Reklama

Od dziecka słyszałam, że najważniejsze są wartości. Ojciec powtarzał to przy każdej okazji – przy obiedzie, przy sprzeczce o kieszonkowe, przy rozmowach o przyszłości. Pieniądze miały być tylko dodatkiem, czymś mało istotnym. Wierzyłam mu bez zastrzeżeń. Aż do dnia, w którym dostałam awans i zobaczyłam, jak szybko potrafi zmienić zdanie. Ojciec zawsze przedstawiał się jako człowiek zasad. Kiedy byłam nastolatką i zazdrościłam koleżankom markowych ubrań, mówił spokojnie:

– Maja, pieniądze szczęścia nie dają. Liczy się to, kim jesteś, a nie co masz.

Siedział wtedy przy kuchennym stole, w roboczej koszuli, z kubkiem herbaty w dłoni. Patrzył na mnie tak, jakby przekazywał prawdę objawioną.

– Ale inni mają łatwiej – mruczałam pod nosem.

– Łatwiej? – unosił brwi. – Łatwo to jest wydać. Trudno jest być przyzwoitym.

Dorastałam z tym przekonaniem. Kiedy wybierałam studia, kierowałam się pasją. Ojciec był dumny.

– Widzisz? Moja córka nie goni za pieniędzmi – mówił do sąsiadów.

Po studiach zaczęłam pracę w małej firmie logistycznej. Zarabiałam przeciętnie, ale szybko uczyłam się wszystkiego. Zostawałam po godzinach, brałam dodatkowe projekty. Ojciec czasem żartował:

– Tylko się nie zaharuj. Pamiętaj, że życie to nie tylko praca.

Przecież jesteśmy rodziną

Nie wiedział, że każdą podwyżkę odkładałam. Chciałam kiedyś kupić własne mieszkanie. Nie mówiłam mu o tym, bo wiedziałam, że skwitowałby to kolejną przemową o tym, że dom to ludzie, nie ściany. Wszystko zmieniło się w zeszłym roku. Dyrektor poprosił mnie do gabinetu.

– Maja, obserwujemy cię od dawna. Chcemy, żebyś objęła stanowisko kierownika działu.

Zatkało mnie.

– Ja? – zapytałam, ściskając notatnik.

– Tak i wiąże się z tym podwyżka oraz premia kwartalna.

Wyszłam z gabinetu na miękkich nogach. Pierwszą osobą, do której zadzwoniłam, był ojciec.

– Tato, dostałam awans! – powiedziałam niemal krzycząc ze szczęścia.

Przez chwilę milczał, a potem roześmiał się.

– No proszę! Wiedziałem, że dasz radę, ale pamiętaj, stanowisko to tylko nazwa.

Wieczorem przyszłam do niego z ciastem. Usiadł naprzeciwko mnie i słuchał, jak opowiadam o nowym zespole i odpowiedzialności.

– A ile teraz będziesz zarabiać? – zapytał nagle.

Zaskoczyło mnie to pytanie. Ojciec nigdy wcześniej nie dopytywał o konkretne kwoty.

– Wystarczająco – odpowiedziałam wymijająco.

– Maja, przecież jesteśmy rodziną – uśmiechnął się. – Możesz powiedzieć.

Podałam orientacyjną sumę. Zauważyłam, jak jego spojrzenie na moment się zmieniło. Jakby coś szybko przeliczał w myślach.

– No, no… – mruknął. – To już poważne pieniądze.

– Ale dalej nie dla pieniędzy to robię – zażartowałam, nawiązując do jego słów sprzed lat.

Spojrzał na mnie inaczej niż zwykle. Uśmiech był trochę zbyt napięty.

– Oczywiście – powiedział. – Najważniejsze, żebyś pamiętała, skąd pochodzisz.

Nie wiedziałam jeszcze, że te słowa były zapowiedzią czegoś, co miało nadejść szybciej, niż się spodziewałam.

Zrobiło mi się gorąco

Kilka tygodni po awansie dostałam pierwszą premię. Kwota była wyższa, niż się spodziewałam. Patrzyłam na przelew na ekranie telefonu i czułam dumę. To były godziny pracy, stres, odpowiedzialność – moje wysiłki zamienione w konkret. Wieczorem zadzwonił ojciec.

– Wpadniesz jutro? – zapytał bez wstępów. – Musimy porozmawiać.

Słowo „musimy” zabrzmiało poważnie. Przyjechałam następnego dnia. W domu pachniało świeżo parzoną kawą. Ojciec siedział przy stole, obok leżały jakieś rachunki.

– Co się stało? – zapytałam, zdejmując płaszcz.

– Usiądź – wskazał krzesło naprzeciwko. – Wiesz, że zawsze chciałem dla ciebie jak najlepiej.

Skinęłam głową, czując, jak rośnie we mnie niepokój.

– Dach wymaga remontu – zaczął. – Fachowiec wycenił to na sporą sumę. A ja… no cóż, moja emerytura nie jest z gumy.

– Mogłeś powiedzieć wcześniej – odruchowo odpowiedziałam. – Jakoś byśmy to rozłożyli.

– No właśnie – podchwycił szybko. – Skoro dostałaś premię, to może mogłabyś nam pomóc. W końcu to też twój dom.

Zatrzymałam wzrok na jego dłoniach. Zaciskał je nerwowo.

– Tato, oczywiście mogę pomóc. Ale chciałam część tych pieniędzy odłożyć na wkład własny na mieszkanie.

Westchnął ciężko.

– Mieszkanie? Po co ci mieszkanie, skoro masz tu pokój?

– Mam trzydzieści lat – odpowiedziałam cicho. – Chciałabym mieć coś swojego.

Spojrzał na mnie tak, jakby to było fanaberią.

– Czyli ważniejsze są ściany niż rodzina?

Te słowa zabolały. Przecież całe życie uczył mnie, że pieniądze nie są najważniejsze.

– To nie o ściany chodzi – próbowałam tłumaczyć. – Chcę niezależności.

– Niezależności od kogo? Ode mnie? – podniósł głos. – Tyle lat cię utrzymywałem, wspierałem. A teraz, kiedy możesz się odwdzięczyć, mówisz o niezależności?

Zrobiło mi się gorąco. Nie tak wyobrażałam sobie tę rozmowę.

– Nie mówię, że nie pomogę – powiedziałam stanowczo. – Ale nie oddam ci całej premii.

Ojciec wstał gwałtownie.

– Nie oddasz? – powtórzył. – Czy ty słyszysz, jak to brzmi? Rodzina powinna się wspierać bez liczenia.

– Właśnie dlatego nie chcę, żebyśmy liczyli każdą złotówkę – odpowiedziałam. – Mogę pokryć część kosztów, ale nie wszystko.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. W jego oczach widziałam coś, czego wcześniej nie znałam – żal, ale i pretensję.

– Zmieniłaś się – powiedział chłodno. – Pieniądze jednak potrafią zepsuć człowieka.

Wróciłam do domu z ciężarem w sercu. Całą noc przewracałam się z boku na bok. Zastanawiałam się, czy rzeczywiście się zmieniłam. A może to on zmienił się pierwszy? Następnego dnia dostałam od niego wiadomość: „Przemyśl to jeszcze. Dach nie poczeka”. Patrzyłam na ekran długo, czując, że ta decyzja będzie miała większe konsekwencje niż tylko przelew na konto.

Serce waliło mi jak młotem

Nie odpisałam od razu. W pracy starałam się skupić na nowych obowiązkach, ale myśl o ojcu wracała przy każdej wolnej chwili. W końcu pojechałam do niego w sobotę, z przygotowaną propozycją: pokryję połowę kosztów remontu, resztę rozłożymy na raty. Drzwi otworzyła mi sąsiadka z naprzeciwka.

– Twój tata jest na strychu, pokazuje dach jakiemuś panu – powiedziała.

Weszłam bez pukania. Z góry dochodziły głosy.

– Jak córka się postara, to będzie z czego zrobić – usłyszałam ojca. – W końcu teraz zarabia jak dyrektor.

Zamarłam na schodach.

– To dobrze, że ma kto pomóc – odpowiedział obcy mężczyzna.

– No pewnie. Wychowałem ją, wykształciłem. Teraz jej kolej.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o ton. Jakby moja praca była inwestycją, która miała się zwrócić. Weszłam na górę.

– Tato.

Odwrócił się zaskoczony.

– Maja? Nie wiedziałem, że już jesteś.

– Słyszałam wystarczająco dużo.

Mężczyzna skinął mi głową i szybko zszedł na dół, zostawiając nas samych.

– Co to miało znaczyć? – zapytałam spokojnie, choć w środku wszystko drżało.

– O czym mówisz?

– „Teraz jej kolej”. Brzmi, jakbym była twoją lokatą.

Ojciec spochmurniał.

– Nie przesadzaj.

– Nie przesadzam. Całe życie powtarzałeś, że pieniądze nie są ważne. A teraz rozmawiasz o mojej pensji z obcymi ludźmi.

– Bo sytuacja tego wymaga – odburknął. – Myślisz, że łatwo mi prosić własne dziecko o pomoc?

– To nie jest prośba, tato. Ty żądasz.

Zapadła cisza. Na strychu było chłodno, a przez nieszczelne deski wpadało światło.

– Może rzeczywiście liczyłem na to, że będziesz bardziej hojna – powiedział w końcu ciszej. – Dałem ci wszystko, co miałem.

– Dałeś mi dom i wychowanie. I jestem ci za to wdzięczna, ale to nie znaczy, że mam rezygnować z własnych planów.

– Czyli co? Mam sprzedać dom? – spojrzał na mnie wyzywająco.

– Może trzeba rozważyć różne opcje – odpowiedziałam, choć serce waliło mi jak młotem. – Albo wziąć mniejszy kredyt. Pomogę ci w formalnościach.

– Nie będę się zadłużał na starość – uciął.

Zrozumiałam wtedy, że dla niego ta rozmowa nie dotyczyła tylko dachu. To była kwestia dumy. I kontroli.

Dam ci połowę kosztów – powiedziałam stanowczo. – Ani złotówki więcej. Reszta to twoja decyzja.

Spojrzał na mnie długo, jakby oceniał, czy blefuję.

– W porządku – rzucił w końcu. – Skoro tak stawiasz sprawę.

Nie było w tym zgody, raczej chłodna akceptacja.

Zatkało mnie zupełnie

Kilka dni później przelałam ustaloną kwotę. Nie podziękował. Przez następne tygodnie nasze rozmowy były krótkie i rzeczowe. Aż do dnia, gdy zadzwonił z informacją, która zupełnie zmieniła bieg wydarzeń.

– Maja, musimy się spotkać. Sprzedałem działkę za miastem.

Zatkało mnie.

– Jaką działkę?

– Tę, którą trzymałem „na wszelki wypadek”. Okazało się, że jest warta więcej, niż myślałem.

– I…?

– Dach będzie zrobiony bez twoich pieniędzy. Przelew już do ciebie wraca.

Usiadłam ciężko na krześle.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej, że masz taką możliwość?

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Bo chciałem sprawdzić, czy naprawdę mogę na ciebie liczyć – powiedział w końcu.

Te słowa zabolały bardziej niż wcześniejsze pretensje.

Dorosłość to nie zdrada

Kiedy odłożyłam telefon po tamtej rozmowie, długo siedziałam bez ruchu. Przelew rzeczywiście wrócił na moje konto następnego dnia, co do złotówki. W tytule widniało krótkie: „Niepotrzebne”. Pojechałam do ojca od razu po pracy. Drzwi otworzył mi szybko, jakby czekał.

– Po co to było? – zapytałam bez przywitania.

– Chciałem wiedzieć po prostu, czy w razie czego mogę na ciebie liczyć – odpowiedział spokojnie.

– A ja chciałam wiedzieć, czy mogę ci ufać.

Zmarszczył brwi.

– Przecież oddałem pieniądze.

– Nie chodzi o przelew. Wystawiłeś mnie na próbę. Specjalnie nie powiedziałeś o działce.

Westchnął i usiadł przy stole.

– Bałem się – przyznał po chwili. – Odkąd dostałaś awans, miałem wrażenie, że oddalasz się ode mnie. Mówisz o mieszkaniu, o niezależności… Pomyślałem, że zaraz mnie tu zostawisz.

Usiadłam naprzeciwko.

– Tato, dorosłość to nie zdrada. To naturalna kolej rzeczy.

– Wiem – powiedział cicho. – Ale kiedy twoja mama odeszła, zostałaś tylko ty. Ten dom bez ciebie jest pusty.

Po raz pierwszy usłyszałam w jego głosie nie pretensję, ale lęk. Może właśnie dlatego tak kurczowo trzymał się kontroli. Może pieniądze były tylko pretekstem.

– Nie zniknę – powiedziałam spokojnie. – Ale nie mogę żyć tak, jakby wszystko miało kręcić się wokół twojego strachu.

Spojrzał na mnie długo.

– Czyli kupisz to mieszkanie?

– Tak i wciąż będę twoją córką. Tylko z własnymi kluczami.

Uśmiechnął się słabo.

– Zawsze byłaś uparta.

– Po kimś to mam.

Pierwszy raz od wielu tygodni oboje się zaśmialiśmy.

Już nie czułam się winna

Kilka miesięcy później odebrałam klucze do małego mieszkania na obrzeżach miasta. Ojciec pomagał mi wnosić kartony. Gdy postawił ostatni w przedpokoju, rozejrzał się po pustych ścianach.

– No dobrze – mruknął. – Może pieniądze nie dają szczęścia… ale dają dach nad głową.

– A dach się czasem przydaje – odpowiedziałam z uśmiechem.

Nie było już w tym ironii ani ukrytych oczekiwań. Było coś nowego – granice, które oboje musieliśmy zaakceptować. Zrozumiałam, że pieniądze same w sobie nie zmieniają ludzi. One tylko pokazują to, co już w nich było: lęk, dumę, potrzebę bliskości. Ojciec przestał wyciągać rękę po moje zarobki. Ja przestałam czuć się winna za to, że chcę więcej niż tylko „wystarczająco”. Nasza relacja nie wróciła do dawnej, bezkrytycznej formy, ale stała się dojrzalsza. Oparta nie na długu wdzięczności, lecz na wyborze. A to było warte więcej niż jakakolwiek premia.

Maja, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama