„Odmówiłam córce opieki nad wnukami. Wiem, że o prezencie na Dzień Babci 2026 mogę już zapomnieć”
„– Sanatorium?! – przerwała mi ostro. – Ty wolisz jakiś śmierdzący autobus do Ciechocinka niż pobyć z własnymi wnukami? – To nie tak... – zaczęłam, ale nie dała mi skończyć”.

Mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu w Gdańsku. Od kiedy Stefan – mój mąż – odszedł sześć lat temu, staram się jakoś układać sobie życie na nowo. Na początku była cisza i strach. Puste łóżko, samotne śniadania. Ale potem... potem przyszła ulga. Zaczęłam chodzić na spacery, do klubu seniora, raz pojechałam nawet do sanatorium do Ciechocinka. Z Jolą – moją przyjaciółką – planujemy wycieczkę do Włoch, chociaż szczerze mówiąc, bardziej nas ciągnie do góralskiej kwaśnicy w Zakopanem niż do rzymskiego Koloseum.
Coś się popsuło między nami
Mam córkę, Kasię. Kocham ją bardzo. Ale coś się między nami popsuło. Z czasem zaczęła widzieć we mnie nie matkę, ale nianię na telefon. Kiedyś mówiłyśmy sobie wszystko. Teraz? Dzwoni tylko, kiedy potrzebuje kogoś do Zosi i Stasia.
Siedziałyśmy kiedyś z Jolą na ławce w parku. Mówiłam jej, że czuję się jak... darmowa opiekunka. Jakbym miała grafik i obowiązki, a przecież ja już skończyłam pracę. Zasłużyłam na odpoczynek.
– Teresa, a ty się jeszcze dziwisz? – Jola spojrzała na mnie spod okularów przeciwsłonecznych. – Wychowałaś ją na porządną dziewczynę, ale rozpieściłaś. Teraz to zbierasz.
Zamyśliłam się wtedy, ale zanim zdążyłam odpowiedzieć, zadzwonił telefon. Kasia.
– Mamo, możesz dzisiaj zostać z dziećmi? Marek ma nadgodziny, a ja... muszę dokończyć projekt. Dasz radę, prawda?
Nie było „dzień dobry”, nie było „co słychać”. Była „przysługa”. Jak zwykle.
Postawiłam granice
– Kasiu, muszę z tobą porozmawiać – powiedziałam przez telefon, starając się, by głos mi nie zadrżał. – Ale nie przez telefon. Przyjdź dzisiaj po południu, dobrze?
Cisza po drugiej stronie trwała zbyt długo.
– Coś się stało? – spytała od razu, z niepokojem. Typowe. Tylko to ją rusza.
– Nie, wszystko w porządku. Po prostu... chcę coś wyjaśnić.
Przyszła z grymasem na twarzy i torbą na ramię, jakby zaraz miała uciekać. Nie zdjęła nawet płaszcza.
– Słucham, mamo. O co chodzi?
– Kasiu, ja cię bardzo kocham. I wnuki też. Ale nie mogę już tak ciągle być na twoje zawołanie. Mam swoje sprawy. Chciałabym trochę pożyć. Po swojemu.
Spojrzała na mnie, jakby nie rozumiała.
– Ale przecież to tylko kilka godzin w tygodniu... Mamo, to twoje wnuki.
– Wiem. Ale ja też jestem człowiekiem. Mam klub seniora, wyjazd z Jolą do sanatorium...
– Sanatorium?! – przerwała mi ostro. – Ty wolisz jakiś śmierdzący autobus do Ciechocinka niż pobyć z własnymi wnukami?
– To nie tak... – zaczęłam, ale nie dała mi skończyć.
– Ty też miałaś dzieci! I kto ci pomagał?! Babcia mieszkała dwie ulice dalej i była codziennie! – krzyknęła. – A ty co? Emerytka z grafikem bardziej napiętym niż ja w korpo?
Zamilkłam. Serce mi waliło.
– W takim razie – powiedziała chłodno, patrząc mi w oczy – nie dziw się, jak dzieci zapomną o twoim święcie.
Trzasnęły drzwi. Nawet nie wypiła herbaty.
Córka się obraziła
Mijały dni, a w mieszkaniu panowała cisza. Telefon milczał. Kasia się nie odzywała, Marek też nie. Zosia i Staś nie przyszli. Nie słyszałam ich śmiechu, nie znalazłam na dywanie porozrzucanych klocków. Na stole wciąż leżały dwa kubeczki z postaciami z bajek – zapomniałam ich schować.
W środę spojrzałam na kalendarz. Normalnie w ten dzień odbierałam Zosię z przedszkola, bo Kasia miała „najgorszy dzień w pracy”. Ale teraz nikt nie dzwonił. Nikt nie potrzebował.
Zaparzyłam sobie herbatę i usiadłam na kanapie. Pociągnęłam pierwszy łyk i wtedy… zalały mnie łzy. Bo zamiast cieszyć się spokojem, czułam się, jakbym coś straciła. Nie dzieci – one były z matką. Straciłam kontakt. Miłość? Nie... Ale coś pękło. I bolało.
Zadzwoniłam do Joli.
– No i jak się czujesz jako ta zła babcia? – spytała pół żartem, pół serio.
– Samotnie – odpowiedziałam cicho.
Po drugiej stronie było cicho, aż w końcu usłyszałam:
– Teresa, to nie twoja rola wychowywać im dzieci. Ty już swoje wychowałaś. Chcą, żebyś była na każde zawołanie? Tak się nie robi.
Uśmiechnęłam się, ale gorzko.
– A jeśli miała rację? Może jestem egoistką. Może powinnam... po prostu być?
– A może w końcu zaczęłaś być sobą? – odpowiedziała.
Patrzyłam przez okno. Samochód Kasi przejechał pod blokiem, ale nie zatrzymał się. Nawet nie spojrzała w moją stronę.
To była kara
Obudziłam się przed szóstą. Od razu wiedziałam, jaki to dzień. Dzień Babci. Rok temu Zosia przyniosła mi laurkę z odciśniętą rączką w farbie i napisała (a raczej Kasia napisała za nią): „Dla najlepszej babci na świecie”. Staś dał mi medal z papieru i całował po rękach, jakby był małym księciem. Wstałam z łóżka z nadzieją, choć serce już czuło, że to będzie inny dzień.
Zaparzyłam kawę. Ubrałam się ładniej niż zwykle – ciemnozielona sukienka, ta, którą zawsze zakładałam na przedszkolne występy. Usiadłam przy stole, jak co roku. I czekałam. Godzina ósma. Dziewiąta. Dziesiąta. Telefon milczał. Włączyłam media społecznościowe. Na zdjęciu u Kasi: Zosia z laurką w rękach, Staś przebrany za kwiatek, z podpisem: "Wzruszenia nie do opisania! Kochamy nasze babcie i dziadków!" Ale mnie tam nie było.
Ręce zaczęły mi drżeć. Spróbowałam zadzwonić. Odebrała.
– Cześć, Kasiu. Chciałam tylko... spytać, jak się dzieci bawiły?
– Dobrze – powiedziała chłodno.
– Nie miałam zaproszenia... nie wiedziałam, czy mogę przyjść – wyszeptałam.
– Myślałam, że nie jesteś już zainteresowana – odpowiedziała oschle. – Poza tym dzieci były zajęte. Mamy dużo na głowie.
– Kasiu... czy to kara?
Chwila ciszy.
– Po prostu... nie mieliśmy czasu. Muszę kończyć.
Rozłączyła się. Siedziałam w tej sukience do wieczora. Nie zdjęłam jej. Nie potrafiłam. W końcu zgasiłam światło. Płakałam długo.
Pogadałam z zięciem
W sobotę zebrałam się w sobie i poszłam do nich. Nie mogłam już dłużej kisić tego w środku. Na klatce minęła mnie sąsiadka z naprzeciwka – uśmiechnęła się, jakby wiedziała, że idę po swoje. Zadzwoniłam. Otworzył Marek.
– O, dzień dobry, mamo... – zdziwił się, ale nie wyglądał na niezadowolonego.
– Kasia jest? – zapytałam, choć już wiedziałam, że nie. Jej butów nie było w przedpokoju.
– Pojechała z dziećmi do galerii. Miała kupić Zosi nowe buty. Chcesz wejść?
Weszłam. Usiedliśmy w kuchni. Marek nalał herbaty. Nie odzywałam się. Patrzyłam na obrazek z rysunkiem Zosi – kolorowy dom, dwoje dzieci, słońce, chmurka, kwiatek. Bez babci.
– Przyszłam... bo boli. Marek, czy ja naprawdę jestem taka straszna?
Westchnął i podrapał się po głowie.
– Mamo... Wiesz, ja jestem między wami. Kasia czuła się... zostawiona sama sobie. Myślała, że zawsze będziesz. A tu nagle – nie.
– A ja myślałam, że mogę mieć też coś z życia – powiedziałam cicho.
– Ja to rozumiem. Naprawdę. Ale ona ma dużo na głowie. Praca, dzieci, dom... Myślała, że może chociaż z twojej strony będzie coś stałego.
Zamilkłam.
– Ale – dodał – dzieci codziennie pytają, kiedy do ciebie pójdą. Zosia narysowała ci laurkę, ale Kasia nie pozwoliła jej przynieść. Powiedziała, że „babcia nie ma czasu”.
Zrobiło mi się smutno.
– Marek... to są moje wnuki. Kocham je. Ale nie chcę być tylko ich opiekunką.
Marek przytaknął.
– Wiem. I... myślę, że Kasia też to wie. Ale ona jest dumna. Urażona. I nie umie powiedzieć: „przepraszam”.
– A ja już nie umiem się płaszczyć – odpowiedziałam.
Wyszłam bez pożegnania. Ale z ulgą. Ktoś w końcu mnie usłyszał.
Tęsknię za wnukami
Cisza trwała kilka dni. A potem, w piątek wieczorem, zadzwonił telefon.
– Mamo – głos Kasi był chłodny, ale... mniej napięty niż zwykle. – Może wpadlibyśmy w niedzielę? Dzieci chcą ci coś przynieść.
– Dobrze – odpowiedziałam spokojnie. – Czekam.
Zanim się rozłączyła, rzuciła jeszcze:
– Nie rób sobie specjalnie kłopotu. I tak dzieci wolą twoje ciasto niż jakiekolwiek wymyślne dania.
Uśmiechnęłam się. Po odłożeniu słuchawki długo siedziałam przy stole. Czułam ulgę, a może i radość. Ale też coś jakby zawód. Mieli przyjść, bo dzieci chciały. Nie dlatego, że zrozumiała. Nie dlatego, że się pogodziłyśmy. Nie wiedziałam, czy to pojednanie, czy tylko zawieszenie broni. Ale przynajmniej zadzwoniła.
Teresa, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuki wpadły na Dzień Babci, ale tylko po pieniądze, bo przecież im się należy. Myślą, że jestem studnią bez dna”
- „Wnuczka zapomniała złożyć mi życzenia na Dzień Babci. O tym, kiedy przychodzi emerytura, pamięta doskonale”
- „Przez 40 lat byliśmy z żoną jak papużki nierozłączki. Na starość znalazła sobie kochanka i chce mnie puścić z torbami”