Reklama

Codziennie budziłem się o tej samej porze – 6:15. Budzik brzęczał, jakby wiedział, że znów nie chcę wstawać. Ciało wstawało, głowa zostawała w pościeli. Śniadanie jadłem w biegu, kawa w kubku termicznym, kluczyki do auta w kieszeni, kurtka zapięta do połowy. Z pracy wracałem wypompowany, a przecież siedziałem głównie przed monitorem. Kiedyś byłem z tego dumny. Pierwsza praca po studiach, awans po dwóch latach, potem kolejny. Czułem się częścią czegoś większego, ważnego. Ale od jakiegoś czasu to wszystko przestało mieć znaczenie.

Reklama

Praca stała się obowiązkiem, nie wyborem. Z dnia na dzień coraz trudniej było mi się zmusić do wyjścia z domu. W domu też nie było łatwiej. Karolina nie rozumiała, co mi jest. Dla niej miałem stabilną pracę, pensję co miesiąc na koncie, „normalne życie”. Dla mnie to już nie wystarczało.

– Serio? Znowu zaczynasz? – Karolina uniosła brwi, kiedy tylko wspomniałem o tym, że może pora coś zmienić.

– Nie wiem... po prostu czuję, że się wypalam – powiedziałem cicho, odstawiając widelec.

– Masz kredyt, masz rodzinę. Nie jesteś nastolatkiem, żeby rzucać wszystko, bo ci się znudziło – odpowiedziała, sięgając po telefon.

To tylko twoje widzimisię

Zaczęło się jak zwykle. Zebranie w salce konferencyjnej numer trzy. Tomasz przyszedł spóźniony, z telefonem przyklejonym do ucha. Jak zawsze – niby zabiegany, niby ważny. Rozparł się na krześle i nawet nie spojrzał na nas, tylko od razu przeszedł do rzeczy.

– Michał, weźmiesz na siebie nowy projekt. Od razu, bez przeciągania. Wiesz, jak to działa. Terminów nie przesuwamy.

Zamrugałem, zerkając na Ankę po lewej. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

– Ale... przecież ja prowadzę już trzy inne tematy. Mieliśmy uzgodnić, że Anka przejmie kolejny projekt – odparłem, starając się brzmieć spokojnie.

– Anka ma co robić – rzucił Tomasz. – Ty sobie świetnie radzisz. Postaraj się bardziej.

I tyle. Koniec dyskusji. Wszyscy wrócili do swoich komputerów, a mnie w środku gotowało. Po spotkaniu poszedłem za nim do gabinetu. Zamknąłem za sobą drzwi.

– Nie dam rady tego ciągnąć sam. Już teraz siedzę po godzinach, a ty dorzucasz mi kolejny projekt. Bez pytania. Bez żadnej rozmowy.

Tomasz spojrzał na mnie bez cienia emocji.

– No to się postaraj. Nie jesteś tu od myślenia, tylko od roboty.

I wtedy coś pękło. Wyszedłem, trzaskając drzwiami. W głowie huczało. Czułem wściekłość, rozczarowanie, ale najbardziej – upokorzenie. Piętnaście lat, a traktowano mnie jak popychadło. Może to nie oni byli winni. Może to ja pozwoliłem im tak mnie traktować.

A może to ja zwariowałem?

– Ja czasem serio myślę, że to nie praca jest toksyczna, tylko ja coś mam nie tak z głową – powiedziałem Ance, gdy siedzieliśmy przy automacie z kawą.

– Michał... – westchnęła, zerkając, czy nikt nie słucha. – Nie jesteś sam. Ja też mam czasem ochotę wyjść i nigdy nie wrócić.

To była jedyna osoba, z którą mogłem pogadać szczerze. Nie oceniała, nie moralizowała. Też od lat w firmie, też coraz bardziej zmęczona. Mówiła, że nie może odejść, bo ma dwójkę dzieci i męża, który twierdzi, że powinna się cieszyć, że „jest gdzie pracować”. Brzmiało znajomo. Po pracy nie wróciłem od razu do domu. Zatrzymałem się w pubie przy stacji metra. I tam go spotkałem.

– Adam? To ty?

Zmieniony, zapuszczona broda, lekko opalony, ubrany jakby bez wysiłku, ale dobrze. Kiedyś pracowaliśmy razem. On pierwszy rzucił to korpo i założył własną firmę. Mówił, że chce mieć kontrolę nad swoim życiem. Wtedy uważałem, że ryzykuje bez sensu. A teraz?

– Nie rozumiesz, że życie to nie tylko etat? Chłopie, ty się dusisz – powiedział, stukając kuflem o mój.

– A kredyt? A dzieci?

– A ty wiesz, ile kosztuje cię to wszystko? Patrzysz w lustro i widzisz kogoś, kto jeszcze żyje?

Zamilkłem. Bo nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Może naprawdę coś było ze mną nie tak. Albo po prostu dojrzałem do tego, żeby przestać się bać.

Wszyscy na to patrzyli

Sala zebrań była jak zawsze duszna, bez okien, z nierówno migającą lampą. Tomasz chodził wokół stołu, jak generał przed bitwą, choć jedyną jego bronią były sarkazm i złośliwości. Byłem zmęczony jeszcze zanim spotkanie się zaczęło. Potem przyszło to, czego się nie spodziewałem.

– Michał, mam przed sobą raport z ostatniego tygodnia. Kto go zatwierdzał? – zapytał głośno, patrząc na mnie z chłodnym uśmiechem.

– Ja. Bo ty byłeś wtedy poza biurem. Przysłałeś mi tylko hasło „zaakceptuj”.

– No właśnie. Czyli to twoja odpowiedzialność – powiedział, pokazując na ekranie błąd, który popełnił ktoś inny. – I przez twoje niedopatrzenie klient się wycofał. Gratuluję.

Zamarłem. Wszyscy zamilkli. Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy. Nikt się nie odezwał. Nikt nie stanął w mojej obronie. Anka patrzyła na mnie z przerażeniem. Wstałem bez słowa i wyszedłem. Trzasnęły drzwi. Może za głośno. Ale miałem to gdzieś. Wieczorem siedzieliśmy z Karoliną w kuchni. Milczałem długo. W końcu powiedziałem:

Chcę odejść. Rzucić to. Wszystko.

– Rzucisz to wszystko przez jedną głupią sytuację? – Karolina spojrzała na mnie jak na wariata.

– Nie. Rzucam to przez piętnaście lat, których nikt nie docenił.

Zamilkła. Po raz pierwszy nie miała gotowej odpowiedzi.

A jednak to zrobiłem

Wszedłem do biura z samego rana, zanim ktokolwiek zdążył się pojawić. W ręku trzymałem białą kopertę. Bez zbędnych słów, bez patosu – po prostu wypowiedzenie. Serce waliło mi jak szalone, ale ręce miałem zaskakująco spokojne. Położyłem kopertę na biurku Tomasza. Nawet nie sprawdziłem, czy już przyszedł. Nie czekałem na rozmowę. Nie chciałem jej. Ostatni dzień w pracy był... cichy. Żadnych pożegnań, żadnych kwiatów. Nikt nie zrobił mi laurki ani nie poklepał po plecach. Tomasz nawet nie spojrzał mi w oczy. Tylko Anka podeszła, objęła mnie na moment i szepnęła:

– Powodzenia, Michał. Cieszę się, że to zrobiłeś.

Zebrałem swoje rzeczy do kartonowego pudełka – kilka kubków, zdjęcie z wakacji sprzed sześciu lat, notes z pierwszego dnia pracy. Wyszedłem. Na ulicy zatrzymałem się przed drzwiami budynku. Spojrzałem jeszcze raz na logo firmy. Czułem... dziwną ulgę. I strach.

Spacerowałem po mieście bez celu. Mijałem ludzi spieszących się do pracy, zatopionych w rozmowach telefonicznych, z oczami wbitymi w ekrany. Nikt się nie uśmiechał. A ja? Po raz pierwszy od lat czułem, że oddycham pełną piersią. Wieczorem, gdy Karolina usnęła, usiadłem przy stole w kuchni. Kartka papieru, długopis, cisza. Zacząłem spisywać pomysły. Nie miałem planu. Ale miałem coś ważniejszego – wolność. Wziąłem telefon i odszukałem numer Adama.

– Musimy pogadać – wysłałem.

Czekałem tylko kilka minut, zanim odpisał: „Zawsze. Jutro?”.

Nie jestem sam

Spotkaliśmy się w tej samej knajpie co ostatnio. Adam już siedział przy stoliku. Miał przed sobą dwa piwa – jedno dla mnie. Skinął tylko głową, gdy usiadłem.

No i stało się – powiedziałem, biorąc łyk.

– Gratulacje. Nie każdy potrafi rzucić się w przepaść bez spadochronu.

– Powiedz mi, co ja teraz mam robić? Nie mam planu. Mam tylko mnóstwo pytań i zero odpowiedzi.

– Michał, plan to mit. Ja też nie miałem żadnego. Ale miałem siebie. I miałem dość, żeby ktoś inny decydował, co zrobię z własnym życiem. Ty już zrobiłeś najważniejszy krok.

– Nie wiem, czy to odwaga, czy desperacja. Karolina milczy, dzieci patrzą na mnie dziwnie. Niby nic się nie zmieniło, ale wszystko jest inne.

– Wiem. Przerabiałem to. Ale pamiętaj, że nie jesteś sam. A to już połowa sukcesu.

Zamilkliśmy na chwilę. Patrzyłem, jak ludzie mijają nas za oknem. Zastanawiałem się, ile z nich robi coś, czego nienawidzi. Ile jeszcze wytrzymają.

– Adam... ja nie wiem, co dalej. Ale wiem jedno: nie chcę wracać.

– I bardzo dobrze. Nie musisz od razu zakładać start-upu. Może chcesz trochę popracować ze mną? Mam kilka zleceń, nie ogarniam sam.

– Serio?

– Serio. Zobaczysz, jak wygląda praca, która nie boli. A potem zdecydujesz, czy to twoja droga.

Poczułem coś nowego. Nie euforię. Spokój. Tak, może jeszcze nie wiem, kim jestem. Ale po raz pierwszy od lat miałem wrażenie, że się budzę.

Dobrze, że się wyrwałem

Minęły cztery tygodnie. Wciąż łapię się na tym, że budzę się rano i przez ułamek sekundy próbuję przypomnieć sobie, jaki dziś dzień tygodnia. A potem przychodzi ta myśl – już nie muszę tam wracać. I znowu zasypiam na pół godziny, bo mogę. Nie jest tak, że wszystko nagle stało się proste. Wciąż nie mamy za dużo pieniędzy. Karolina patrzy na mnie z chłodnym dystansem – jakby czekała, aż pożałuję. Czasem rzuci coś w stylu: „No i jak tam twoja nowa wolność? Przyniosła chociaż rachunki na prąd?”. Boli, nie będę kłamał. Ale nie odpowiadam. Wiem, że ona też się boi.

Pracuję z Adamem dorywczo. Robię rzeczy, które mają sens, które przynoszą komuś realną wartość. Nie siedzę po nocach nad raportem, który trafi do kosza. Nie piję czwartej kawy, by dotrwać do piątej. Piszę. Planuję. Szkicuję pomysły na coś swojego. Jeszcze nie wiem, co z tego będzie. Ale po raz pierwszy od bardzo dawna nie wstydzę się własnych myśli.

Najtrudniejsze są wieczory. Kiedy dzieci pójdą spać, a dom cichnie. Wtedy przychodzą wątpliwości. Czy zrobiłem dobrze? Czy to była ucieczka, czy wybór? Czy jeszcze kiedyś znajdę miejsce, które nazwę „swoim”? Ale zaraz potem przypominam sobie tamto biuro. Tamte spojrzenia. Tamto uczucie, że znikam. Nie wiem, dokąd to wszystko prowadzi. Ale wiem jedno. W końcu jestem na własnej drodze. A to coś więcej niż tylko praca.

Reklama

Michał, 41 lat

Reklama
Reklama
Reklama