„Oddałam córce wszystkie swoje oszczędności na jej biznes życia. Firma kwitnie, a ja więdnę samotnie przy oknie”
„Wieczorem spojrzałam na swoje odbicie w szybie. Zobaczyłam kobietę, która oddała oszczędności życia i została z ciszą. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam coś, czego się wstydziłam: czy gdybym nie dała córce tych pieniędzy, nadal byłaby bliżej mnie?”.

- Redakcja
Zawsze powtarzałam, że dziecko jest największą inwestycją życia. I rzeczywiście tak było – odkładałam każdy grosz nie na wakacje, nie na nową kuchnię, tylko na jej przyszłość. Kiedy powiedziała, że ma pomysł na własny biznes, poczułam dumę większą niż kiedykolwiek. Nie przypuszczałam, że razem z pieniędzmi oddam jej coś jeszcze – swoje poczucie bycia potrzebną.
Nie miała dla mnie czasu
Pamiętam, jak siedziałyśmy przy moim kuchennym stole. Zuzanna miała wtedy trzydzieści dwa lata i oczy rozświetlone jak wtedy, gdy jako dziewczynka przynosiła mi laurki z przedszkola.
– Mamo, to nie jest zwykły pomysł – mówiła, gestykulując energicznie. – Chcę otworzyć pracownię ceramiki. Warsztaty, sklep internetowy, może kiedyś własna marka.
Uśmiechałam się, choć w środku czułam niepokój.
– A praca w biurze? – zapytałam ostrożnie. – Masz stałą pensję, spokój.
– Spokój? – roześmiała się krótko. – Ja się tam duszę. Każdego dnia czuję, że marnuję czas.
Zamilkłam. Wiedziałam, co to znaczy robić coś z obowiązku. Po śmierci męża całe życie podporządkowałam stabilności. Dla niej.
– Ile potrzebujesz? – zapytałam w końcu.
Zawahała się.
– Sto tysięcy. Na start. Wynajem lokalu, piec, materiały… Wiem, że to dużo.
Wiedziałam dokładnie, ile mam na koncie. Odkładałam przez dwadzieścia lat. Część miała być na „czarną godzinę”, część na moją spokojną starość. Tamtego wieczoru nie spałam. Patrzyłam w sufit i słyszałam jej słowa: „To moja szansa”. Przypominałam sobie, jak jako mała dziewczynka lepiła z plasteliny miseczki i kazała mi udawać, że piję z nich herbatę. Nazajutrz zaprosiłam ją z powrotem.
– Przemyślałam to – zaczęłam, starając się mówić spokojnie. – Dam ci te pieniądze.
Zamarła.
– Naprawdę? Mamo…
– Ale to nie pożyczka – dodałam szybko. – To prezent. Wierzę w ciebie.
Rzuciła mi się na szyję tak mocno, że aż zabolały mnie plecy.
– Nie zawiodę cię. Obiecuję.
Przez pierwsze miesiące byłam częścią jej świata. Dzwoniła codziennie.
– Mamo, podpisałam umowę najmu!
– Mamo, pierwszy piec już stoi!
Jeździłam z nią wybierać farby do ścian. Siedziałyśmy na podłodze w pustym jeszcze lokalu, jedząc kanapki zawinięte w papier.
– Wyobrażasz sobie, jak tu będzie pachnieć gliną? – mówiła z zachwytem.
Wyobrażałam sobie. I czułam, że znów jestem potrzebna. Otwarcie pracowni było małym świętem. Przyszli jej znajomi, kilku lokalnych artystów, nawet dziennikarka z osiedlowej gazety. Stałam z boku, obserwując, jak Zuzanna opowiada o swojej pasji.
– Bez wsparcia mojej mamy nie byłoby mnie tutaj – powiedziała nagle, wskazując na mnie.
Wszyscy spojrzeli w moją stronę. Było mi nieswojo, ale reż czułam się dumna. Potem wszystko potoczyło się szybciej, niż się spodziewałam. Warsztaty się zapełniały, zamówienia napływały przez internet. Córka zaczęła pracować od rana do późnego wieczora.
– Mamo, oddzwonię później, dobrze? – słyszałam coraz częściej.
– Jasne, pracuj – odpowiadałam, choć w słuchawce już brzmiał sygnał zakończenia połączenia.
Któregoś dnia zadzwoniłam z pytaniem, czy wpadnie na niedzielny obiad.
– Nie dam rady. Mam zamówienie dla dużej firmy, termin goni.
– Może w przyszłym tygodniu?
– Zobaczymy, dobrze?
Siedziałam wtedy przy stole nakrytym dla dwóch osób. Rosół stygnął, a ja patrzyłam na zegar. Przecież to ja nauczyłam ją marzyć odważnie. To ja powtarzałam, że trzeba iść za sercem. A jednak, gdy jej firma zaczęła kwitnąć, poczułam, jakby między nami wyrosła niewidzialna ściana. Coraz częściej siadałam przy oknie i obserwowałam ludzi wracających z pracy. Zuzanna wracała późno, zmęczona, pełna planów, których już ze mną nie konsultowała. Pewnego wieczoru powiedziała:
– Mamo, myślę o zatrudnieniu kogoś do pomocy. Rozwijamy się.
– To wspaniale – odpowiedziałam.
Chciałam zapytać, czy nadal mnie potrzebuje. Jednak zabrakło mi odwagi.
Nasze drogi się rozeszły
Zmiana przyszła niepostrzeżenie. Kiedyś byłam pierwszą osobą, do której dzwoniła z każdą wątpliwością. Teraz o decyzjach dowiadywałam się z jej mediów społecznościowych.
– Mamo, widziałaś? Podpisałam kontrakt z dużą siecią sklepów! – powiedziała któregoś dnia, wpadając do mnie na chwilę.
– Nie, nie widziałam – odparłam zgodnie z prawdą. – Rzadko zaglądam do internetu.
– Powinnaś! Tam wszystko się dzieje – roześmiała się i zaczęła przeglądać coś w telefonie.
Siedziała naprzeciwko mnie, ale miałam wrażenie, że jest gdzieś daleko. Opowiadała o strategii, o współpracy z influencerami, o nowych kolekcjach. Kiwałam głową, choć coraz mniej rozumiałam.
– A jak ty się czujesz? – zapytała nagle jakby z obowiązku.
– Dobrze – odpowiedziałam szybko. – Chodzę na spacery, czytam.
Nie powiedziałam, że większość dni spędzałam przy oknie. Że cisza w mieszkaniu stała się ciężka jak koc, pod którym trudno oddychać. Kiedyś zaproponowałam:
– Może mogłabym pomagać w pracowni? Parzyć herbatę uczestnikom warsztatów, odbierać telefony?
Zuzanna spojrzała na mnie z lekkim zakłopotaniem.
– Mamo, to bardzo miłe, ale zatrudniłam już dwie dziewczyny. One znają system sprzedaży, obsługę sklepu internetowego… Ty byś się tylko męczyła.
Uśmiechnęłam się, choć w środku coś we mnie opadło.
– Masz rację. Ja się na tym nie znam.
– Właśnie. A ja chcę, żebyś odpoczywała. Tyle dla mnie zrobiłaś.
Słowo „odpoczywała” zabrzmiało jak wyrok. Jakby moje zadanie się skończyło. Kilka tygodni później zaprosiła mnie na galę lokalnych przedsiębiorców. Otrzymała nagrodę za „najbardziej dynamiczny rozwój roku”. Siedziałam przy stoliku z obcymi ludźmi, którzy zachwycali się jej sukcesem.
– To pani córka? – zapytała kobieta obok.
– Tak – odpowiedziałam z dumą.
Na scenie Zuzanna dziękowała zespołowi, partnerom biznesowym, klientom.
– I mojej mamie, która zawsze wierzyła w moje marzenia – dodała na końcu.
Oklaski były głośne, ale ja poczułam, że między nami jest już inna relacja. Ja byłam początkiem jej historii. Teraz pisała ją sama. Po gali próbowałam z nią porozmawiać.
– Zuziu, jesteś zmęczona? – zapytałam, gdy wsiadałyśmy do taksówki.
– Trochę, ale szczęśliwa. Wiesz, mam wrażenie, że dopiero się rozkręcam.
– A masz jeszcze miejsce na… na życie poza firmą? – wyrwało mi się.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
– Mamo, to jest moje życie.
Milczałam resztę drogi. Coraz rzadziej wpadała do mnie bez zapowiedzi. Coraz częściej słyszałam:
– Mamo, nie mogę teraz rozmawiać, mam spotkanie.
W końcu przestałam dzwonić pierwsza. Nie chciałam być kolejnym obowiązkiem w jej kalendarzu. Pewnego popołudnia siedziałam przy oknie, gdy zobaczyłam ją po drugiej stronie ulicy. Wyszła z samochodu w towarzystwie elegancko ubranego mężczyzny. Śmiała się, gestykulowała żywo. Nie zauważyła mnie. Poczułam ukłucie zazdrości. O jej świat, do którego nie miałam już klucza. Wieczorem wpadła na chwilę.
– Mamo, poznaj, to Michał – usłyszałam w słuchawce męski głos. – Wspólnik. Będziemy otwierać drugą pracownię.
– Bardzo mi miło – odpowiedziałam uprzejmie.
– Mamo, wszystko dzieje się tak szybko! – mówiła podekscytowana. – Może będę musiała wziąć kredyt, ale to się opłaci.
Kredyt. Kiedyś to ja byłam jej zabezpieczeniem. Teraz miała plany, w których nie było miejsca na moje rady. Wieczorem spojrzałam na swoje odbicie w szybie. Zobaczyłam kobietę, która oddała oszczędności życia i została z ciszą. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam coś, czego się wstydziłam: czy gdybym nie dała córce tych pieniędzy, nadal byłaby bliżej mnie?
Odzyskałam córkę
Przełom przyszedł w zwykły wtorek. Zadzwoniła do mnie wieczorem, ale w jej głosie nie było tej energii, do której przywykłam.
– Mamo, możesz jutro przyjść do pracowni? Muszę z tobą porozmawiać.
Serce zabiło mi szybciej.
– Coś się stało?
– Po prostu przyjdź, dobrze?
Następnego dnia weszłam do lokalu, który pachniał gliną i świeżo zaparzoną herbatą. Na półkach stały równo ułożone filiżanki z nowej kolekcji. Wszystko wyglądało profesjonalnie, dopracowanie. Zuzanna siedziała przy stole, bez makijażu, z podkrążonymi oczami.
– Co się dzieje? – zapytałam, siadając naprzeciwko.
Przez chwilę milczała, obracając w dłoniach małą miseczkę.
– Michał odszedł z firmy. Zabiera część klientów. Okazało się, że… miał inne plany.
Nie wnikałam w szczegóły. Wystarczyło mi to, co zobaczyłam w jej oczach – strach, którego dawno tam nie było.
– Dam radę – dodała szybko, jakby chciała przekonać samą siebie. – Zawsze daję.
– Nie musisz zawsze dawać rady sama – odpowiedziałam cicho.
Spojrzała na mnie uważnie.
– Mamo… ja chyba za bardzo uwierzyłam, że wszystko zależy tylko ode mnie. Odsunęłam ludzi, nawet ciebie.
Poczułam, jak coś we mnie drży.
– Myślałam, że już mnie nie potrzebujesz.
– Potrzebuję. Tylko nie umiałam tego powiedzieć. Bałam się, że jeśli przestanę być silna, wszystko się rozsypie.
Wyciągnęła rękę przez stół i ścisnęła moją dłoń.
– Wiesz, co najbardziej mnie zabolało? – zapytała. – Kiedy zorientowałam się, że o moich problemach dowiedziałaś się od sąsiadki, bo sama nie miałam czasu zadzwonić.
Zacisnęłam usta.
– Nie chciałam się narzucać.
– A ja nie chciałam cię obciążać. I w ten sposób oddaliłyśmy się od siebie.
W pracowni było cicho. Za oknem przechodziły dwie dziewczyny, śmiejąc się głośno. Życie toczyło się dalej.
– Mamo – zaczęła niepewnie – czy pomogłabyś mi przez jakiś czas? Nie przy komputerze, nie w papierach. Po prostu… bądź tu. Rozmawiaj z ludźmi, rób herbatę, pilnuj, żebym nie zapomniała zjeść obiadu.
Zaśmiałam się przez łzy.
– Myślałam, że tylko bym się męczyła.
– To była moja głupota. Chciałam udowodnić światu, że sama potrafię. A przecież to nie wyklucza tego, że mam mamę.
Zaczęłam przychodzić do pracowni dwa razy w tygodniu. Uczyłam się powoli obsługi kasy, ale przede wszystkim słuchałam uczestników warsztatów. Opowiadałam im, jak Zuzanna jako dziecko lepiła swoje pierwsze kubki. Śmiali się, a ona przewracała oczami.
– Mamo, nie zdradzaj wszystkich tajemnic – mówiła żartobliwie.
Z czasem firma znów stanęła na nogi. Może nie rozwijała się już tak gwałtownie, ale była stabilna. A między nami zaczęło się coś odbudowywać. Któregoś popołudnia siedziałyśmy razem przy oknie w moim mieszkaniu. Tym samym, przy którym spędziłam tyle samotnych godzin.
– Pamiętasz, jak mówiłaś, że dziecko to największa inwestycja? – zapytała.
– Pamiętam.
– To ja chcę teraz zainwestować w nas. Nie tylko w firmę.
Objęła mnie ramieniem jak wtedy, gdy była małą dziewczynką. Zrozumiałam, że moje oszczędności nie przepadły. Nie dlatego, że firma przynosiła zysk. Tylko dlatego, że kryzys przypomniał nam, kim dla siebie jesteśmy. Nie byłam już tylko początkiem jej historii. Byłam jej częścią – nie z obowiązku, lecz z wyboru. A kiedy dziś siadam przy oknie, nie czekam w ciszy. Czekam na jej śmiech, który za chwilę rozlegnie się w przedpokoju.
Maria, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa drwiła ze mnie, że kupuję oponki z dyskontu. Niezawodny przepis na lwowskie pączki babci Stasi uratował mój honor”
- „Teściowa mnie zbeształa, że kupiłam za drogie składniki na pączki. Dla niej to tylko deser, dla mnie jakość na talerzu”
- „Teściowa miała się za królową tłustego czwartku. Gdy posmakowała moje pączki lwowskie, musiała oddać fartuch i koronę”