Reklama

Poranki zaczynałam od sięgania po telefon, zanim jeszcze naprawdę się obudziłam. Leżałam w łóżku, wpatrzona w cudze kadry życia, które wyglądały na poukładane, spełnione i kompletne. Moje własne dni mijały cicho, bez wyraźnych punktów odniesienia. Im więcej patrzyłam na innych, tym mniej potrafiłam znieść to, co było moje.

Cudze szczęście raniło

Scrollowanie mediów społecznościowych było pierwszą czynnością dnia i ostatnią przed snem. Leżałam z telefonem nad twarzą, przesuwając palcem w dół, jakby od tego zależało coś ważnego. Zdjęcie Pauliny z jasnego tarasu, uśmiech tak równy, że aż nierealny. Filiżanka, książka, opis o „slow o poranku”. Zatrzymałam się na chwilę, czując, jak coś mnie uwiera.

Jeszcze rok wcześniej pisałyśmy do siebie niemal codziennie. Teraz znałam ją głównie z postów. Jej życie wyglądało jak bajka, moje jak szkic ołówkiem, który ktoś ciągle poprawia, ale nigdy nie kończy.

Przerzuciłam dalej. Karolina. Suknia ślubna, bukiet, obrączki na splecionych dłoniach. Serce podskoczyło mi w sposób, którego nie lubiłam. W komentarzach same gratulacje. Zamknęłam aplikację, ale po chwili znów ją otworzyłam, jakby coś mnie tam przyciągało wbrew rozsądkowi.

Wieczorami było gorzej. Laptop na kolanach, serial grał w tle, a ja i tak zerkałam w bok, sprawdzając powiadomienia. Kiedyś czekałam na wiadomości, teraz czekałam na cokolwiek, co odciągnie mnie od myśli, że stoję w miejscu. Porównania przychodziły same. Ich relacje, ich plany, ich pewność. Moje nudne mieszkanie, cisza i lista rzeczy „na później”.

Może po prostu przesadzam – pomyślałam sama o sobie. To nie pomagało. Zaczęłam łapać się na drobnych reakcjach, których wcześniej u siebie nie znałam. Zniecierpliwienie, gdy ktoś pisał o sukcesie. Ulga, gdy widziałam czyjeś potknięcie. Natychmiastowy wstyd po obu tych emocjach. Przecież to nie byli obcy ludzie. To byli znajomi, przyjaciółki, ktoś, z kim kiedyś dzieliłam kawałki życia.

Coraz częściej myślałam, że problem nie leży w tym, co widzę, tylko w tym, jak bardzo mnie to dotyka. Że coś we mnie jest nie tak, skoro cudze szczęście zamiast cieszyć, rani. Zaczęłam zadawać sobie pytania, których wcześniej unikałam. Dlaczego to robię? Czego właściwie mi brakuje? Odpowiedzi nie przychodziły. Zamiast nich był kolejny ruch palcem w dół.

Byłam zazdrosna

Spotkałam się z Ewą, moją siostrą, w małej kawiarni niedaleko jej biura. Wybrała miejsce praktyczne, blisko pracy, bez zbędnych detali. Usiadła naprzeciwko mnie, odłożyła torebkę równo pod krzesłem i spojrzała uważnie, jakby od razu chciała ocenić, w jakim jestem stanie.

– Źle wyglądasz – powiedziała spokojnie, bez cienia złośliwości.

– Dzięki, zawsze miło to usłyszeć – odpowiedziałam, próbując się uśmiechnąć.

Ewa zmarszczyła brwi, jakby zastanawiała się, czy warto drążyć temat. Zawsze taka była. Konkretna, oszczędna w emocjach. Przez chwilę mówiłyśmy o rzeczach bezpiecznych. O jej pracy, o korkach w mieście, o tym, że znowu brakuje czasu. Ja kiwałam głową, ale czułam, że jestem tam tylko ciałem.

– A u ciebie? – zapytała w końcu.

Zawahałam się. Miałam ochotę powiedzieć wszystko naraz, ale z ust wyszło coś zupełnie innego.

– Normalnie. Praca, dom. Wiesz.

– Wiesz, że to nic nie znaczy – odparła. – Każdy ma pracę i dom.

Zabolało mnie to bardziej, niż powinno. Jakby właśnie potwierdziła moje najgorsze myśli.

Może nie każdy musi mieć więcej – rzuciłam, ostrzej niż planowałam.

Ewa spojrzała na mnie uważniej.

– Alicja, ja cię nie oceniam. Ale czasem mam wrażenie, że sama siebie stawiasz pod ścianą.

Milczałam. Wiedziałam, że nie mówi tego ze złej woli, ale poczułam, jak we mnie narasta napięcie. Chciałam, żeby zapytała, czy jestem zmęczona. Albo czy jest mi ciężko. Zamiast tego dostałam analizę.

– Inni jakoś potrafią ruszyć do przodu – dodała jakby mimochodem. – Może po prostu boisz się zmian?

Te słowa zostały ze mną na dłużej. Skinęłam głową, choć w środku wszystko się buntowało. Pożegnałyśmy się szybko. Uśmiech, uścisk, obietnica, że „się zgadamy”. Wracając do domu, czułam, jak smutek miesza się ze złością. Byłam zazdrosna o jej spokój, o to, że zawsze wiedziała, gdzie stoi. Jednocześnie miałam do siebie pretensje, że w ogóle tak myślę. Przecież to moja siostra.

W mieszkaniu zapadła cisza, która nagle wydała mi się głośniejsza niż zwykle. Usiadłam na kanapie i poczułam, że nikt nie pytał, jak się mam. Nawet ja sama.

Zrobiłam to, jeden profil po drugim

Nie spałam tej nocy. Przewracałam się z boku na bok, a myśli krążyły wokół rozmowy z Ewą, zdjęć Pauliny, uśmiechu Karoliny. O drugiej w nocy wstałam i zapaliłam małą lampkę w kuchni. Telefon leżał na stole, ekran czarny. To był Dzień Singla, może dobry moment, by coś zmienić.

Wzięłam go do ręki bez większego planu. Otworzyłam aplikację i weszłam na pierwszy profil. Palec zawisł nad ekranem. Przez moment poczułam strach, zupełnie nieracjonalny, ale wyraźny. Jakby to jedno kliknięcie miało coś zmienić na zawsze.

– To tylko internet – powiedziałam do siebie szeptem.

Kliknęłam. Profil Pauliny zniknął z mojej listy. Przez sekundę poczułam ulgę, niemal fizyczną. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciasny sweter. Zaraz potem przyszła myśl, czy ona to zauważy. Czy ktoś zapyta. Czy wyjdę na zazdrosną, niedojrzałą, przewrażliwioną.

Przeszłam do kolejnego profilu. Karolina. Zawahałam się dłużej. Pamiętałam nasze rozmowy z pracy, jej entuzjazm, opowieści o ślubnych przygotowaniach. Kliknęłam i tu. Znów ulga.

Im więcej osób znikało z mojej listy, tym bardziej czułam, że to głupie i impulsywne. Jednocześnie nie potrafiłam przestać. Każde kliknięcie było jak oddechy. Pojawiła się myśl, że uciekam. Że zamiast zmieniać swoje życie, wymazuję cudze.

Oparłam się o blat i spojrzałam w ciemne okno.

– Może to akt samoobrony – mruknęłam. – Albo zwykła porażka.

Nie miałam odpowiedzi. Została tylko cisza i pusta lista powiadomień. Wiedziałam, że rano obudzę się z tym samym życiem, ale coś już było inne. I nie byłam pewna, czy to mnie ocali, czy jeszcze bardziej odsłoni.

Pusty ekran, żadnych reakcji

Przez pierwsze dwa dni sprawdzałam telefon odruchowo. Rano, w przerwie między zadaniami, wieczorem, gdy cisza przytłaczała. Ekran pozostawał pusty. Żadnych nowych wiadomości, żadnych reakcji, żadnego „hej, co u ciebie?”. Początkowo mówiłam sobie, że to normalne, że ludzie są zajęci. Trzeciego dnia ta myśl przestała wystarczać.

Siedziałam przy biurku, udając przed samą sobą skupienie. Zegar tykał głośniej niż zwykle. Zdałam sobie sprawę, że wcześniej to ja reagowałam pierwsza, komentowałam, odpisywałam niemal natychmiast. Teraz, kiedy zniknęłam, nikt nie zapukał do mojego świata.

Wieczorem wyjęłam z szuflady stare pudełko. Leżały w nim drobiazgi, których nigdy nie miałam odwagi wyrzucić. Bilet do kina, kartka z notatką, którą kiedyś znalazłam w torbie. Michał. Pomyślałam o nim szybciej, niż chciałam. Przypomniała mi się jedna z naszych rozmów, ta, która wracała najczęściej.

– Musisz być bardziej elastyczna – powiedział wtedy, stojąc przy oknie.

– Elastyczna, czyli jaka? – zapytałam.

– Taka, która rozumie, że teraz nie mam czasu.

Zawsze nie miał czasu. Na moje plany, na moje wątpliwości, na mnie. Ja za to miałam go aż za dużo. Dostosowywałam się, przesuwałam granice, tłumaczyłam sobie, że to chwilowe. Że kiedyś się wyrówna. Nigdy się nie wyrównało.

Odłożyłam pudełko i poczułam, jak samotność siada obok mnie na kanapie. Była konkretna, ciężka, nie do zignorowania. Bez powiadomień nie dało się jej zagłuszyć. Bez cudzych historii nie miałam się do czego porównywać, ale też nie miałam się za czym schować.

Wzięłam telefon do ręki i przez moment zastanawiałam się, czy do kogoś napisać. Palec znów zawisł nad ekranem, tak jak tamtej nocy. Tym razem jednak nie kliknęłam. Odłożyłam go powoli, jakby to była decyzja wymagająca odwagi. Zostałam sama. I po raz pierwszy nie mogłam udawać, że to tylko chwilowe.

Dopiero wtedy zobaczyłam siebie

Dowiedziałam się o wszystkim przypadkiem. Krótka wiadomość od koleżanki z pracy, z którą nigdy nie byłyśmy sobie szczególnie bliskie.

– Słuchaj, nie chcę robić zamieszania, ale… Paulina wspominała ostatnio o tobie.

– O mnie? – odpisałam po chwili.

– Że podobno „zniknęłaś”, bo trudno ci się pogodzić z czyimś szczęściem.

Czytałam to zdanie kilka razy. Czułam, jak policzki mnie pieką. To był dokładnie ten lęk, który towarzyszył mi tamtej nocy przy kuchennym stole. Ocena. Etykieta. Proste wyjaśnienie, które zamyka temat i nie wymaga empatii.

Przez moment chciałam się bronić. Napisać Paulinie. Wyjaśnić, że to nie o nią chodzi. Że było mi ciężko, że próbowałam się ratować. W głowie układałam całe zdania, coraz bardziej przekonujące. I wtedy dotarło do mnie coś nieprzyjemnie jasnego: wciąż zależało mi na tym, co pomyśli.

Odłożyłam telefon. Usiadłam na podłodze, oparta o kanapę, i pozwoliłam sobie na ciszę. Nie tę z powiadomień, ale prawdziwą. Bez świadków. Bez narracji dla innych. Była niewygodna, ale uczciwa.

Zrozumiałam, że media społecznościowe nie były problemem same w sobie. Były lustrem, w którym codziennie oglądałam swoje niespełnienie, zamiast je nazwać. Cudze związki nie były moją porażką, a cudzy spokój nie odbierał mi prawa do chaosu. Zazdrość nie czyniła mnie złą. Czyniła mnie zmęczoną.

Nie wróciłam do obserwowania dawnych profili. Moje życie nie zmieniło się nagle w coś lepszego. Nadal bywało cicho, nadal brakowało mi bliskości. Samotność nie zniknęła, ale przestałam ją mylić z porażką.

Wylogowałam ich wszystkich z mojego życia. I dopiero wtedy zobaczyłam, jak bardzo byłam sama, ale też po raz pierwszy poczułam, że to ja decyduję, czym się karmię. Nawet jeśli na razie była to tylko prawda o mnie samej.

Alicja, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama