach, te same półki, ta sama zasłona w oknie. A jednak wszystko wydawało się inne. Zsunęłam płaszcz i usiadłam na brzegu kanapy. Na stole stał pusty kubek po herbacie, której nie zdążyłam wypić przed wyjściem.

Nie miałam pewności, co będzie dalej. Czy spotkamy się z Iwoną ponownie. Czy znów się nie pokłócimy. Czy będzie chciała odbudowywać coś, co tak długo było zniszczone. Ale to nie miało teraz znaczenia. Bo coś się zmieniło. Zamknąć temat – to nie znaczy zapomnieć. To znaczy przestać się bać. I nie odwracać się plecami.

Anna, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama