„Odkładałam kasę na wspólny domek z ogródkiem. Gdy ja harowałam, mąż kombinował, jak odejść z połową mojego dorobku”
„Pierwszy niepokój poczułam, gdy przypadkiem zobaczyłam powiadomienie z banku na jego telefonie. Siedzieliśmy na kanapie, a ekran rozświetlił się na chwilę. – Co to za przelew? – zapytałam. Paweł szybko odwrócił telefon. – Nic ważnego. Zwrot za projekt. Nie drążyłam, choć coś we mnie drgnęło”.

- Redakcja
Przez sześć lat odkładałam każdą nadwyżkę, każdą premię i każdy drobny zwrot podatku na nasze wspólne konto oszczędnościowe. Wierzyłam, że buduję fundament pod dom z ogrodem, w którym będziemy starzeć się razem. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że ktoś może patrzeć na te same pieniądze jak na bilet w jedną stronę – beze mnie.
Coś we mnie drgnęło
Zawsze byłam bardziej zapobiegliwa niż Paweł. On żył chwilą, ja planowałam. Kiedy braliśmy ślub, usiedliśmy przy małym stole w wynajętej kawalerce i rozmawialiśmy o przyszłości.
– Nie chcę całe życie wynajmować – powiedziałam wtedy, przesuwając palcem po blacie. – Chcę kiedyś mieć coś swojego. Ogród, taras, może psa.
Paweł uśmiechnął się szeroko.
– To odkładajmy. Ty jesteś od planów, ja od spełniania marzeń.
Uznałam to za żart, ale wzięłam jego słowa na serio. Założyłam osobne konto oszczędnościowe na nasze nazwiska. Co miesiąc przelewałam tam sporą część swojej pensji. Paweł wpłacał mniej, tłumacząc się nieregularnymi zleceniami.
– W następnym miesiącu dorzucę więcej – zapewniał. – Teraz muszę spiąć kilka spraw.
Nie dopytywałam. Pracowałam na etacie w biurze rachunkowym, miałam stałe dochody. On prowadził własną działalność, raz było lepiej, raz gorzej. Wierzyłam, że wspólnie dojdziemy do celu. Po trzech latach na koncie była już kwota, która robiła wrażenie. Pamiętam, jak pewnego wieczoru pokazałam mu saldo na ekranie laptopa.
– Widzisz? – powiedziałam z dumą. – Jeszcze dwa lata i możemy myśleć o wkładzie własnym.
Paweł spojrzał na liczby, potem na mnie. Przez chwilę milczał.
– Szybko to rośnie – mruknął. – Nawet nie wiedziałem, że aż tyle.
– Przecież masz dostęp do konta – odpowiedziałam zdziwiona.
– Tak, ale rzadko tam zaglądam. Ufamy sobie.
To zdanie brzmiało wtedy jak deklaracja bliskości. Dziś wiem, że było czymś zupełnie innym. Pierwszy niepokój poczułam, gdy przypadkiem zobaczyłam powiadomienie z banku na jego telefonie. Siedzieliśmy na kanapie, a ekran rozświetlił się na chwilę.
– Co to za przelew? – zapytałam odruchowo.
Paweł szybko odwrócił telefon.
– Nic ważnego. Zwrot za projekt.
Nie drążyłam, choć coś we mnie drgnęło. Zaczęłam jednak częściej sprawdzać historię naszego wspólnego konta. I wtedy zobaczyłam, że kilka dni wcześniej przelał z niego większą kwotę na swoje osobiste konto. Serce zabiło mi szybciej. Czekałam do wieczora, aż wróci z pracy.
– Paweł, możesz mi coś wyjaśnić? – zapytałam spokojnie, choć dłonie miałam lodowate. – Dlaczego przelałeś pieniądze z oszczędności?
Westchnął, jakbym przesadzała.
– Bo potrzebowałem na inwestycję. Oddam. To przecież nasze, prawda?
– Nasze – powtórzyłam. – Ale mieliśmy ustalone, że nie ruszamy tych pieniędzy bez wspólnej decyzji.
– I co, mam cię prosić o zgodę na każdy ruch? – uniósł brwi. – Przecież robię to dla nas.
To „dla nas” zabrzmiało inaczej niż kiedyś. Nie było w nim ciepła, raczej zniecierpliwienie. Przez kolejne tygodnie temat wracał. Tłumaczył, że inwestycja się zwróci, że musimy być elastyczni. Ja coraz częściej czułam, że coś wymyka mi się spod kontroli. Zaczęłam przeliczać wpłaty i wypłaty, analizować każdy przelew. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie jego siostra, Marta. Nigdy nie byłyśmy szczególnie blisko, ale tym razem jej głos był dziwnie napięty.
– Lena, nie wiem, czy powinnam się wtrącać… – zaczęła. – Paweł wspominał, że rozważacie rozstanie. To prawda?
Zamarłam.
– Rozstanie? O czym ty mówisz?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Myślałam, że wiesz. Mówił, że to tylko kwestia czasu i że musicie „sprawiedliwie podzielić to, co zgromadziliście”.
Odłożyłam słuchawkę i przez dłuższą chwilę patrzyłam w ścianę. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że konto, które miało nas połączyć, stało się linią podziału.
Robił to za moimi plecami
Nie czekałam długo. Gdy Paweł wrócił do domu, stałam już w kuchni, oparta o blat. Nawet nie zdjęłam płaszcza.
– Musimy porozmawiać – powiedziałam, zanim zdążył odłożyć klucze.
Spojrzał na mnie uważnie.
– Stało się coś?
– Marta do mnie dzwoniła.
Widziałam, jak jego twarz na ułamek sekundy sztywnieje.
– I?
– Powiedziała, że planujesz rozstanie. I że myślisz o podziale tego, co „zgromadziliśmy”.
Usiadł ciężko na krześle.
– Nie chciałem, żebyś dowiedziała się w ten sposób.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż jakiekolwiek oskarżenie.
– Czyli to prawda...
– Lena… – potarł czoło. – Między nami od dawna nie jest dobrze. Żyjemy obok siebie. Ty liczysz każdą złotówkę, ja czuję się jak wspólnik, nie jak mąż.
– Wspólnik? – podniosłam głos. – Odkładałam na naszą przyszłość. Na dom, o którym marzyliśmy.
– Ty marzyłaś – poprawił mnie cicho. – Ja się w to wpasowałem.
Przez chwilę milczeliśmy. Słyszałam tylko tykanie zegara.
– Od kiedy planujesz odejść? – zapytałam w końcu.
– Od kilku miesięcy – odpowiedział bez wahania. – Czekałem na dobry moment.
– Dobry moment? – zaśmiałam się nerwowo. – A ten „dobry moment” to zgromadzenie odpowiedniej sumy na koncie?
Spojrzał na mnie ostro.
– To nasze pieniądze. Mam do nich takie samo prawo jak ty.
– Wpłacałam trzy czwarte tej kwoty – odparłam. – Ty wyciągałeś środki bez konsultacji.
– Bo inwestowałem! – podniósł głos. – A skoro się rozstaniemy, logiczne jest, że podzielimy to po równo.
Słowo „logiczne” zabrzmiało jak policzek.
– Czyli odkładałeś razem ze mną, wiedząc, że nie widzisz dla nas przyszłości?
Nie odpowiedział od razu. To milczenie było wystarczającą odpowiedzią. Tej nocy spałam w salonie. Patrzyłam w sufit i próbowałam zrozumieć, kiedy przestaliśmy być razem. Przypominałam sobie wspólne plany, rozmowy o kolorze elewacji, o drzewach w ogrodzie. Czy on już wtedy wiedział, że to nie jego marzenie?
Nie mogłam uwierzyć
Następnego dnia wzięłam wolne w pracy i poszłam do banku. Chciałam zrozumieć, jakie mam możliwości. Doradczyni przejrzała dokumenty.
– Konto jest wspólne – wyjaśniła spokojnie. – Każda ze stron może dysponować środkami.
– Czy mogę zablokować wypłaty? – zapytałam.
– Tylko za zgodą drugiej osoby albo na mocy decyzji sądu.
Wyszłam z banku z poczuciem bezradności. Po drodze zadzwonił Paweł.
– Nie rób pochopnych ruchów – powiedział chłodno. – Porozmawiajmy jak dorośli ludzie.
– Właśnie próbuję – odpowiedziałam. – Tylko mam wrażenie, że ty rozmawiasz ze mną jak z przeciwnikiem.
Wieczorem usiedliśmy naprzeciwko siebie przy stole. Bez czułości, bez dotyku.
– Proponuję uczciwy podział po połowie – oznajmił. – Bez konfliktów.
– Uczciwy? – spojrzałam mu w oczy. – Uczciwe byłoby przyznać, że planowałeś to od dawna.
– Nie planowałem „zrobić cię na pieniądze” – obruszył się. – Po prostu wiedziałem, że jeśli się rozstaniemy, będę potrzebował środków na nowy start.
Nowy start. Beze mnie.
– A ja? – zapytałam cicho. – Ja też będę potrzebowała na nowy start, nie sądzisz?
Wzruszył ramionami.
– Poradzisz sobie. Zawsze sobie radzisz.
I wtedy dotarło do mnie coś bolesnego. On nigdy nie widział we mnie partnerki, tylko stabilny fundament. Kogoś, kto zawsze „da radę”. Wstałam od stołu.
– W takim razie muszę sobie poradzić – powiedziałam spokojniej, niż się spodziewałam. – Ale nie pozwolę, żebyś traktował mnie jak bankomat.
Tej nocy podjęłam decyzję. Skontaktowałam się z prawnikiem poleconym przez koleżankę z pracy. Kiedy opowiedziałam mu całą historię, spojrzał na mnie uważnie.
– Najważniejsze jest teraz zabezpieczenie interesów – powiedział. – I szybkie działanie.
Po raz pierwszy od wielu dni poczułam, że odzyskuję grunt pod nogami. Paweł myślał, że wszystko ma ogarnięte. Nie wiedział tylko, że ja też potrafię nieźle planować.
Rozwód przebiegł szybko
Spotkanie u prawnika odbyło się tydzień później. Paweł przyszedł pewny siebie, w eleganckiej koszuli, z teczką pod pachą. Usiadł naprzeciwko mnie, jakbyśmy negocjowali umowę, a nie kończyli małżeństwo.
– Chcę to załatwić szybko – powiedział na wstępie. – Po połowie i każdy idzie w swoją stronę.
Mój prawnik spokojnie otworzył dokumenty.
– Przeanalizowaliśmy historię wpłat na konto oszczędnościowe – zaczął rzeczowo. – Większość środków pochodziła z wynagrodzenia pani Leny. Dodatkowo część pieniędzy została przelana przez pana bez jej wiedzy na prywatne konto.
Paweł skrzywił się.
– Miałem do tego prawo. Konto było wspólne.
Po raz pierwszy zobaczyłam w oczach Pawła niepewność.
– Chcesz iść do sądu? – zwrócił się do mnie. – Naprawdę?
– Nie chcę wojny – odpowiedziałam spokojnie. – Chcę sprawiedliwości.
Rozmowa trwała kilka godzin. Padały liczby, daty, wyciągi z konta. Każda z tych cyfr była jak przypomnienie mojej naiwności i jego chłodnej kalkulacji. W pewnym momencie Paweł westchnął ciężko.
– Dobrze. – Spojrzał w stół. – Zgadzam się na podział proporcjonalny do wpłat.
Nie spodziewałam się, że ustąpi tak szybko. Później zrozumiałam, że wiedział, że dalsza walka mogłaby obrócić się przeciwko niemu. Dokumenty zostały podpisane. Większość oszczędności wróciła na moje osobiste konto. Kiedy wyszliśmy z kancelarii, zatrzymał mnie przed budynkiem.
– Nie tak to miało wyglądać – powiedział ciszej niż zwykle. – Myślałem, że się dogadamy.
– Dogadalibyśmy się, gdybyś powiedział prawdę wcześniej – odpowiedziałam. – Gdybyś nie planował odejścia za moimi plecami.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie jak obcy ludzie.
– Może po prostu baliśmy się przyznać, że to już koniec – dodał.
Może miał rację, ale to nie usprawiedliwiało jego planu. Rozwód przebiegł szybko. Bez dramatycznych scen, bez podnoszenia głosu. Najtrudniejsze było pakowanie wspólnych rzeczy. Przy każdym zdjęciu, każdej filiżance, czułam ukłucie żalu. Nie po nim – po sobie sprzed lat, tak pewnej, że buduje coś trwałego.
Nie czułam triumfu, a ulgę
Kilka miesięcy później siedziałam w małym mieszkaniu, które wynajęłam tylko dla siebie. Na parapecie stały trzy doniczki z ziołami. Nie było ogrodu ani tarasu, ale była cisza i spokój. Któregoś wieczoru dostałam wiadomość od Pawła: „Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa”. Długo patrzyłam na ekran. W końcu odpisałam krótko: „Uczę się”. Bo prawda była taka, że nie czułam triumfu. Czułam ulgę. Odzyskałam pieniądze, ale ważniejsze było to, że odzyskałam poczucie kontroli nad własnym życiem.
Zrozumiałam, że odkładałam nie tylko na wspólną przyszłość, lecz także – nieświadomie – na swoją niezależność. Dziś znowu oszczędzam. Tym razem na coś, co naprawdę jest moje. Może kiedyś będzie dom z ogrodem. A może coś zupełnie innego. Już nie buduję planów na czyichś obietnicach. I choć tamta historia bolała, nauczyła mnie jednego, że miłość bez uczciwości jest tylko umową, którą ktoś prędzej czy później chce rozwiązać na własnych warunkach.
Lena, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W dniu rozwodu znalazłem starą walentynkę od żony. Za późno zrozumiałem, że to ja zgasiłem jej miłość wieczną ciszą”
- „Upiekłam puszyste ciasto, by zadowolić surowego teścia. Ciarki żenady mam do teraz, po tym co mi powiedział”
- „Chciałem zaskoczyć żonę i zrobiłem remont kuchni. Zamiast uśmiechu na jej twarzy zobaczyłem papiery rozwodowe”