atoms.adSlot.adLabel

Czułam, że muszę zrobić coś, żeby nas uratować. Może nie od razu dramatycznie, jak w filmach – „ratujmy się albo wszystko przepadnie” – ale jednak. Coś w nas gasło. Obojętność Michała coraz częściej sprawiała, że zasypiałam z uczuciem, że mieszkam z kimś obcym. A przecież byliśmy razem od tylu lat. Pamiętam, jak jeździliśmy w góry zaraz po studiach – lekkie plecaki, termos z herbatą i buty obtarte do krwi, bo oczywiście „te będą dobre”. Pamiętam, jak śmialiśmy się pod schroniskiem, jak Michał bez pytania kupował mi w bufecie sernik, „bo wiem, że i tak będziesz chciała”.

W tym roku postanowiłam zorganizować ferie zimowe w Zakopanem. Miało być pięknie. Oferta spadła mi z nieba. Domek w sercu gór za pół ceny. Miałam taką naiwną nadzieję, że może to nas znowu rozgrzeje, połączy, sprawi, że zaczniemy się śmiać, że po prostu będziemy znowu razem. Chciałam chodzić po zasypanych szlakach, łapać ukochanego za rękę, grzać się przy herbacie z prądem, gadać o głupotach i o ważnych sprawach – jak kiedyś. Chciałam znowu czuć się jak jego dziewczyna, nie tylko współlokatorka.

Jednak już podczas pakowania Michał był nieobecny. Siedział przy laptopie, kiwając głową na wszystko, co mówiłam. Zareagował dopiero, kiedy zapytałam, czy zabiera narty – wzruszył ramionami i powiedział:

– Może. Zobaczymy, jaka będzie pogoda.

Mimo wszystko wierzyłam, że to się zmieni. Że Zakopane to dobry pomysł. Że jak już staniemy pod Giewontem, przytuli mnie jak kiedyś. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ta podróż będzie końcem, a nie początkiem.

Pierwszy zgrzyt

Wzięłam termos z herbatą, spakowałam batony, wyciągnęłam z plecaka mapę i podeszłam do łóżka, na którym leżał Michał. Ekran telefonu rzucał niebieskie światło na jego twarz. Usiadłam na brzegu.

– Mówiłeś, że chcesz odpocząć od ekranu. Rusinowa Polana będzie pusta o tej porze, śnieg świeży, czysto.

– A musimy teraz?

Spojrzał na mnie bez cienia zaangażowania. Jakby rozmawiał z akwizytorem, który mu coś wciska.

– Michał, jest siódma rano. Zawsze chodziliśmy wcześnie, zanim zrobił się tłok.

– Ale ja chcę odpocząć.

– Właśnie to jest odpoczynek. Ruch, cisza, las.

– Dla ciebie może. Ja wolę serial i śniadanie w łóżku.

– Ale przecież mówiłeś, że...

– No to właśnie odpoczywam – uciął i wcisnął słuchawki do uszu.

Wsunęłam termos do plecaka i wyszłam, nie mówiąc już nic. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, założyłam czapkę i ruszyłam w stronę przystanku. Śnieg skrzypiał pod butami, ludzie jeszcze nie zdążyli go podeptać. Po drodze minęłam zamknięte stragany z oscypkami.

Szlak na Rusinową był prawie pusty. Las był cichy, świerki zasypane po same czuby, mróz szczypał w policzki. Siedziałam na ławce przy polanie i patrzyłam na Tatry. Czułam się wolna, ale też bardzo samotna. Kiedyś w takich chwilach Michał mówił, że czuje się jak żywy. Teraz wolał nie ruszać się z łóżka.

Wracając, zaglądałam do okien pensjonatów. Ludzie siedzieli razem, pili kawę, rozmawiali. W naszym domku było ciemno. Otworzyłam drzwi i poczułam ciepło kaloryfera oraz migoczące światło z telewizora. Michał spał przykryty kocem, a na ekranie leciał jakiś film, którego pewnie nawet nie oglądał. Nawet chyba nie zauważył, że mnie nie było.

Rozczarował mnie

Nie spytał, gdzie byłam. Nie zauważył, że zmarzły mi ręce, że czapkę miałam przesiąkniętą śniegiem. Zamiast tego wziął pilota, wyciszył ekran i zapytał, czy chcę coś do jedzenia. Pokręciłam głową. Słowo „obiad” nie przechodziło mi przez gardło. Poszłam pod prysznic, pozwoliłam wodzie ściekać po karku i próbowałam zmyć z siebie ciężar tego dnia.

Wieczorem, trochę z obowiązku, usiedliśmy do kolacji. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy małym stoliku. Zamówiliśmy coś lokalnego, ale jedzenie smakowało jak to, co było między nami – płasko, bezbarwnie.

– Było pięknie – powiedziałam, odrywając wzrok od talerza.

– Fajnie – odpowiedział, nie patrząc na mnie.

– Zamarzły mi palce. Ale było warto. Wszystko białe, aż oczy bolały od blasku.

– No – mruknął i zajął się przewracaniem mięsa widelcem.

Pomyślałam, że jeśli on powie jeszcze jedno takie suche „fajnie” albo „no”, to wstanę i wyjdę. Ale nie powiedział już nic. Milczał jak ktoś, kto nie ma w sobie ani grama ciekawości. Kiedyś pytał o wszystko. Co widziałam, co myślałam, kogo spotkałam. Teraz siedział naprzeciwko mnie jak klient w barze mlecznym.

Przez głowę przeszły mi obrazy z dawnych lat – Michał kupujący mi rękawiczki, bo zapomniałam swoich. Michał budzący mnie kawą. Michał, który potrafił się śmiać z głupiego żartu przy schronisku. Tamtego człowieka już nie było. I nie chodziło o góry. Nie chodziło o śnieg ani o spacery. Chodziło o to, że od dawna nie byliśmy już razem, tylko obok. Jak dwoje turystów, którzy przez pomyłkę zarezerwowali ten sam pokój.

Wieczorem poszłam po herbatę, a kiedy wróciłam, Michał leżał na łóżku i przeglądał coś w telefonie. Nie zapytał, czy mam ochotę usiąść obok. Nie zaproponował filmu. Nie powiedział nic. Wzięłam książkę i położyłam się obok niego. Czytałam, ale nie pamiętałam ani jednego zdania.

Spychałam ten moment na później

Dzień przed powrotem pakowałam się bez słowa. Michał siedział przy oknie i znów wpatrywał się w ekran telefonu. Był zgarbiony, miał nieogoloną brodę i na sobie tę samą bluzę, w której chodził cały wyjazd. Wyglądał jak ktoś, kto się zaszył w sobie i nie chce, żeby go stamtąd wyciągać.

Zapięłam walizkę i oparłam się o ścianę. Słuchałam dźwięków za oknem – dzieci lepiły bałwana, ktoś rzucał śnieżkami, słychać było śmiech. Odwróciłam się w jego stronę i powiedziałam cicho, ale wyraźnie:

– Ten wyjazd nie był w promocji, bo właściwie byłam tu sama, choć zapłaciłam za dwoje.

Michał nie zareagował. Nie drgnął nawet. Nie oderwał wzroku od telefonu. Przez kilka sekund patrzyłam na niego, czekając na cokolwiek – westchnienie, uniesienie brwi, spojrzenie. Nic. Siedział, jakby nie usłyszał. Chociaż usłyszał.

– Michał – dodałam – nie chcę już więcej takich wyjazdów.

Wciąż nic. W końcu wstał, poszedł do łazienki, zostawił drzwi uchylone. Słyszałam dźwięk bieżącej wody, szczoteczkę do zębów. Wracał do codzienności, jakbyśmy właśnie wrócili z zakupów, a nie kończyli coś, co trwało lata.

Poczułam, że to ten moment, który do tej pory spychałam na później. Jakby ktoś, kto przez długi czas próbował zatamować przeciek w statku, w końcu usiadł na pokładzie i przyznał się przed sobą, że tonie. Bez krzyku. Bez dramatów. Po prostu wiedziałam już, że jestem sama. I że to nie się właśnie kończy – to już się skończyło wcześniej. Tylko dopiero teraz to zrozumiałam.

„Czasem po prostu kończy się rozmowa”

Pociąg sunął przez zaśnieżone pola, a my siedzieliśmy obok siebie, każde zatopione w swoim milczeniu. Nie pamiętam, czy Michał spojrzał przez okno choć raz. Ja patrzyłam bez przerwy. Białe łąki, domy z kopułami śniegu, stacje zamarznięte w czasie. Wszystko za szybą wydawało się spokojniejsze niż to, co zostawialiśmy za sobą. W torbie miałam książkę, słuchawki, krzyżówki – nie sięgnęłam po nic. Siedziałam sztywno, dłonie splecione na kolanach, myśli krążyły w jednym miejscu.

Wiedziałam, że wracamy nie tylko do mieszkania, ale do czegoś o wiele trudniejszego. Do życia, którego już nie potrafiliśmy dzielić. Do kuchni, w której każdy robi herbatę dla siebie. Do łóżka, które dzieliliśmy fizycznie, ale nie emocjonalnie. Wiedziałam, że nikt nie powie: „Trzeba porozmawiać”. Nie będzie rozmowy. Nie będzie krzyku. Nic się nie stanie. A właśnie to było najgorsze.

Pamiętałam, co kiedyś powiedziała mi przyjaciółka, gdy rozstała się z mężem po dziesięciu latach: „Nie wszystkie związki kończą się krzykiem. Czasem po prostu kończy się rozmowa”. Wtedy wydało mi się to przesadą. Teraz siedziałam w wagonie i czułam, jak dokładnie to się dzieje. Nie było już „co u ciebie”, nie było „gdzie byłeś”, nie było „pamiętasz tamto lato?”. Była tylko cisza i rutyna.

Kiedy pociąg wjechał na naszą stację, Michał pierwszy sięgnął po walizkę. Wysiedliśmy razem, jak para, która właśnie wraca z udanych wakacji. Tylko że nasze wakacje niczego nie uratowały. Szliśmy obok siebie przez peron, każde ze swoim bagażem, i poczułam, że to nasz ostatni powrót.

Nie będę walczyć samotnie

Wróciliśmy do mieszkania, w którym wszystko było tak, jak je zostawiliśmy. Kubek stał na stole, kurtka wisiała na krześle, lodówka buczała jednostajnie, jakby nasz wyjazd był tylko przerwą w codzienności, a nie próbą ratunku. Zdjęłam buty, odwiesiłam płaszcz, poszłam do łazienki. Michał zniknął w sypialni.

Wieczorem usiedliśmy w dwóch różnych pomieszczeniach. Ja przy kuchennym stole z laptopem, on w salonie z telefonem. Czasem dochodziły mnie dźwięki z jakiegoś filmiku, jakiś urwany śmiech z ekranu. Nie pytałam, co ogląda. On nie pytał, co robię. Zrobiliśmy sobie kolację – osobno. Zjedliśmy – osobno. Naczynia schowałam do zlewu bez słowa. Nie było „dobranoc”. Tylko światła gasły po kolei, aż zostaliśmy w ciemności.

W tej ciszy nie było już napięcia. Była pustka. I coś jeszcze – obojętność. Michał nie był zły. Ja też nie. Po prostu przestaliśmy się nawzajem widzieć. Jakbyśmy byli dwoma duchami przechodzącymi przez siebie bez śladu. Siedząc przy stole, pomyślałam, że już nie będę walczyć. Nie dlatego, że nie warto. Bo warto było. Ale nie w pojedynkę. Nie wtedy, kiedy druga osoba tylko patrzy, jak się topisz, i nawet nie rzuci ci koła ratunkowego. Wiedziałam, że to koniec.

To bolało bardziej niż zdrada

Ferie w Zakopanem nie były początkiem nowego rozdziału. Nie stało się nic, co można by potem opowiadać znajomym jako moment przełomowy. Nie było wielkiej awantury, nie było zdrady, nie było łez. I właśnie dlatego to było tak bolesne. Wszystko działo się w ciszy. W drobnych gestach, które przestały mieć znaczenie. W rozmowach, które nie miały już treści. W spojrzeniach, które nie zatrzymywały się na sobie.

Michał nie zauważył, że to koniec. Może dlatego, że od dawna nie patrzył. Żył obok. Pracował, jadł, spał. I pewnie myślał, że skoro nie ma problemów, to znaczy, że wszystko gra. Nie zorientował się, że między „dobranoc” a „dzień dobry” nie ma już nic wspólnego.

Miesiąc po powrocie spakowałam swoje rzeczy. Nie powiedziałam mu wcześniej. Po prostu któregoś dnia wrócił do pustego mieszkania. Zostawiłam mu kartkę na stole. Nie było tam wielkich słów. Tylko jedno zdanie: „Po prostu już nas nie ma”.

Nie zostawiłam tego mieszkania z ulgą. Nie byłam silniejsza, odważniejsza, wolna. Czułam się pusta. Ale wiedziałam, że dalej nie mogę iść sama, udając, że idziemy razem. Że nie mogę codziennie zderzać się z czyjąś obojętnością i udawać, że to tylko chwilowe.

Basia, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel