Reklama

Tata nigdy nie należał do osób, które coś robią po cichu. Wręcz przeciwnie. Zawsze wszystko musiało być z fanfarami, w odpowiednim anturażu i z obowiązkowym komentarzem: „żeby nie było, że nie mówiłem”. A tu proszę — sprawił, że wszyscy zamilkliśmy. Kiedy odszedł, byliśmy zdruzgotani, ale też... w pewnym sensie gotowi. Choroba nie pozostawiła złudzeń. Nie rozmawialiśmy wtedy o pieniądzach. Jednak w końcu przyszedł dzień, kiedy trzeba było odczytać testament. I wtedy zrobiło się naprawdę cicho.

Spojrzałam na nią z ukosa

Zebraliśmy się w salonie, jakby to był jakiś rodzinny obiad, tylko bez zapachu pieczeni i bez uśmiechów. Mama siedziała na fotelu, trzymając w dłoni białą kopertę.

– To jego pismo – powiedziała w końcu, przyglądając się literom. – Nie mam wątpliwości.

– Może to tylko list pożegnalny. Tata miał skłonności do dramatyzmu.

– Nie sądzę – rzuciłam, siadając obok mamy. – Pisał „do odczytania po mojej śmierci”. To brzmi raczej jak... testament.

– Przestań, Kornelia – wtrąciła się moja siostra, zerkając nerwowo na zegarek. – Tata nie był typem, który coś knuje za plecami.

Spojrzałam na nią z ukosa.

– Serio? A pamiętasz, jak przez pół roku potajemnie remontował garaż, żeby zrobić z niego swoją „jaskinię samotności”? Albo jak kupił motocykl, nie mówiąc o tym nikomu?

– No dobra – przyznała, wzdychając. – Może miał takie momenty.

Mama delikatnie rozerwała kopertę. W środku znajdowała się jedna kartka – podpisana i opatrzona datą sprzed czterech miesięcy.

Czytam – oznajmiła, a w pokoju zapanowała taka cisza, że można by usłyszeć trzepot skrzydeł muchy.

– „Ja, niżej podpisany...” – zaczęła.

W tamtej chwili zrozumiałam, że cokolwiek tam napisał, to właśnie zmieniło nasze życie.

Byłam zaskoczona

– „...będąc w pełni władz umysłowych, sporządzam niniejszy testament...” – mama czytała powoli, uważnie. – „...świadomie rozporządzam całym moim majątkiem, w tym nieruchomościami, środkami finansowymi oraz ruchomościami”.

– Czyli standard – mruknął brat. – Nic szokującego. Jeszcze.

Siedzieliśmy jak uczniowie na egzaminie. Każde kolejne zdanie mama wypowiadała z pauzami, jakby sama nie do końca wierzyła w to, co czyta.

– „Mój dom rodzinny przekazuję mojej córce, Kornelii...” – zatrzymała się i spojrzała na mnie.

– Słucham? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam się powstrzymać. – Przecież to miał być wspólny dom... dla wszystkich.

– „...gdyż to ona najczęściej się nim opiekowała, dbała o ogród i rachunki”. – dokończyła mama. – „Uznaję to za sprawiedliwe”.

Zapanowało napięcie. Siostra wciągnęła głośno powietrze. Brat unikał mojego wzroku.

– No nieźle – syknęła siostra. – A my co? Mamy się wynieść do domku na drzewie?

Poczekajmy, aż mama przeczyta całość – powiedziałam szybko, czując narastające ciepło w karku. – To pewnie tylko część.

– „Samochód marki...” – mama kontynuowała, ignorując napiętą atmosferę. – „...przekazuję mojemu synowi...” – spojrzała na brata – „...który od zawsze o nim marzył i który, mam nadzieję, wreszcie zda prawo jazdy”.

Brat uniósł brwi.

– Aha. Czyli prezent z warunkiem.

– Dobrze, że nie z instrukcją obsługi – rzuciłam złośliwie.

Mama spojrzała na ostatnią linijkę strony.

Została jeszcze tylko jedna część.

I wtedy zrobiło się naprawdę cicho po raz drugi.

Siostra była na mnie wściekła

Mama pociągnęła nosem i spojrzała na ostatni fragment testamentu.

– „Moją kolekcję zegarków przekazuję mojej wnuczce...” – zawahała się. – „...czyli córce Kornelii – Julii. Niech pamięta, że czas to najcenniejszy prezent”.

Zrobiło się niezręcznie. Julia, która siedziała cicho w rogu pokoju, spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Mam piętnaście lat – szepnęła. – Co ja zrobię z zegarkami?

– Możesz je sprzedać – mruknął brat. – Albo zatrzymać. To cenne modele.

– I to już wszystko? – zapytała moja siostra, wyprostowując się na kanapie. – Naprawdę? Dla mnie NIC?

Mama odwróciła kartkę. Westchnęła.

Nie ma tu żadnej wzmianki o tobie, kochanie.

– To musi być błąd. – Siostra zerwała się z miejsca. – Przecież opiekowałam się nim przez ostatni tydzień przed śmiercią! Gotowałam mu, masowałam mu nogi, znosiłam jego jęczenie i żądania!

– Może po prostu nie zdążył zmienić testamentu? – próbowałam łagodzić ton.

– O, proszę cię, Kornelia – syknęła. – Łatwo ci mówić, jak dostajesz dom i połowę jego wspomnień. Może mu tak wygodnie pasowało – przekreślić mnie z życia jednym pociągnięciem długopisu.

– Może nie chodziło o przekreślenie – powiedział ostrożnie brat. – Może po prostu... uznał, że masz swoje.

Siostra spojrzała na nas z niedowierzaniem, po czym wstała gwałtownie.

– Nie. Coś tu nie gra. Ja to sprawdzę.

I wyszła.

Serce mocniej mi zabiło

Dwa dni później zadzwoniła do mnie o dziesiątej wieczorem. Nie po to, żeby pogadać. Głos miała chłodny jak lód.

Byłam dziś u notariusza. Sprawdziłam rejestr testamentów.

– I...? – zapytałam, siadając na łóżku.

– Ojciec miał starszy testament. Sprzed dwóch lat. Wtedy dzielił wszystko po równo. Ten nowy – ten, który mama czytała – zarejestrował miesiąc przed śmiercią.

– Czyli wszystko zgodnie z prawem.

– Zgodnie z prawem, ale nie z sercem. – Jej ton zadrżał. – I nie mów mi, że to było fair.

– Nie powiedziałam tego – odpowiedziałam cicho. – Tylko że nie ja pisałam ten dokument.

– A nie wiesz, kto mu podsunął ten pomysł?

– Co sugerujesz?

Może ktoś mu zasugerował, co i komu ma zapisać.

– Czyli ja?

– Sama to powiedziałaś.

Rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. Następnego dnia wróciłam do domu rodziców, żeby posprzątać pokój ojca. Z szuflady biurka wyciągnęłam notatnik. W środku – krótkie zapiski ojca. Daty, nazwiska, a między nimi:

„Kornelia zawsze była blisko. Bez niej bym zginął”.

„Ela zawsze była silna. Tylko nie da się jej tego powiedzieć wprost”.

Zamknęłam notatnik z bijącym sercem.

– Znalazłaś coś? – zapytała mama, wchodząc z herbatą.

– Tylko potwierdzenie, że był bardziej świadomy, niż myśleliśmy.

Spojrzała na mnie uważnie. Nie dopytywała.

Było mi z tym dziwnie

Tydzień później spotkaliśmy się ponownie. Mama zaprosiła nas na kolację, jakby chciała przykleić plasterek na ropiejącą ranę.

– Dobrze, że przyszliście – powiedziała, podając talerze. – Wiem, że atmosfera jest... delikatna. Mimo to jesteśmy rodziną. I musimy sobie z tym poradzić.

Siostra siedziała sztywno, nie patrząc na nikogo.

– Możemy to sobie powtarzać do znudzenia – rzuciła. – To nie zmieni tego, że czuję się pominięta.

– Elu... – zaczęłam.

– Nie – przerwała. – Ja wiem, że tata cię kochał. I mnie też. I nie wierzę, że świadomie zostawił mnie z niczym.

– Może nie zostawił – odezwała się mama cicho. – Kornelia znalazła coś w jego notatkach.

Ela uniosła brwi.

– Notatkach?

– Pisał, co myśli. O każdej z nas – powiedziałam. – I nie, nie chodziło o to, że cię nie kochał. Po prostu... miał swoje powody.

– Świetnie. I teraz mam się czuć lepiej, bo napisał coś w sekretnym zeszycie? – parsknęła siostra. – To dalej nie zmienia faktów.

– Może nie – przyznałam. – Jednak pozwala zrozumieć jego intencje. A czasem to ważniejsze niż dom czy samochód.

Zapanowało milczenie. Brat w końcu westchnął.

– Może to był jego sposób, żeby zakończyć wszystko po swojemu.

Ela pokiwała głową, ale bez przekonania.

– Może. Tylko szkoda, że nie zrobił tego, rozmawiając z nami, tylko przez kartkę papieru.

Tym razem nikt nie zaprzeczył.

Nie wiedziałam, co z tym zrobić

Kilka tygodni później spotkałyśmy się we trzy. Bez brata, bez dzieci. Tylko my – kobiety, które wciąż próbowały rozgryźć, co zostawił nam ojciec oprócz nieruchomości, zegarków i niedomówień.

– Wiecie – zaczęła Ela, mieszając herbatę bez pośpiechu – myślę, że bardziej mnie bolało to, że nie powiedział, a nie, że nie dał.

– To brzmi, jakbyś już trochę odpuściła – powiedziałam.

Wzruszyła ramionami.

– Może. Albo po prostu nie chce mi się już kłócić o coś, czego nie da się zmienić.

Mama uśmiechnęła się blado.

– Twój ojciec... miał swoje sposoby. Nie zawsze dobre. Jednak był przekonany, że robi to, co słuszne.

– A może bał się, że jak zapyta, to ktoś się obrazi – dodałam. – Więc wolał zostawić bombę z opóźnionym zapłonem.

Ela spojrzała na mnie i wybuchnęła śmiechem.

– Tak, to by do niego pasowało.

Zrobiło się lżej. Pierwszy raz od pogrzebu czułam, że wracamy do siebie – choć powoli, ostrożnie, jakbyśmy chodziły po lodzie.

– Co zrobisz z domem? – zapytała mama.

Zamyśliłam się na chwilę.

– Myślę, że nie będę go sprzedawać. Może jeszcze nie wiem, co z nim zrobię, ale na razie nie chcę go nigdzie przenosić. Tu jest za dużo wspomnień.

Ela skinęła głową.

– Daj znać, jakby trzeba było coś odmalować. Albo jakby ci się znów zalała piwnica.

To był jej sposób, żeby powiedzieć: nie jestem już zła. I to wystarczyło.

Kornelia, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama