Reklama

Nie wiem, kiedy dokładnie to się zaczęło. Może wtedy, gdy pierwszy raz przymknęłam oko na brudne skarpetki porzucone obok kosza na pranie. A może wtedy, gdy wzruszyłam ramionami na kolejną niepozmywaną szklankę. Latami sama ogarniałam dom, tłumacząc sobie, że przecież „on tak ma”, „faceci nie ogarniają” albo – najgłupsze – „i tak szybciej zrobię to sama”. I faktycznie, robiłam. Aż któregoś dnia, patrząc na brudną kuchnię po jego gotowaniu, nie wytrzymałam. Dość. Mój mąż to leń i ktoś musi mu wreszcie powiedzieć, że ja nie jestem jego służącą. Nie zamierzam już dłużej patrzeć, jak nieporadnie próbuje pozmywać naczynia, a potem zostawia pół zlewu tłustego i ociekającego pianą. Czas na małą domową rewolucję.

Przecież się staram

Była sobota, godzina 10:00. Wróciłam z zakupów, zgrzana, z ciężkimi siatami, które wbijały mi się w palce. Już od progu poczułam znajomy zapach – coś między smażonym jajkiem a przypaloną cebulą. W kuchni panował chaos, jakby przeszedł tędy huragan. Na blacie leżała roztrzaskana skorupka jajka, masło roztopione na talerzyku, a w zlewie piętrzyła się wieża garów. Wszystkie ociekały tłustą pianą. Jakby ktoś je tylko pogłaskał gąbką i zostawił. Mój mąż siedział przy stole nad talerzem ubrany w rozciągnięty podkoszulek i znoszone dresy.

– Chcesz jajecznicy? Jeszcze trochę zostało – powiedział, odwracając się w moją stronę.

Spojrzałam na tę jego „inwencję kulinarną”.

– Nie mam ochoty. To nawet nie przypomina jajecznicy – rzuciłam.

– Nie zapomnij umyć po sobie naczyń – dodałam, patrząc na zlew.

– Już umyłem.

Podeszłam bliżej. Gąbka leżała w rogu zlewu, cała obklejona jajkiem. Tłusta, śmierdząca. Chwyciłam jeden z talerzy.

Przecież to się lepi! – krzyknęłam. – Zobacz, tu jest zaschnięte żółtko! I to ma być umyte?!

– No co się tak denerwujesz? – wzruszył ramionami. – Przecież się staram.

– Starasz się?! Od dziesięciu lat się „starasz” i jakoś ci nie wychodzi!

– O co ci znowu chodzi? Nie musisz być taka niewdzięczna.

– Niewdzięczna? Ja?! – zgrzytnęłam zębami. – Chyba zaraz oszaleję. Czy naprawdę trzeba ci tłumaczyć, że umycie talerza to nie tylko jego zamoczenie w ciepłej wodzie?

– Przecież to tylko naczynia. Po co się tak spinasz?

Zacisnęłam pięści. Patrzyłam na tego mojego domowego bałaganiarza, który po raz kolejny „się starał”, a jedyne co osiągnął, to kuchnię do generalnego remontu. I wtedy zrozumiałam, że dłużej tak nie pociągnę. Mam dość. Tego bałaganu, tej wiecznej łaski, tego jego „próbuję”.

– Wiesz co, Mariusz? Od dziś będziesz zmywał codziennie. I dopóki nie nauczysz się robić tego porządnie, nie włożę ręki do zlewu. Mam dość robienia za twoją matkę – syknęłam i wyszłam z kuchni. Zatrzymałam się dopiero w sypialni. Usiadłam na łóżku i wzięłam głęboki oddech. Wiedziałam jedno: już nie odpuszczę.

To nie jest sprzątanie

– Co ty znowu robisz? – zapytałam któregoś dnia, wchodząc do kuchni, w której podłoga była cała w wodzie.

Mariusz stał przy zlewie, uzbrojony w gumowe rękawice i butelkę płynu do mycia. Wokół zlewu panował totalny nieład.

– Sprzątam. Przecież mówiłaś, że mam się nauczyć – odpowiedział, z dumą wskazując na stos talerzy zanurzonych w wodzie.

To nie jest sprzątanie – powiedziałam, podchodząc bliżej. – Cała podłoga jest zachlapana.

Potem wzięłam do ręki jeden z jego „umytych” kubków. Na dnie była warstwa osadu z herbaty. Potarłam palcem – nic. Spojrzałam na niego.

– Czym ty to myłeś?

– No, tym – wskazał na starą, rozlatującą się gąbkę leżącą obok zlewu.

– Serio – podniosłam ją i rzuciłam na blat. – Trzeba ją wymienić. I w ogóle, ty wiesz, że naczynia należy też wycierać?

– Nie musisz się tak wszystkiego czepiać – mruknął, sięgając po ręcznik papierowy.

– Nie ręcznikiem! – jęknęłam. – Ścierką. Masz ich w szufladzie z dziesięć.

– Która to szuflada?

Zamarłam.

– Ty naprawdę nie wiesz, gdzie są ściereczki?

– No... – podrapał się po głowie.

Otworzyłam szufladę najbliżej zlewu, jakby pokazywała mu się po raz pierwszy. Wyjęłam jedną z nowych szmatek i rzuciłam mu ją na blat. Pokręciłam głową i westchnęłam ciężko.

– Wiesz, ile czasu zajmuje mi ogarnięcie całej kuchni? Dziesięć minut. Tobie już zeszło pół godziny, a jesteś na etapie zmywania pierwszego kubka.

– To nie jest takie proste, jak ci się wydaje – burknął, próbując zeskrobać zaschnięte coś z talerza.

– Cieszę się, że w końcu to widzisz – odwróciłam się na pięcie i wyszłam.

Ja naprawdę już nie mam siły

Wieczorem chciałam nakryć do stołu. Chciałam wyjąć zastawę, gdy zobaczyłam, że ubyło talerzy.

– Mariusz gdzie są talerze? Te duże, białe.

– Jakie talerze?

– No te, które jeszcze wczoraj tam były! Dwa duże z niebieskim paskiem.

– Hmm… a te, zbiłem przez przypadek, jak zmywałem – mówił, jakby nic się nie stało.

– Zbiłeś talerze od ślubnego kompletu i mówisz to z taką lekkością? Gdzie ja teraz znajdę takie same?

– Przecież to tylko naczynia, nie rób dramatu. Masz pełno innych w szafkach.

– Mariusz... ja naprawdę już nie mam siły. Czego się nie dotkniesz, to psujesz. To nie chodzi już o te talerze, ale o twój lekceważący stosunek do wszystkiego.

– Robisz z igły widły – prychnął.

Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale nie zamierzałam odpuścić. On się będzie uczył. Codziennie. Aż do skutku.

Czas wziąć sprawy w swoje ręce

Nie jestem z natury pedantką, naprawdę. Nie zależy mi na tym, żeby lustra błyszczały jak nowe, a ręczniki wisiały w równym rządku co do milimetra. Ale są granice. I mój mąż je właśnie przekroczył. Dość miałam czekania, aż sam dojrzeje do dorosłości. Czas wziąć sprawy w swoje ręce. Plan był prosty. W poniedziałek rano, zanim wyszedł do pracy, włożyłam mu do torby kartkę. Na górze wielkimi literami: „ZADANIA DOMOWE NA DZISIAJ”. Poniżej – lista. Zmyć naczynia po śniadaniu, przetrzeć blat, opróżnić zmywarkę, wyrzucić śmieci. Krótkie, proste, konkretne. Nie zostawiłam miejsca na wymówki.

– Co to ma być? – zapytał wieczorem, wymachując kartką.

– Lista zadań – uśmiechnęłam się. – Nie będę wiecznie robić wszystkiego za ciebie.

Przecież czasem ci pomagam.

– Jasne, jeśli poproszę i to jeszcze zawsze z łaską. Już nie wspomnę o tym, że wszystko jest robione na odczepne.

– To jakieś wariactwo. Lista obowiązków?

– Wariactwem jest mieć czterdziestoletniego faceta w domu, który nie wie, jak po sobie zmyć po sobie naczynia. To jest wariactwo, Mariusz.

– Przesadzasz.

– To proszę bardzo – powiedziałam. – Powiedz mi, który płyn jest do luster, a który do blatów? No? – podeszłam bliżej. – Dla ułatwienia: niektóre mają etykiety, wystarczy przeczytać.

– Nie muszę znać każdego płynu w tym domu!

– Musisz, skoro chcesz w nim żyć. Myślisz, że całe życie wszystko będzie na mojej głowie? To się grubo mylisz.

Nie odpowiedział. Tylko z tym swoim wiecznym westchnieniem usiadł przy stole i zaczął czytać kartkę. Obserwowałam go kątem oka. Wiedziałam, że już nie odpuści – jego duma mu nie pozwoli. Byle udowodnić, że da radę.

Chyba wreszcie do niego dotarło

I rzeczywiście. Kolejnego dnia zlew był pusty. Blaty czyste, a śmieci wyniesione. Stałam chwilę w kuchni, nie wierząc własnym oczom. Zrozumiałam, że mój plan naprawczy chyba zaczął działać. Wiedziałam, że jest jeszcze trochę niedociągnięć, ale przynajmniej próbował. Mąż wszedł do kuchni i popatrzył na mnie dumnie.

– Zmywarka rozpakowana, blat przetarty, kosz opróżniony. Czy życzysz sobie jeszcze coś, pani domu?

Zmierzyłam go wzrokiem.

– Po co ta ironia w głosie? Może ci przypomnieć, ile lat ja to wszystko sama robiłam i nie prosiłam o fanfary? Jesteś dorosły. To nie konkurs na bohatera tygodnia. To życie.

– Ale chyba zasługuję na trochę uznania?

– Uznanie dostaniesz, jak zrobisz to z własnej woli, a nie dlatego, że dałam ci do ręki listę zadań.

Zamilkł. Pomyślałam sobie, że chyba wreszcie do niego dotarło.

Już nie będę siedzieć cicho

Minął miesiąc odkąd postawiłam Mariusza do pionu. Nie było łatwo. Niektóre dni były pełne napięć, ale doszliśmy do momentu, w którym nie musiałam już mu przypominać o jego obowiązkach. Pewnego wieczoru, kiedy siedziałam w salonie z książką, usłyszałam jak zmywa. Bez proszenia. Bez przypominania. Poszłam do kuchni i zobaczyłam coś, co kiedyś wydawało mi się nie do pomyślenia: Mariusz dokładnie szorował patelnię, co chwilę sprawdzając palcem, czy nie ma żadnego tłustego osadu. Potem wytarł ją do sucha i odłożył na miejsce. Wzrok miał skupiony, jak nigdy.

– Muszę przyznać, że jak na kogoś, kto jeszcze miesiąc temu miał problem, żeby wrzucić po sobie kubek do zlewu, to zrobiłeś spory postęp – powiedziałam.

Podniósł wzrok.

– Serio? Czyli jednak zasłużyłem na brawa?

– Nie przesadzaj – uśmiechnęłam się. – Ale wreszcie czuję, że mam w tobie wsparcie.

– To chyba największy komplement, jaki usłyszałem od ciebie w ostatnim czasie.

Podeszłam do niego i objęłam go od tyłu, opierając głowę o jego plecy.

– Po prostu już miałam dość. Czułam się jak sprzątaczka. A jestem twoją żoną, a nie panią od naczyń.

– Wiem – powiedział cicho. – Naprawdę się staram. Tylko… nie zawsze wiem, jak.

– To pytaj. Ja ci chętnie pomogę, ale nie zamierzam robić wszystkiego za ciebie.

– Umowa stoi.

Pocałowałam go w policzek.

– I jeszcze jedno.

– No?

– Od dzisiaj zakaz mówienia „to tylko naczynia”. Bo to nigdy nie chodziło tylko o naczynia.

– Wiem – odpowiedział.

Roześmiałam się cicho, kiedy z dumą wyciągał ze zlewu ostatnią łyżeczkę i z nadmierną starannością ją pucował. Może to nie koniec naszych kuchennych batalii. Może jeszcze nie raz będziemy się o to sprzeczać. Ale od teraz już nie będę siedzieć cicho. Nie będę przymykać oczu na bałagan i udawać, że mnie to nie dotyczy. Bo zasługuję na partnera, który będzie dotrzymywał mi kroku we wszystkim.

Weronika, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama