„Oddałam dzieciom wszystko, choć sama miałam niewiele. Teraz pławią się w pieniądzach, a ja zostałam sama jak palec”
„Zrozumiałam wtedy jedną, bolesną prawdę. Wychowałam ludzi sukcesu, rekiny biznesu, osoby, które potrafią zarządzać kapitałem i ludźmi. Jednak nie nauczyłam ich empatii”.

- Redakcja
Kiedyś ten dom tętnił życiem, śmiechem, a czasem płaczem, który szybko zmieniał się w radosne piski. Dziś panuje tu cisza, że momentami aż dzwoni w uszach. Patrzę na zdjęcia moich dzieci ustawione na komodzie. Wyglądają jak ludzie z innej planety, do której ja nie mam już wstępu. Oddałam im każdą złotówkę, każdą chwilę i całe moje serce, wierząc, że buduję im lepszą przyszłość. Udało się. Mają wszystko, o czym marzyłam. Tylko dlaczego w tym ich wspaniałym świecie zabrakło miejsca dla matki, która te fundamenty wylała własnymi łzami i potem?
Nie narzekałam
Pamiętam dni, kiedy musiałam wybierać między kupnem nowych butów dla syna a zapłaceniem rachunku za prąd. To były lata dziewięćdziesiąte, czasy transformacji, które dla jednych były szansą, a dla innych – jak dla mnie i mojego męża – nieustanną walką o przetrwanie. Tadek pracował w zakładzie, który powoli chylił się ku upadkowi, a ja dorabiałam, sprzątając biura po nocach i szyjąc ubrania na zamówienie w domu. Moje dłonie do dziś pamiętają szorstkość materiałów i ból od ukłuć igłą, kiedy powieki same opadały ze zmęczenia o trzeciej nad ranem. Nie narzekałam. Patrzyłam na śpiące w drugim pokoju dzieci – małego Pawła i starszą o dwa lata Kasię – i czułam przypływ nadludzkiej siły. Obiecałam sobie, że one nie będą musiały liczyć każdego grosza. Że ich życie będzie inne. Lepsze.
– Mamo, wszyscy jadą na zieloną szkołę – powiedział pewnego dnia Paweł, wbijając wzrok w podłogę.
Miał wtedy dziesięć lat. Widziałam, jak bardzo się wstydzi, że musi o to prosić.
– Pojedziesz, synku – odpowiedziałam bez wahania, choć w głowie już układałam plan, z czego zrezygnujemy w tym miesiącu.
Tadek kręcił głową, mówiąc, że rozpieszczamy dzieciaki, że powinny znać wartość pieniądza. Jednak ja nie chciałam, żeby czuły się gorsze. Oddawałam im najlepsze kąski przy obiedzie, mówiąc, że nie jestem głodna. Chodziłam w jednym płaszczu przez siedem lat, żeby Kasia mogła mieć modne jeansy i korepetycje z angielskiego. Inwestowałam w nich jak w najdroższe akcje giełdowe, wierząc, że ta dywidenda będzie wypłacana w miłości i wdzięczności. Jakże byłam naiwna.
Czułam się potrzebna
Prawdziwy przełom nastąpił, gdy dzieci dorosły. Tadek zmarł nagle na zawał, zostawiając mnie z pustką w sercu i niewielką polisą ubezpieczeniową. To był moment, w którym powinnam była pomyśleć o sobie. O swojej starości, o zabezpieczeniu na czarną godzinę. Jednak Paweł właśnie kończył studia ekonomiczne i miał pomysł na genialny biznes. Potrzebował kapitału na start. Z kolei Kasia dostała się na staż do prestiżowej firmy w stolicy, ale potrzebowała pieniędzy na wynajem mieszkania i życie w wielkim mieście. Siedzieliśmy wtedy w kuchni przy stole przykrytym ceratą.
– To jest szansa jedna na milion – przekonywał Paweł, a jego oczy błyszczały gorączką sukcesu. – Jak to wypali, kupię ci dom z ogrodem. Będziesz żyła jak królowa. Zwrócę ci wszystko z nawiązką.
– Nie mogę zmarnować takiej okazji – wtórowała mu Kasia. – W tym mieście nikt na mnie nie czeka, muszę tam pojechać, żeby coś osiągnąć.
Spojrzałam na nich. Widziałam w nich mojego męża, widziałam moje własne niespełnione ambicje. Bez słowa wstałam i przyniosłam dokumenty. Sprzedałam działkę rekreacyjną po rodzicach – jedyny majątek, jaki miałam poza mieszkaniem. Oddałam im pieniądze z polisy Tadka. Zostałam z gołą emeryturą, która ledwo starczała na opłaty.
– Tylko pamiętajcie o matce – powiedziałam cicho, wciskając im koperty do rąk.
– Oczywiście, mamo! – zawołali niemal chórem.
Przytulili mnie wtedy tak mocno. Czułam się potrzebna. Czułam się ważna. Byłam dumną inwestorką w ich przyszłość. Nie wiedziałam wtedy, że właśnie podpisuję cyrograf samotności.
Nie mogłam powstrzymać łez
Minęło dziesięć lat. Paweł nie kłamał – jego firma odniosła spektakularny sukces. Dziś jest prezesem dużej spółki. Jeździ samochodami, których nazw nawet nie potrafię wymówić, a jego dom przypomina rezydencję z amerykańskiego serialu. Kasia też sobie poradziła. Jest dyrektorką marketingu w międzynarodowej korporacji. Podróżuje po świecie, jej media społecznościowe pełne są zdjęć z egzotycznych plaż i ekskluzywnych restauracji. Pieniądze oddali. Przelewami. Paweł spłacił pożyczkę dwa lata temu, dorzucając „bonus”, jak to nazwał. Kasia też regularnie przysyła mi sumy, które dla mnie są astronomiczne, a dla niej pewnie stanowią równowartość jednej torebki. Teoretycznie powinnam być szczęśliwa. Nie martwię się o rachunki, mogę kupić lepszą wędlinę, zrobiłam remont łazienki. A jednak...
Pewnego razu postanowiłam odwiedzić Pawła bez zapowiedzi. Chciałam zobaczyć wnuki. Kupiłam im drobną zabawkę i upiekłam ich ulubione ciasto drożdżowe, to samo, które Paweł uwielbiał w dzieciństwie. Dojechałam autobusem. Ochroniarz nie chciał mnie wpuścić, dopóki synowa nie potwierdziła przez domofon, że mogę wejść. Czułam się jak akwizytor, a nie jak babcia. Weszłam do ich salonu, stąpając niepewnie po marmurowej posadzce. Wszystko było tam białe, szare i zimne.
– Mamo, mogłaś zadzwonić – powiedziała Beata, moja synowa, patrząc wymownie na zegarek. – Za godzinę wychodzimy na bankiet.
– Chciałam tylko podrzucić ciasto i zobaczyć dzieci – wytłumaczyłam się, czując, jak rumieniec wstydu wypływa mi na policzki.
– Ciasto? – Beata skrzywiła się lekko. – Antoś nie je glutenu, a Zosia jest na diecie bezcukrowej, ale dziękuję, postawię w kuchni, może pomoc domowa zje.
Paweł zszedł na dół, zapinając spinki w mankietach koszuli. Wyglądał wspaniale, ale jego wzrok był nieobecny.
– Cześć, mamo. Słuchaj, straszny młyn dzisiaj. Wszystko u ciebie w porządku? Potrzebujesz czegoś? Może przelać ci więcej w tym miesiącu?
– Nie, synku, pieniędzy mam dosyć – odpowiedziałam, ściskając torebkę. – Chciałam tylko pobyć z wami.
– Wiesz, jak jest – westchnął, sprawdzając coś na telefonie. – Biznes nie śpi. Może wpadniesz w święta? Chociaż w te święta chyba lecimy na Malediwy... Zdzwonimy się, dobrze?
Wyszłam stamtąd po piętnastu minutach. Ciasto zostało na blacie w kuchni, zapomniane, niepasujące do sterylnego wnętrza. W drodze powrotnej płakałam w autobusie, a ludzie odwracali wzrok.
Nie byłam dla niej ważna
Z Kasią jest inaczej, ale efekt jest ten sam. Ona nie ma dla mnie czasu, bo „ratuje świat” swoimi projektami. Kiedy dzwonię, zazwyczaj słyszę automatyczną sekretarkę albo jej szybki, nerwowy głos.
– Mamo, jestem na spotkaniu, oddzwonię! – rzuca i się rozłącza.
Oddzwania czasem po trzech dniach, czasem po tygodniu. Rozmowa zawsze wygląda tak samo. Monolog o tym, jak bardzo jest zmęczona, ile ma na głowie, jakie to wszystko stresujące. Słucham, potakuję, próbuję wtrącić słowo o tym, że u mnie ciśnienie skacze albo że sąsiadka z dołu zmarła.
– Mamo, proszę cię, nie dołuj mnie – przerywa mi wtedy. – Mam dość negatywnych emocji w pracy. Wyślę ci voucher do SPA, pojedź sobie, zrelaksuj się.
Voucher leży w szufladzie. Ważność minęła miesiąc temu. Co ja mam robić sama w SPA? Siedzieć w jacuzzi i patrzeć na obce pary? Ja potrzebuję herbaty wypitej z córką w mojej kuchni. Potrzebuję, żeby usiadła na starej kanapie i zapytała: „Co u ciebie, mamo?”. Tylko że ona woli wysłać kuriera z drogim robotem kuchennym, którego obsługi nie rozumiem, niż przyjechać na dwie godziny. Kiedyś zapytałam ją wprost:
– Kiedy mnie odwiedzisz? Nie widziałyśmy się od Wielkanocy.
– Mamo, nie bądź egoistką – usłyszałam w odpowiedzi. – Wiesz, jak ciężko pracuję na to wszystko. Przecież dbam o ciebie, niczego ci nie brakuje. Inni rodzice muszą pomagać dzieciom do starości, a ty masz spokój.
„Spokój” – to słowo zabrzmiało jak wyrok. Tak, mam spokój. Grobowy spokój.
Nie nauczyłam ich empatii
Ostatnio miałam urodziny. Sześćdziesiąte ósme. Obudziłam się rano z nadzieją. Umyłam włosy, ubrałam ładniejszą bluzkę. Czekałam.
O dziesiątej przyjechał kurier z ogromnym bukietem kwiatów od Pawła i Beaty. Dołączony bilecik był wydrukowany komputerowo:
„Wszystkiego najlepszego, Mamo. Kochamy Cię”.
O dwunastej kolejny kurier. Tym razem paczka od Kasi. W środku kaszmirowy sweter i markowe perfumy.
Telefon zadzwonił tylko raz. To była moja siostra z drugiego końca Polski. Dzieci wysłały SMS-y.
„Sto lat, mamo! Przepraszam, że nie dzwonię, ale mam urwanie głowy. Wyślę prezent”.
Siedziałam w fotelu, otoczona luksusowymi prezentami, których nie potrzebowałam, i czułam się biedniejsza niż wtedy, gdy dzieliłam jedną kostkę czekolady na cztery części. Wtedy mieliśmy siebie. Zrozumiałam wtedy jedną, bolesną prawdę. Wychowałam ludzi sukcesu, rekiny biznesu, osoby, które potrafią zarządzać kapitałem i ludźmi. Jednak gdzieś po drodze, w tym pędzie do zapewnienia im „lepszego startu”, nie nauczyłam ich empatii. Albo może oni sami wyzbyli się jej, wspinając się po drabinie kariery? Może uznali, że miłość do matki to też transakcja, którą można załatwić przelewem?
Wychodzę czasem na ławkę przed blokiem. Widzę sąsiadkę, panią Jadzię. Jej syn pracuje na budowie, córka jest kasjerką w dyskoncie. Nie mają wielkich pieniędzy. Jednak w każdą niedzielę widzę, jak przyjeżdżają do niej na obiad. Słyszę ich śmiechy przez otwarte okno. Widzę, jak syn trzepie jej dywan, a córka myje okna. Jadzia nie ma kaszmirowych swetrów ani marmurowych podłóg. Ma spękane dłonie i skromną emeryturę. Tylko że w jej oczach jest blask, którego ja już nie mam.
Czułam się samotna
Tydzień temu zadzwoniłam do Pawła. Powiedziałam, że źle się czuję, że kręci mi się w głowie. To nie było kłamstwo, samotność fizycznie boli, powoduje zawroty głowy i ucisk w klatce piersiowej. Miałam cichą nadzieję, że przyjedzie. Że usiądzie przy mnie, poda szklankę wody, potrzyma za rękę.
– Mamo, to może być coś poważnego – powiedział rzeczowym tonem. – Zaraz zadzwonię do prywatnej kliniki, umówię cię na kompleksowe badania. Wyślę kierowcę, żeby cię zawiózł. A jeśli będziesz potrzebowała opieki, zatrudnimy pielęgniarkę. Najlepszą w mieście, nie martw się o koszty.
Rozłączyłam się. Nie chciałam pielęgniarki. Nie chciałam kierowcy. Chciałam syna. To jest paradoks mojego życia. Dałam im skrzydła, żeby mogli odlecieć w stronę słońca. Jednak nie przewidziałam, że polecą tak wysoko, iż przestaną dostrzegać ziemię, z której się wybili. Są dumni, bogaci, podziwiani. A ja jestem tylko przypisem w ich biografii, kosztem stałym, który pokrywają bez mrugnięcia okiem. Patrzę na ten kaszmirowy sweter. Jest miękki, ciepły, ale nie przytuli mnie tak, jak zrobiłoby to moje dziecko. Pieniądze dają wygodę, leczą choroby, otwierają drzwi. Szkoda, że nie potrafią wypełnić ciszy, która zapada, gdy zamykasz drzwi swojego mieszkania i wiesz, że nikt ich nie otworzy, dopóki sama tego nie zrobisz. Jestem matką sukcesu, ale sierotą we własnej rodzinie.
Halina, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzice dali mi pieniądze na ślub, a teraz mną dyrygują. Gdybym wiedziała, że tak będzie, nie wzięłabym nawet złotówki”
- „Walentynki już zawsze będą mi się śniły po nocach. W święto zakochanych straciłam nie tylko pracę, ale i miłość życia”
- „Zostałam sama w tłusty czwartek i nawet pączki nie poprawiły mi humoru. Samotność ma gorzki smak”