Reklama

Wystarczyło jedno spojrzenie mamy – to smutne, lekko rozczarowane – a ja już rezygnowałam z siebie. Choćbym była na krawędzi, rzucałam wszystko i biegłam na ratunek, z przeświadczeniem, że tylko ja mogę pomóc, że tylko ja ją rozumiem. Byłam tą „rozsądną” córką. A może po prostu tą, która się najlepiej nadawała do wykorzystywania?

W każdym razie kiedy kilka miesięcy temu mama wspomniała, że chciałaby odświeżyć kuchnię, że meble się rozpadają, a piekarnik wyzionął ducha – przeszłam nad tym do porządku dziennego. Aż do momentu, kiedy zaczęła robić te swoje teatralne westchnienia i prowadzić wieczorne monologi o życiu, które jej przecieka przez palce. Wtedy, jak idiotka, wypłaciłam całe swoje oszczędności i wręczyłam jej gotówkę.

– Zrób sobie tę kuchnię, mamo. Należy ci się – powiedziałam.

Trzy tygodnie później pod dom podjechał mój brat nowym autem. I nie, nie pożyczył. Nie wypożyczył. Kupił. A raczej – mama kupiła. Za moje pieniądze. Wtedy zrozumiałam, że nie mogę tego tak zostawić.

Zaparło mi dech

W piątkowy wieczór wracałam do domu z pracy, kiedy je zobaczyłam. Nowe auto stało dumnie zaparkowane przed blokiem. A mój brat stał oparty o maskę samochodu, jakby był bohaterem reklamy.

– To... twoje nowe auto? – zapytałam, choć doskonale znałam odpowiedź.

– No, z salonu – rzucił z uśmiechem. – Mama pomogła.

Zaparło mi dech. Przez sekundę miałam nadzieję, że chodzi o coś drobnego. Może tylko poręczyła kredyt. Może...

– Pomogła? – powtórzyłam.

– No, dała na wkład własny. Reszta leasing. – Machnął ręką nonszalancko. – Fura musi być, przecież nie będę jeździł tym trupem po klientach.

Weszłam po schodach jak w amoku. Otworzyłam drzwi, mama siedziała w kuchni, popijała herbatę z cytryną i przeglądała gazetki z dyskontów.

Dałaś Kamilowi pieniądze na samochód?

Podniosła wzrok, przez chwilę wyglądała jak uczennica złapana na ściąganiu.

– Tylko część... On potrzebował na szybko. To była okazja.

– Tylko że ja ci dałam pieniądze na kuchnię. Na remont! – Wskazałam na szafki, które wyglądały dokładnie tak samo, jak miesiąc temu.

– No ale przecież ty masz wszystko, córciu. Dobrze zarabiasz. A Kamilowi nikt nie pomoże, tylko my.

– My? – parsknęłam. – To były moje oszczędności. Nie „nasze”. Moje.

Milczała. I to milczenie zabolało mnie bardziej niż jakiekolwiek słowo.

Nie liczyli się ze mną

– Mamo, ja się pytam: jak ty mogłaś? – rzuciłam ostrzej, niż zamierzałam.

Nie rób afery – odpowiedziała cicho. – On naprawdę potrzebował.

– A ja nie potrzebowałam? – oparłam się o blat. – Mam żyć o suchym chlebie, żeby on miał czym się lansować w internecie?

Mama skrzywiła się.

– To nie tak. Ty jesteś rozsądna. Wiedziałam, że zrozumiesz.

– No właśnie, mamo. Zawsze wiedziałaś. Dlatego ze mną się nie liczysz.

Weszłam do salonu i usiadłam na sofie. Kamil pojawił się w drzwiach, jakby usłyszał, że go obgadujemy.

– Serio? Robisz z tego dramat? – rzucił bezczelnie.

– Wyjdź – powiedziałam krótko.

Mam prawo tu być.

– Wyjdź. Albo ci powiem, co myślę o twoim „prawie”.

Mama zaczęła coś mówić, ale machnęłam ręką.

– Mamo, masz dwójkę dzieci. Jednemu fundujesz auto, drugiemu mówisz, że jest „rozsądne” i się jakoś ogarnie. Jakby to była zaleta – wyplułam słowa. – Wiesz, że ja odkładałam te pieniądze półtora roku?

– No ale przecież masz swoją kuchnię. Nie jest taka zła...

– Właśnie. Ale i nie najlepsza.

Zagotowałam się

Wyszłam z mieszkania na klatkę, bo czułam, że jak zostanę jeszcze chwilę, to powiem coś, czego nie cofnę. Usiadłam na zimnych schodach, oparłam głowę o ścianę. Usłyszałam, że drzwi się uchylają.

– Anitka... – mama wyszła za mną z kubkiem herbaty. – Weź, bo zmarzniesz.

– Nie chcę herbaty. Chcę sprawiedliwości. Tylko że w naszej rodzinie się jej nie serwuje – powiedziałam.

Nie bądź złośliwa.

– A dlaczego nie? Może też w końcu powinnam być tą „biedną”, „potrzebującą”, „na dorobku”. Może wtedy coś bym dostała.

Usiadła obok mnie, ale zostawiła dystans. Dobry metr dystansu.

– Wiesz... może faktycznie powinnam ci była powiedzieć. To było tak nagle... – zaczęła się tłumaczyć. –On przyszedł, mówił, że to jego szansa, że już miał klienta, który potrzebuje go z autem, że inaczej straci wszystko.

– I ty, jak zawsze, uwierzyłaś. Nawet nie zapytałaś mnie, czy się zgadzam.

– No bo... Anita, ty zawsze jesteś taka mądra. Sama sobie radzisz. Zawsze się poświęcałaś.

– I wiesz co? Mam już dość bycia tą, co „zawsze sobie poradzi”. Bo wiesz, kto najczęściej sobie radzi? Ten, kogo nikt nie pyta, czy chce. Po prostu musi.

Spojrzała na mnie i przez chwilę naprawdę wyglądała na zawstydzoną. Tylko przez chwilę.

Nie wiedziałam, że tak się czujesz – powiedziała cicho.

– Bo nigdy cię to nie interesowało.

Powiedziałam, co myślę

Wróciłam do siebie późnym wieczorem. Wzięłam gorący prysznic, a potem siedziałam i patrzyłam na pustą ścianę w kuchni, gdzie miał zawisnąć nowy regał. Lodówka cicho buczała, ale najgłośniejsza była myśl, że to ja sama do tego dopuściłam. Następnego dnia zadzwoniłam do mamy.

– Musimy porozmawiać, ale nie u ciebie. Spotkajmy się u mnie.

Przyszła po południu, lekko spięta, jakby bała się, że będzie jak wczoraj.

– Usiądź – wskazałam jej krzesło przy kuchennym stole. – Wiem, że nie cofniesz tego, co się stało. Ja też mam prawo zdecydować, co zrobię z tym, jak mnie potraktowałaś.

Oddam ci te pieniądze – zaczęła od razu.

– Nie chcę twoich pieniędzy. Chcę, żebyś zrozumiała, że mnie nie ma w twoim systemie wartości. Jest Kamil, są jego potrzeby, jego dramaty. Ja jestem... zapleczem. Funduszem awaryjnym.

– Nieprawda! – próbowała zaprzeczyć.

– A co zrobiłaś, gdy ci oddałam oszczędności? Podziękowałaś, owszem. Trzy tygodnie później już nie pamiętałaś, skąd masz pieniądze. Wydałaś je, jakby nie miały znaczenia. Jakbym ja nie miała.

Mama milczała. A potem powiedziała:

– Nie wiem, kiedy tak się stało. Może... może dlatego, że zawsze byłaś taka dorosła. Kamil nigdy nie dorósł, więc ciągle próbuję go ratować.

– A mnie kto ratuje, mamo?

Nie odpowiedziała. W końcu pierwszy raz od dawna spojrzała na mnie jak na człowieka.

Postawiłam granicę

Minęło kilka dni. Nie dzwoniłam, nie pisałam. Potrzebowałam dystansu. Mama w końcu przyszła sama z siebie. Stała pod moimi drzwiami z małą kopertą i torbą zakupów.

Co to? – zapytałam, otwierając.

– Wiem, że nie chcesz pieniędzy. To chociaż część. I obiad. Twoje ulubione pierogi.

Westchnęłam.

– Mamo... Naprawdę myślisz, że pierogami naprawisz to wszystko?

– Nie, ale może zacznę.

Wpuściłam ją. Usiadła, rozglądając się po kuchni.

– Wiem, że też planowałaś remont. Dlatego rozmawiałam z wujkiem Staszkiem. Powiedział, że może ci pomóc odnowić kuchnię. Wiesz, on się zna na takich rzeczach.

– I co, zrobi to w barterze? Ty dasz mu kiszone, on mi powiesi szafki?

Mama uśmiechnęła się lekko, ale nie ironicznie.

– Za darmo. A Kamil sprzeda samochód.

Spojrzałam na nią z niedowierzaniem.

– Co?

Powiedziałam mu, że to była pomyłka. Że to nie twoja sprawa go ratować. Że musi zacząć od siebie.

Zamilkłam.

– To tylko początek – dodała. – Ale jeśli pozwolisz, chcę to naprawić. Nie dla spokoju sumienia. Dla ciebie.

I pierwszy raz od dawna... jej słowa brzmiały szczerze.

– Dobrze. Tylko że to ja decyduję, gdzie postawić granicę. Nie będę już tłem – powiedziałam spokojnie.

– I dobrze, córeczko – wyszeptała. – Czas, żebyś była na pierwszym planie.

Nie czułam się jak bankomat

Ostatecznie nie wzięłam pieniędzy z koperty. Wujek Staszek rzeczywiście pomógł z kuchnią – nic nadzwyczajnego, ale w końcu miałam porządne półki, piekarnik działał od razu, a szafki nie wydawały jęków rozpaczy przy otwieraniu. Kamil sprzedał auto. I pierwszy raz od lat odezwał się sam z siebie.

– Dzięki, siostra. Wiem, że nie musiałaś. I może... kiedyś ci się odwdzięczę – mruknął niepewnie.

– Lepiej nie „kiedyś”, tylko teraz. I nie mi, tylko mamie. Zacznij być dorosłym i odpowiedzialnym synem, a nie projektem do ratowania.

Mama od tamtej rozmowy naprawdę się starała. To nie była przemiana jak z bajki – dalej miała odruch, żeby najpierw dzwonić do Kamila. Teraz przynajmniej po chwili oddzwaniała do mnie z pytaniem: „Jak się czujesz, córeczko?” A ja po raz pierwszy nie czułam się jak bankomat z ludzką twarzą. Zrobiłam sobie wakacje – sama, we wrześniu, nad morzem. Patrzyłam na fale, piłam kawę w ciszy i obiecałam sobie jedno: nigdy więcej nie dam się rozliczać z bycia „tą mądrzejszą”. Bo mądrość to nie pretekst, żeby kogoś pomijać. Jeśli mam pomagać, to z wyboru. Nie z obowiązku. Jeśli mam dawać – to nie za cenę samej siebie.

Anita, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama