Reklama

Mieszkam na wsi od kilku lat i nauczyłam się, że cisza potrafi być głośniejsza niż miasto. Walentynki nigdy nie były dla mnie świętem z fajerwerkami, raczej spokojnym dniem, który miał minąć bez oczekiwań. Z Michałem funkcjonowaliśmy obok siebie, w jednym domu, w jednym rytmie, ale coraz rzadziej naprawdę razem. Gdy nagle zgasło światło w całej wsi, poczułam zaskoczenie i dziwną ulgę. Ta cisza była inna niż zwykle.

Bez tła i bez dźwięków

Najpierw zgasła lampka nad stołem, potem radio ucichło w pół zdania, a na końcu zapadła ta charakterystyczna, gęsta cisza. Michał westchnął i odruchowo sięgnął po telefon, jakby mógł nim zapalić światło.

– No pięknie – mruknął. – Walentynki idealne.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Wyjęłam z szuflady świece, które stały tam od lat, kupione „na wszelki wypadek”. Płomień zapalił się od razu, rzucając miękkie światło na ściany. Dom nagle wydał mi się mniejszy, jakbyśmy zostali zamknięci w jednym kadrze.

– Dawno nie siedzieliśmy tak bez niczego – powiedziałam, stawiając świecę na stole.

– Bez czego? – zapytał, siadając naprzeciwko.

Bez tła. Bez dźwięków.

Wzruszył ramionami.

– Kiedyś tak było normalnie.

Pamiętałam te „kiedyś”. Pierwsze zimy tutaj, kiedy brak prądu nie był wydarzeniem, tylko kolejną trudnością do ogarnięcia razem. Teraz siedzieliśmy naprzeciwko siebie jak goście, którzy nie są pewni, czy powinni jeszcze zostać.

– Pamiętasz nasze pierwsze walentynki? – zapytałam nagle.

– W mieście? – uniósł brwi. – Było zimno i zgubiliśmy drogę.

– Ale się śmialiśmy – dodałam cicho.

Zamilkł. Patrzyłam na jego twarz w migotliwym świetle świecy. Zmarszczki przy oczach, których kiedyś nie było. Skupienie, jakby ważył każde słowo.

– Teraz też się śmiejemy – odpowiedział w końcu, ale bez przekonania.

Cisza wróciła, cięższa. Słyszałam trzask drewna w kominku, własny oddech. Uświadomiłam sobie, że od dawna nie przyglądałam mu się tak uważnie. Zawsze coś było ważniejsze.

– Dziwnie tu – powiedziałam.

– Romantycznie – spróbował zażartować.

Kiwnęłam głową, choć romantyzm miał w sobie niepokój. Ta ciemność nie była tylko brakiem światła. Ona wyciągała na powierzchnię rzeczy, które od miesięcy chowaliśmy w codzienności. Czułam, że ten wieczór nie skończy się na świecach i wspomnieniach.

Ciężka i niewygodna prawda

Siedzieliśmy przy stole dłużej, niż planowałam. Świece dopalały się powoli, a ich zapach mieszał się z chłodem domu. Michał bawił się kubkiem, obracając go w dłoniach, jakby szukał w nim odpowiedzi.

– O czym tak myślisz? – zapytałam w końcu.

– O niczym szczególnym – odpowiedział za szybko.

Znałam ten ton. Zawsze oznaczał mur.

– Zawsze mówisz „o niczym” – westchnęłam. – A potem tygodniami chodzimy obok siebie.

Podniósł wzrok. Przez chwilę wyglądał na zaskoczonego, jakby nie spodziewał się, że powiem to głośno.

– Przecież wszystko działa – powiedział ostrożnie. – Dom, praca, my.

– Działa czy trwa? – zapytałam ciszej.

Zapadła długa pauza. Płomień świecy zadrżał. Michał odsunął krzesło.

Czego ty właściwie chcesz, Anka? – zapytał. – Konkretów?

Zabolało mnie to zdrobnienie. Dawniej było czułe, teraz brzmiało jak tarcza.

– Chcę wiedzieć, czy jeszcze jesteśmy razem, czy tylko obok – odpowiedziałam. – Czasem czuję się tu strasznie sama.

Oparł dłonie o stół.

– Myślisz, że ja się nie czuję samotny? – wyrzucił z siebie. – Zawsze coś przeżywasz, analizujesz. Ja po prostu chcę spokoju.

– Spokój to nie cisza – odparłam. – Cisza potrafi krzyczeć.

Patrzył na mnie długo, jakby pierwszy raz naprawdę słuchał.

– Bałem się, że jak zaczniemy mówić, to coś się rozpadnie – przyznał nagle. – Więc wolałem milczeć.

Serce zabiło mi szybciej. Ta szczerość przyszła za późno i zbyt gwałtownie.

– A ja bałam się, że już dawno się rozpadło – odpowiedziałam.

Nie było w tym krzyku. Była tylko prawda, ciężka i niewygodna. Wiedziałam, że przekroczyliśmy granicę, zza której nie da się wrócić do półżartów i świec. Ta rozmowa bolała, bo odsłaniała to, co każdy z nas nosił osobno.

Czuliśmy pustkę i strach

Po tych zdaniach nie było już nic do dodania. Jakbyśmy oboje powiedzieli ostatnie słowa, które trzymały się w nas od miesięcy, a może lat. Michał wstał od stołu i dorzucił drewna do kominka. Ogień rozbłysnął na moment jaśniej, po czym znów przygasł. Usiadłam na kanapie, podciągając pod siebie nogi. Zawsze tak robiłam, gdy czułam się niepewnie. On stanął przy oknie, chociaż za szybą była tylko noc i zarys drogi. Milczeliśmy, ale to milczenie nie było już neutralne. Było pełne niedokończonych myśli.

– Myślałam, że jak w końcu zaczniemy mówić, poczuję ulgę – odezwałam się cicho. – A czuję tylko pustkę.

Nie odpowiedział od razu. Słyszałam jego oddech, nierówny.

Ja czuję strach – przyznał. – Bo nie wiem, co zrobić z tym, co powiedzieliśmy.

To zdanie zawisło w powietrzu. Zrozumiałam, że on naprawdę nie ma planu. Że jego unikanie rozmów nie było złośliwe, tylko wygodne. A moja nadzieja, że kiedyś „samo się ułoży”, była równie naiwna. Położyliśmy się spać bez zwyczajowych gestów. Leżeliśmy obok siebie, oddzieleni niewidzialną linią. Słuchałam, jak przewraca się z boku na bok. Każdy ruch przypominał mi, że to, co było oczywiste, przestało takie być. W półśnie wracały fragmenty rozmowy, spojrzenia, niedopowiedziane zdania. Zrozumiałam, że nie każda prawda koi. Niektóre tylko zdejmują zasłonę i każą patrzeć na to, co od dawna było pod spodem. A ja nie byłam pewna, czy to, co zobaczyłam, jeszcze potrafię pokochać.

Zrozumiałam, że coś się kończy

Obudził mnie dźwięk, którego się nie spodziewałam. Cichy brzęk lodówki, potem kliknięcie włącznika i nagłe światło w korytarzu. Prąd wrócił, jakby noc w ogóle się nie wydarzyła. Jakby ta cisza była tylko przerwą techniczną, a nie czymś, co rozmontowało nas od środka. Leżałam jeszcze chwilę, wpatrując się w sufit. Michał już nie spał. Słyszałam, jak krząta się w kuchni, ostrożnie, niemal na palcach. Ten dźwięk był mi znajomy, a jednocześnie obcy. Wstałam i naciągnęłam sweter. W kuchni stał przy blacie, z kubkiem w dłoni. Światło obnażało wszystko: zmęczenie na jego twarzy, moje podkrążone oczy, bałagan, który w nocy wydawał się nieważny.

– Dzień dobry – powiedział, nie patrząc na mnie.

– Dzień dobry – odpowiedziałam po chwili.

To były najzwyklejsze słowa, a jednak zabrzmiały jak formalność. Usiadłam przy stole. Zegar tykał głośniej niż zwykle. Każda sekunda była jak odliczanie do czegoś, czego żadne z nas nie chciało nazwać.

– Muszę dziś pojechać do miasta – rzucił, wciąż odwrócony plecami. – Mam kilka spraw.

Kiwnęłam głową. Normalnie zapytałabym o szczegóły. Teraz nie zapytałam o nic. Jedliśmy w milczeniu. Unikaliśmy spojrzeń, jakby mogły nas zdradzić. Poczułam chłód, który nie miał nic wspólnego z porankiem. Wiedziałam, że ten dom jeszcze wczoraj był wspólną przestrzenią, a dziś stał się miejscem przejściowym. Gdy wyszedł do sieni, zatrzymał się na moment.

– Ania… – zaczął, po czym urwał. – Pogadamy później.

Drzwi zamknęły się cicho. Zostałam sama, zalana światłem, które nie przynosiło ulgi. Zrozumiałam, że coś się kończy, nawet jeśli żadne z nas nie wypowiedziało tego na głos. Świt nie przyniósł nowego początku. Przyniósł jasność, na którą nie byliśmy gotowi.

Pozwoliłam sobie na łzy

Wrócił późnym popołudniem. Usłyszałam samochód na podjeździe i przez chwilę siedziałam nieruchomo, jakby to od mojej reakcji miało zależeć, co się wydarzy. Wszedł do domu z torbą w ręku. Nie spojrzał na mnie od razu.

– Spakuję kilka rzeczy – powiedział w końcu. – Na razie.

To „na razie” zawisło między nami jak nieudany żart.

– Dokąd? – zapytałam, choć już znałam odpowiedź.

– Do brata. Muszę… poukładać sobie w głowie.

Pokiwałam głową. Nie płakałam. Zaskoczyło mnie to, jak bardzo byłam spokojna. Jakby ta noc wypaliła we mnie wszystkie gwałtowne emocje, zostawiając tylko zmęczenie. Patrzyłam, jak otwiera szafę, jak składa ubrania w pośpiechu, jak omija rzeczy, które kiedyś były wspólne. Zatrzymał się przy drzwiach sypialni.

Nie chciałem, żeby tak wyszło – powiedział cicho.

– Wiem – odpowiedziałam. – Ale chyba inaczej by się nie dało.

Podszedł, jakby chciał mnie objąć, po czym się cofnął. Ten gest powiedział więcej niż wszystkie rozmowy. Chwilę później drzwi zamknęły się za nim, a dom znów pogrążył się w ciszy. Tym razem jednak była uczciwa. Usiadłam na kanapie i pozwoliłam sobie na łzy, ale bez rozpaczy. Zrozumiałam, że szczerość tej nocy nie była ratunkiem. Była granicą. Pokazała nam, jak daleko od siebie jesteśmy i że żadna ciemność nie była w stanie tego ukryć na zawsze. Miłość nie zawsze przegrywa przez brak uczuć. Czasem przegrywa, bo prawda okazuje się silniejsza niż chęć trwania. A odejście, choć boli, bywa jedynym sposobem, by przestać udawać.

Anna, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama