Reklama

Mam na imię Aneta. Czterdzieści jeden lat, praca w biurze, kredyt i wieczne zmęczenie, które wżera się w kości. Każdy dzień wygląda podobnie: kawa pita w pośpiechu, maile, zakupy, obiad, cisza w pokoju syna przerywana klikaniem klawiatury. Kacper ma piętnaście lat i coraz częściej mam wrażenie, że znam go gorzej niż obcych ludzi w autobusie. Kiedyś opowiadał mi wszystko. Teraz odpowiada „mhm”, „nie wiem”, „zaraz”. Albo nie odpowiada wcale. Tomek mówi, że to normalne, że przesadzam, że „taki wiek”. Mówi to spokojnie, bez emocji, jakby chodziło o pogodę, a nie o nasze dziecko.

Pomysł ferii był mój. Desperacki, uparty, kosztowny. Góry, śnieg, tydzień razem. Bez ekranów, bez wymówek. Wiedziałam, że nie stać nas na ten wyjazd, ale jeszcze bardziej bałam się, że nie stać nas na bezczynność. Że jeśli nic nie zrobimy, to któregoś dnia obudzę się obok dorosłego mężczyzny, który nie będzie mnie potrzebował ani nawet nie będzie chciał mnie znać.

Patrzyłam na zdjęcia siostry z rodziną, ich uśmiechy, ich „idealne” chwile i czułam, jak rośnie we mnie wstyd. Czy ja robię za mało? Czy jestem złą matką? A może po prostu za bardzo się staram? Dlatego się uparłam. Nawet jeśli to miały być ostatnie oszczędności. Nawet jeśli Tomek milczał. Nawet jeśli Kacper od początku patrzył na mnie tak, jakby już wtedy wiedział, że to wszystko nie ma sensu.

Ja was o to nie prosiłem

Wyjechaliśmy wcześnie rano. Jeszcze było ciemno, a miasto spało, kiedy pakowałam ostatnie torby do bagażnika. Tomek odpalał samochód w milczeniu, Kacper wszedł na tylne siedzenie, nie zdejmując słuchawek. Nawet na mnie nie spojrzał.

– Weź bluzę, w górach będzie zimniej – rzuciłam, bardziej z obowiązku niż z nadziei.

Nie odpowiedział. Tylko głośniej podkręcił muzykę. Usiadłam z przodu i przez chwilę wpatrywałam się w szybę, próbując nie czuć ukłucia pod żebrami. Ruszyliśmy. Droga ciągnęła się monotonnie, a w aucie panowała cisza przerywana jedynie nawigacją. Po jakimś czasie nie wytrzymałam.

– Kacper, może zdejmiesz te słuchawki? Jedziemy razem, możemy pogadać.

– O czym? – burknął, nawet na mnie nie patrząc.

– Chociażby o tym, co będziemy robić na miejscu.

– Ja będę się nudził – prychnął.

Tomek chrząknął, jakby chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Poczułam, jak we mnie narasta napięcie.

– Naprawdę nie możesz wytrzymać tygodnia bez komputera? – zapytałam ostrzej, niż planowałam.

Wtedy Kacper zerwał słuchawki z uszu.

– Wolałbym zostać w domu z komputerem niż jechać na te wasze żałosne ferie!

Słowo „żałosne” zawisło w powietrzu jak policzek.

– Czy ty w ogóle myślisz, co mówisz?! – głos mi zadrżał. – Myślisz, że pieniądze biorą się znikąd? Że to się samo zapłaciło?!

– To po co mnie zmuszacie? – odburknął. – Ja was o to nie prosiłem.

Zamilkłam. Patrzyłam przed siebie, ale nic nie widziałam. Ten wyjazd miał nas zbliżyć, a już na starcie poczułam, że jestem tu intruzem we własnej rodzinie. I że może już dawno nim byłam.

Może jutro będzie lepiej

W pensjonacie było cicho. Kacper zamknął się w pokoju zaraz po kolacji, nawet nie zapytał, gdzie jutro idziemy. Tomek stał chwilę na korytarzu, jakby liczył, że syn jednak wyjdzie, ale w końcu wzruszył ramionami i poszedł do naszej sypialni. Usiadłam na łóżku i zaczęłam zdejmować sweter. Ręce mi drżały.

Może miałeś rację – powiedziałam w końcu, nie patrząc na niego. – Może to był głupi pomysł.

Tomek westchnął i oparł się o framugę.

– Aneta, on ma piętnaście lat. To normalne, że marudzi. Odpuść trochę.

– „Odpuść” – powtórzyłam cicho. – Zawsze mam odpuszczać.

Spojrzał na mnie uważniej, jakby dopiero teraz zobaczył, że coś jest nie tak.

Przecież jesteśmy tu. Może jutro będzie lepiej.

Pokręciłam głową.

– Ty naprawdę nie rozumiesz. To nie chodzi tylko o niego. Chodzi o to, że ja już nie wiem, czy cokolwiek, co robię, ma sens.

Zapadła cisza. Słyszałam, jak ktoś śmieje się gdzieś na dole, jak skrzypią rury. Zebrałam się w sobie.

– Wiesz, że nie mamy już oszczędności? – wyszeptałam. – Wszystko poszło na ten wyjazd. Co do złotówki.

Tomek znieruchomiał.

– Jak to… wszystko?

– Wszystko – powtórzyłam. – Chciałam, żeby było normalnie. Jak u innych. Żeby on… żebyśmy my…

Nie dokończyłam. Łzy same popłynęły. Tomek usiadł obok mnie, ale nie dotknął mnie od razu.

– Aneta… trzeba było ze mną porozmawiać.

– Próbowałam – odpowiedziałam ostro. – Tylko ty zawsze mówisz, że przesadzam.

Patrzyliśmy w ścianę, każde osobno. Pierwszy raz od dawna poczułam, że w tym małżeństwie jestem sama. Sama z odpowiedzialnością, sama z poczuciem winy, sama z myślą, że może naprawdę coś ze mną jest nie tak. A najgorsze było to, że nawet tu, w górach, nie potrafiłam odpocząć ani na chwilę.

Bo jestem twoją matką

Stałam na korytarzu z kubkiem zimnej herbaty w dłoni. Nie pamiętałam, kiedy ją zrobiłam. Drzwi do pokoju Kacpra były przymknięte. Miałam już wrócić do siebie, kiedy usłyszałam jego głos. Ściszony, inny niż ten, którym mówił do mnie.

– Serio nie ogarniam, po co mnie tu zabrali – powiedział. – Myślą, że tydzień w górach coś naprawi.

Zatrzymałam się. Serce zaczęło mi walić. Kacper prychnął krótko.

– Wolałbym grać w gry, niż siedzieć tu z nimi przez tydzień. Wszystko musi być tak, jak oni chcą.

Poczułam, jak robi mi się gorąco. Bez zastanowienia pchnęłam drzwi.

– Więc tak ci tu źle? – powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać. – Nie możesz wytrzymać nawet kilku dni?

Kacper szybko odłożył telefon.

– Nie miałaś prawa podsłuchiwać.

– A ty nie masz prawa tak mówić – odpowiedziałam drżącym głosem.

– Bo ty zawsze wiesz lepiej! – wybuchnął. – Zawsze planujesz za mnie, decydujesz, co jest dla mnie dobre!

– Bo jestem twoją matką! – krzyknęłam.

Zapadła cisza. Stałam w drzwiach, czując, jak coś we mnie pęka.

To czasem nie wystarcza

Rano zeszliśmy na śniadanie w ciszy. Kacper siedział naprzeciwko mnie, wpatrzony w talerz. Tomek próbował udawać normalność – nalewał herbatę, pytał o pogodę, rzucał krótkie uwagi, które zawisały w powietrzu i spadały bez echa.

– Może dziś wyjdziemy na krótki spacer – zaproponował w końcu. – Bez spiny.

Popatrzyłam na niego uważnie.

– Ty naprawdę musisz udawać, że nic się nie stało?

– Uważam, że nie możesz zmusić go, żeby czuł to, co ty – odpowiedział spokojnie. – Ani żeby okazywał miłość w sposób, który ty rozumiesz.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam przyznać.

– Wiesz, jaka byłam w jego wieku? – odezwałam się cicho. – Sama. Wiecznie sama. Obiecywałam sobie, że moje dziecko nigdy tak się nie poczuje.

Kacper podniósł na moment wzrok, ale zaraz znów uciekł spojrzeniem.

– A może właśnie dlatego tak naciskasz – dodał Tomek. – Bo próbujesz naprawić swoją przeszłość, nie jego teraźniejszość.

Nie odpowiedziałam. Wstałam od stołu i wyszłam na zewnątrz, nie oglądając się za siebie. Na spacerze mijałam rodziny z dziećmi na sankach. Śmiech, czerwone policzki, rękawiczki zgubione w śniegu. Stałam z boku, jak widz, który pomylił seans. Czułam się obca, jakby ktoś mnie przypadkiem wstawił w cudze życie. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że może nie da się być w 100% „dobrą matką”. Że miłość nie zawsze wygląda tak, jak sobie ją wyobrażałam. I że najtrudniejsze w rodzicielstwie jest zaakceptowanie, że to co robimy dla dziecka, czasem nie wystarcza.

Nie miałam siły udawać

Wieczorem siedziałam sama w jadalni pensjonatu. Tomek poszedł do pokoju wcześniej, zmęczony całym dniem, a ja nie miałam siły udawać, że wszystko jest w porządku. Mieszałam herbatę, choć cukier dawno się rozpuścił. Wpatrywałam się w okno, w ciemność za szybą, kiedy usłyszałam kroki. Kacper stał w drzwiach. Bez słuchawek. Bez telefonu w dłoni.

– Mogę? – zapytał cicho.

Skinęłam głową. Usiadł naprzeciwko mnie, przez chwilę bawił się rękawem bluzy.

– Nie chodzi o to, że was nie kocham – zaczął nagle, jakby bał się, że jeśli się zatrzyma, zabraknie mu odwagi. – Po prostu… chciałem, żebyście czasami zapytali, czego ja chcę.

Poczułam, jak ściska mnie w gardle.

– Wiem, że może często coś ci narzucam. Ale ja po prostu chcę być matką, która czuje się potrzebna – odpowiedziałam szczerze. – Kiedy się od nas oddalasz, mam wrażenie, że poniosłam porażkę.

Podniósł na mnie wzrok. Pierwszy raz od dawna.

– Nie odsuwam się od was, tylko może następnym razem… – zawahał się. – Nie planuj nic za mnie, dobra?

Nie było wielkiego pojednania. Nie było uścisków ani obietnic. Ale siedzieliśmy tak jeszcze chwilę, w ciszy. I wtedy pomyślałam, że może to właśnie tak wygląda pierwszy krok.

Aneta, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama