Reklama

Gdy moje dzieci były małe, miałam jeszcze złudzenia, że coś po mnie odziedziczą – choćby rozum. A przynajmniej odrobinę rozsądku. Niestety, z każdym rokiem ich dojrzewania coraz wyraźniej widziałam, że przynajmniej w przypadku Julki – mojej młodszej – natura sobie ze mnie zakpiła. Pyskata, niezależna i święcie przekonana, że wszystko wie lepiej. A ja? Czasem naprawdę czułam się jak jej osobista służąca i bankomat w jednym. Tylko z tych, co nie mają prawa głosu.

Kiedyś to się człowiek cieszył na takie okazje jak studniówka – że dziecko dorasta, że szykuje się na ważny bal, że się przejmuje. No właśnie. Kiedyś. Dziś to wszystko przypominało raczej pokaz mody w jakimś klubie nocnym. Dzieciaki miały więcej do powiedzenia niż nauczyciele, a matki miały jedną rolę – być kierowcą i nie przeszkadzać.

Nie spodziewałam się ciepłych podziękowań, wzruszeń ani „mamusiu, jak dobrze, że jesteś”. Jednak tego wieczoru, kiedy podjechałam pod dom koleżanki Julki, coś się we mnie... zagotowało. I wcale nie chodziło o moją córkę.

Byłam w szoku

– No, jesteś wreszcie – mruknęła Julka.

Do auta podeszły dwie koleżanki. Obie w rozpiętych płaszczach. Jedna w czerwonej, cekinowej sukience tak krótkiej, że przy pochylaniu się po torebkę było ryzyko, że pokaże więcej, niż ktokolwiek chciałby zobaczyć. Druga – z głębokim dekoltem i jakimś tiulem, który bardziej odsłaniał, niż zakrywał. Obie miały makijaż godny sesji zdjęciowej do magazynu dla dorosłych.

– O, dzień dobry pani! – zarechotała jedna, próbując się wcisnąć na tylne siedzenie.

– Dzień dobry – wymamrotałam, nie wiedząc, gdzie patrzeć. Nie miałam pojęcia, gdzie bezpiecznie skierować wzrok. Na pewno nie na te niby-sukienki.

– Fajnie, że pani nas podwozi, bo taksówki są teraz drogie – dodała druga.

– Jasne. Chcecie, żebym was potem też odebrała? – zapytałam, może naiwnie, ale z odruchem matczynej troski.

– Oj nieee, mamy już ogarnięty powrót – Julka przewróciła oczami. – Bez stresu, mamo. Nie musisz się martwić. Serio.

Patrzyłam w lusterko na te dwie młode kobiety, które według metryki były jeszcze nastolatkami, a wyglądały, jakby szły na casting do jakiegoś programu dla dorosłych.

– Czy wasze mamy widziały, w czym wychodzicie? – wyrwało mi się w końcu.

Jedna z dziewczyn wzruszyła ramionami.

Zaparło mi dech

Droga do hotelu, gdzie miała się odbywać studniówka, była krótka, ale dla mnie wystarczająco długa, by zacząć żałować, że się tego podęłam. Dziewczyny trajkotały bez przerwy, śmiejąc się do rozpuku z czegoś, co dla mojego ucha brzmiało jak bełkot.

– Serio, jak on mi napisał: „dzisiaj zobaczysz ogień”, to ja padłam – chichotała ta z cekinami, machając paznokciami o długości szponów. – Już widzę ten ogień…

– Mój w ogóle nie wie, że jestem z kimś innym – dołożyła druga. – Ale co? Trzeba się bawić, nie?

– Dziewczyny… – zaczęłam ostrożnie, zerkając na nie przez lusterko. – Ja wiem, że to wasz wielki dzień, ale może trochę... godności? To przecież studniówka, nie wieczór panieński.

Julka westchnęła głośno.

Mamo, nie zaczynaj. To tylko sukienki.

– Sukienki? Julka, twoja koleżanka ma więcej gołego ciała niż materiału! – nie wytrzymałam.

– Nikt nie powiedział, że mamy wyglądać jak zakonnice – wtrąciła się ta z dekoltem.

To szkoła, nie klub nocny – odburknęłam. – W moich czasach...

– Właśnie – przerwała mi Julka. – W twoich czasach. Teraz są inne.

Zaparło mi dech. Czułam się jak stara baba, która nie rozumie świata. I może rzeczywiście nie rozumiałam. Jednak widząc te półnagie dziewczyny, które traktowały ten wieczór jak pokaz mody, nie mogłam milczeć.

– Byleby tylko nie musiała was nikt z hotelu wynosić o trzeciej nad ranem – rzuciłam chłodno.

Martwiłam się

Gdy podjechałam pod hotel, z którego już z daleka dobiegała muzyka i śmiechy, byłam bardziej zmęczona niż po całym dniu w pracy. Dziewczyny wyskoczyły z samochodu, jakby je ktoś wystrzelił. Zaczęły się robić zdjęcia, poprawiać włosy, wypinać usta do obiektywu. Julka też się do nich dołączyła. Stałam przy samochodzie, trzymając ich torebki, jakbym była szoferem.

– Julka, weź to ode mnie – podałam jej kopertówkę.

– Dzięki, mamo – mruknęła i rzuciła mi szybkie całus-powietrze gdzieś w okolice policzka. – Możesz już jechać, dam znać, jak będę wracać.

– Chcesz, żebym cię odebrała?

– Nie trzeba, ogarnę coś z Olką. – Machnęła ręką. – Będzie dobrze.

Stałam chwilę przy samochodzie, patrząc, jak dziewczyny znikają w hotelowym świetle. Przechodziły obok ochroniarza, który nawet nie krył zdumienia. Przez moment miałam nadzieję, że ich nie wpuści, ale tylko zmierzył je wzrokiem i odsunął się z wejścia.

– No pięknie – mruknęłam do siebie i wsiadłam do auta.

Ledwo ruszyłam, zadzwonił telefon. Mama.

– No i jak Julka wyglądała? – zapytała z entuzjazmem.

Na tle koleżanek jak zakonnica.

– Oj, nie przesadzaj.

– Mamo, one się ubrały jak na wieczór kawalerski. I żadna z nich nie miała nawet cienia skrępowania. Wiesz, co mnie najbardziej martwi?

– Co?

– Że chyba tylko ja miałam z tym problem.

Zamilkłam

Wieczór dłużył się niemiłosiernie. Niby mogłam w końcu odpocząć – miałam pusty dom, ciszę, herbatę z cytryną. Tylko że czułam się jak wrak. Jak matka, która nie tylko straciła kontrolę, ale i nie rozumie własnego dziecka. Przed oczami widziałam te sukienki, te wyzywające miny, to pozowanie, które nie miało nic wspólnego z niewinną zabawą, a wszystko z jakimś pozornym blichtrem. W końcu nie wytrzymałam. Około północy napisałam do Julki: „Wszystko okej?” Długo nie było odpowiedzi. I już zaczynałam się nakręcać. Wtem – telefon zadzwonił. Julka.

– No?

– Co no? – zapytałam z lekką paniką. – Co się dzieje?

– Mamo, czemu piszesz? Jestem na studniówce. Ludzie tu tańczą, bawią się, nie patrzą w telefony co pięć minut.

Bo się martwię. Chyba mam do tego prawo?

– Martwisz się, czy nie możesz znieść, że nie masz na wszystko wpływu?

Zamilkłam. Nie spodziewałam się tego pytania. I trochę zabolało. Nie to, że nie miała racji. Po prostu... nie chciałam tego od niej usłyszeć.

– Dobra, nieważne – mruknęła. – Wszystko jest okej. Tańczę, śmieję się. Nikt się nie bije, nie pije na umór. To po prostu impreza, mamo. Możesz się wyluzować.

– A koleżanki?

– Jakie koleżanki?

– Te w stringach na widoku.

Julka zaśmiała się krótko.

– Mamo, serio? To są majtki modelujące. Widać było kawałek przez rozcięcie. Wyluzuj. Ty też kiedyś byłaś młoda.

– Ale ja przynajmniej wyglądałam jak dziewczyna, nie... – ugryzłam się w język. Za późno.

– No właśnie – odparła. – Ty wyglądałaś jak dziewczyna. A my dzisiaj wyglądamy jak kobiety. Czas się z tym pogodzić.

Poczułam ulgę

Do rana przewracałam się w łóżku. Co rusz w głowie odtwarzałam rozmowę z Julką. „My wyglądamy jak kobiety” – brzmiało mi w uszach jak echo. Niby wiedziałam, że dorasta, że już nie jest moją małą dziewczynką w różowych rajstopkach. Około szóstej rano usłyszałam dźwięk klucza w drzwiach. Julka weszła boso, trzymając buty w ręku, z rozmazanym makijażem i włosami, które przypominały bardziej fryzurę po burzy niż efekt godzin spędzonych przed lustrem.

– O, nie śpisz? – rzuciła, trochę zaskoczona.

– Czekałam – odpowiedziałam chłodno, choć w środku poczułam ulgę. Cała, wróciła sama. Ubrana. – Dobrze się bawiłaś?

– Średnio – westchnęła i opadła na fotel. – Wiesz, jak masz na nogach dziesięciocentymetrowe szpilki przez osiem godzin, to nawet najlepsi tancerze cię nie uratują.

Usiadłam obok niej. Przez chwilę milczałyśmy.

– Nie chciałam być dla ciebie zołzą – powiedziałam w końcu. – Po prostu… trudno mi znieść, że tak szybko się zmieniasz. Jeszcze niedawno tuliłaś misia do snu, a dzisiaj wyglądasz, jakbyś jechała na casting do reality show.

Julka uśmiechnęła się lekko.

– Wiem. I rozumiem, że się martwisz. To tylko jeden wieczór. Chciałam wyglądać szykownie. Nie dla chłopaków. Dla siebie. Żeby się poczuć pewnie. Ładnie. Dorosło.

Westchnęłam.

– Mam tylko nadzieję, że w tym wszystkim nie zgubisz siebie.

– Nie zgubię – szepnęła. – Bo wiem, gdzie jestem kochana nawet w kapciach.

Wzruszyłam się

Następnego dnia córka przyniosła mi herbatę do łóżka. Bez słowa. Po prostu postawiła kubek na szafce i usiadła obok. Jeszcze w szlafroku, z mokrymi włosami. Wyglądała jak ta moja mała córeczka, która kiedyś nie ruszała się nigdzie bez swojej przytulanki.

– Mamo? – zaczęła cicho.

– Hm?

– Pamiętasz, jak mówiłaś, że kobiecość to nie makijaż, tylko to, jak się siebie traktuje?

– Mhm. A co?

– Wiesz, wczoraj poczułam się silna. Nie dlatego, że miałam sukienkę z wycięciem, tylko… dlatego, że stanęłam obok innych dziewczyn i nie czułam się gorsza. A potem, jak zobaczyłam, jak Lena płacze w łazience, bo chłopak olał ją dla innej, to pomyślałam: może masz rację. Może czasem te nasze dorosłe zabawy są na niby.

Spojrzałam na nią. W jej oczach nie było buntu. I to było więcej warte niż sto kazań, które zdążyłam przez te lata wygłosić.

– Chcesz naleśnika? – zapytałam, nie chcąc rozklejać się jak nastolatka.

– Z twoim dżemem?

– A jakże. Truskawkowy, z zapasów.

Uśmiechnęła się.

To kocham najbardziej. Nawet bardziej niż tę sukienkę.

– Bez przesady – parsknęłam. – Dobrze wiem, ile kosztowała.

– Ale kapcie są wygodniejsze – puściła do mnie oko.

I wtedy wiedziałam, że choć dorasta, choć będzie próbować, mylić się i wygłupiać – wróci. Zawsze wróci.

Renata, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama