Reklama

Nie jestem kimś, kogo byś zauważył na ulicy. Zwykła kurtka z sieciówki, plecak z jednym rozpiętym zamkiem, słuchawki w uszach i spojrzenie wbite w chodnik. Mam 23 lata i pracuję w dyskoncie. Na kasie, na magazynie, na wykładaniu towaru. Gdzie rzucą, tam jestem. Ten sklep na rogu przy rondzie. Moje dni są jak te rolki papieru toaletowego, które wykładam o 6 rano – powtarzalne, nierówne, czasem rozerwą się w połowie. Ale mimo to... trzymam się.

Mam za co opłacić kawalerkę, spłacam telefon, mam na bułki i pastę do zębów. Nikomu nie wiszę ani grosza. I chyba jestem z tego dumny, choć nikomu tego nie mówię. Najbardziej mnie rozwala, że mój ojciec zawsze to wyśmiewał. Od kiedy pamiętam, traktował moją pracę jak tymczasowy kaprys, jak coś, co powinno mi przejść z wiekiem. Powód do wstydu. Mówił to z tym swoim lekceważącym uśmieszkiem i wzrokiem, jakby patrzył na plamę na koszuli.

– A co, Patryk, na kasie całe życie chcesz siedzieć? – zapytał raz przy obiedzie, kiedy już piąty raz z rzędu miałem niedzielę pracującą. – Tylko nie zdziw się, jak ci kark kiedyś przestanie się zginać. Od tego wykładania puszek.

Zaciskałem wtedy zęby i mówiłem: „Praca jak każda inna”, ale w środku bolało. Bo ja się starałem. Chciałem tylko być samodzielny. Nie idealny. Po prostu… wystarczający. Dla mamy jestem. Dla ojca nigdy nie byłem.

Nie wiedziałem, co go tak ruszyło

– I co, znowu w weekend cię nie będzie? – Ojciec wparował do kuchni jakby miał w niej coś do załatwienia, ale szybko okazało się, że przyszedł tylko rzucić kąśliwe zdanie. – Tanie dyskonty nie znają pojęcia odpoczynku?

– Pracuję – odparłem krótko, żując kanapkę z pasztetem. Znowu ten temat. Znowu to jego teatralne oburzenie. A przecież dobrze wiedział, że mam grafik już od miesiąca.

– A może ty po prostu lubisz to swoje życie? Czapka z daszkiem, zgarbione plecy, kod kreskowy i dziękuję, do widzenia! – parsknął, opierając się o framugę.

– Marek… – matka próbowała go uciszyć, ale zignorował ją.

– Może zrobimy z ciebie plakat. „Patryk – twarz polskiego sukcesu. Samowystarczalny, ambitny, chłopak z kasy numer dwa!” – śmiał się sam z siebie, z tym swoim denerwującym, kpiącym tonem. A ja poczułem, jak coś we mnie pęka.

– Wiesz co? – wstałem od stołu, potrąciłem krzesło. – Wolałbym już nie mieć ojca, niż mieć takiego, co całe życie mnie poniża.

W kuchni zapadła cisza. Ojciec znieruchomiał. Przez sekundę myślałem, że zaraz wybuchnie. Że znowu usłyszę coś, co będzie mi potem brzęczeć w głowie tygodniami. Ale nie. Spojrzał na mnie tylko, bez słowa, i odwrócił się na pięcie. Wyszedł.

– Patryk… – Matka spojrzała na mnie, jakby chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała.

Stałem tam jeszcze chwilę, z bijącym sercem, zdziwiony, że tym razem nie krzyknął. Nie rzucił nic. Nic nie powiedział. To jego milczenie bolało bardziej niż wszystkie wcześniejsze docinki razem wzięte. I jeszcze długo po tym nie mogłem przestać się zastanawiać… co go tak ruszyło?

Traktował mnie jak zero

– Mamo, co się dzieje z tatą? – zapytałem wieczorem, kiedy ojca nie było w domu. Wyszedł po kłótni i do teraz nie wrócił. Siedziała przy stole, mieszała herbatę, ale nawet nie spojrzała na mnie.

– Nic się nie dzieje – odparła cicho.

– No właśnie – burknąłem. – I to jest dziwne. Po tylu latach ciągłego gadania nagle zamilkł? Zawsze miał coś do powiedzenia, a dziś… nic?

Westchnęła ciężko, odłożyła łyżeczkę i w końcu spojrzała mi w oczy. Ale to nie było to jej zwykłe spojrzenie. To było coś innego – jakby się bała, że coś zaraz wybuchnie.

– Patryk, lepiej żebyś nie drążył.

– Aha. Czyli znowu mam nic nie wiedzieć? – prychnąłem, czując, jak w gardle zbiera mi się złość. – Zawsze go bronisz, zawsze robisz z niego biednego człowieka, któremu wszyscy coś zawdzięczają.

– Nie o to chodzi…

– A o co? Mamo, nie jestem już dzieciakiem. Co się z nim dzieje?

– Ma problemy w pracy – powiedziała nagle, zbyt szybko, jakby chciała zrzucić z siebie ciężar.

Zamarłem.

– Jakie problemy?

Zaczęła kręcić głową, jakby żałowała, że cokolwiek powiedziała.

– Nie wiem dokładnie. Nie mówi. Ale coś się zmieniło. Wraca przygaszony, w nocy nie śpi… Prosił, żebym ci nie mówiła.

– No to świetnie – zaśmiałem się nerwowo. – Czyli on może mi dokuczać i docinać, ale jak jemu coś nie idzie, to nagle trzeba go oszczędzać?

– Patryk, proszę cię…

– Nie. Przez całe życie traktował mnie jak zero. I co, teraz mam nagle współczuć?

Matka odsunęła krzesło i wstała. Gdy wychodziła, widziałem, jak ociera łzy rękawem swetra. Zostałem sam w kuchni. A mimo tego, że jeszcze przed chwilą wściekłość we mnie buzowała… teraz czułem coś zupełnie innego. Niepokój.

Chcieli to przede mną ukryć

Było już po północy. Nie mogłem zasnąć. Leżałem w łóżku w dresie, słuchawki w uszach, ale muzyka nie przykrywała myśli. Zsunąłem jedną z nich i wtedy to usłyszałem. Głosy. Ciche, przytłumione, jakby szeptali.

– Straciłem wszystko, Ela – powiedział ojciec. Poznałem jego głos od razu, ale brzmiał inaczej niż zwykle. Złamany. – Pracę, dochód, szacunek... siebie.

Siedli w kuchni. Zerwałem się z łóżka i stanąłem za drzwiami, ledwo oddychając.

– Musisz powiedzieć Patrykowi – odparła mama. – Nie możesz udawać, że nic się nie stało. On też ma prawo wiedzieć.

On mnie nienawidzi, Ela. Widzisz, jak na mnie patrzy. Z pogardą.

– A może po prostu cię nie rozumie. Bo nigdy mu na to nie pozwoliłeś.

Byłem jak sparaliżowany. Serce waliło mi jak młotem. Ojciec... nie ma pracy? Kiedy? Jak?

– Kredyt nam siada. Nie wiem, jak opłacimy rachunki. Nie miałem odwagi ci tego mówić. Jeszcze mniej miałem jej dla Patryka. A teraz... on rzuca mi w twarz, że wolałby nie mieć ojca.

Zrobiło mi się zimno. Aż tak? Mama coś mu odpowiedziała, ale nie dosłyszałem. Chwilę później krzesło zaskrzypiało i zapadła cisza. Otworzyłem drzwi.

– To prawda? – zapytałem. Oboje zamarli. Ojciec spojrzał na mnie jak na ducha.

– Podsłuchiwałeś? – powiedział z wyrzutem.

– Miałem prawo wiedzieć.

Patrzyliśmy na siebie jak przeciwnicy po walce, ale tym razem nikt nie podniósł gardy.

– Tak – przyznał cicho. – Straciłem pracę. I nie mam pojęcia, co dalej.

Nie powiedziałem nic. Nie czułem triumfu. Czułem... pustkę.

Teraz dopiero mówił, że żałuje

Siedzieliśmy w kuchni. Ojciec miał ręce splecione przed sobą, jakby się modlił. Mama podawała herbatę, ale nikt nie miał siły jej pić. Cisza ciążyła, aż w końcu sam ją przerwał.

– Wiesz, Patryk… ja też kiedyś zaczynałem od wykładania towaru. Byłem chłopakiem po technikum, bez znajomości, z rękami do roboty i głową pełną ambicji. Trafiłem do hurtowni, potem do firmy, gdzie trzeba było zachrzaniać, żeby się wykazać. I wykazałem się. Z czasem awansowałem, uczyłem się, zasuwałem jeszcze więcej. Zyskałem szacunek.

Przerwał, spojrzał na mnie z czymś, czego nigdy wcześniej u niego nie widziałem. Z pokorą.

– Ale od jakiegoś czasu… nie ogarniałem. Zmienili systemy, młodzi ogarniali wszystko w moment. A ja? Potrzebowałem godzin. A potem już tylko patrzyli, kiedy popełnię błąd.

Westchnął.

– W końcu dostałem wypowiedzenie. Trzymali to w tajemnicy, żebym „nie stracił twarzy”. I wiesz co? Straciłem ją sam przed sobą.

– Czemu nie powiedziałeś wcześniej? – zapytałem, ale nie oskarżycielsko. Po prostu... chciałem zrozumieć.

– Bo głupio. Bo głupio jest przyznać, że nie jesteś już potrzebny. Bo głupio prosić o pomoc. Zwłaszcza syna, którego całe życie traktowało się jak ucznia.

– Ty nie traktowałeś mnie jak ucznia. Ty mnie traktowałeś jak idiotę – powiedziałem cicho, ale szczerze.

Zamarł. Pokiwał głową.

– Wiem. I żałuję tego.

– Potrzebujesz pieniędzy?

Skinął głową powoli, jakby go to bolało bardziej niż zwolnienie.

– Tak. Na kredyt. Przynajmniej na najbliższy miesiąc. Potem... potem spróbuję coś znaleźć.

Spojrzałem na niego. Miał opuszczone ramiona. Już nie był tym pewnym siebie facetem, który rzucał sarkazmem na lewo i prawo. Był po prostu... facetem po przejściach. I po raz pierwszy zobaczyłem w nim człowieka, nie wroga.

Dałem mu kasę w kopercie

Następnego dnia, tuż przed wyjściem do pracy, zostawiłem na stole kopertę. Oznaczyłem ją tylko jednym słowem: „TATA”. Ojciec siedział wtedy w salonie, w tej swojej znoszonej bluzie, gapiąc się w telewizor bez dźwięku. Gdy wszedłem do przedpokoju, zerknął w moją stronę.

– Co to? – zapytał, wskazując kopertę.

– Pieniądze. Na kredyt. – Wziąłem plecak na ramię. – Z tej mojej śmiesznej kasy, jak to kiedyś mówiłeś.

Zamilkł. Pochylił się powoli, jakby ważył każdy ruch, i wziął kopertę do ręki.

– Dziękuję, synu – powiedział cicho. Spuścił wzrok, a ja pierwszy raz w życiu zobaczyłem, że naprawdę się wstydzi. Nie udaje. Nie gra.

Nie odpowiedziałem. Wyszedłem, zanim zaczęło mnie ściskać w gardle. Od tamtego dnia coś się zmieniło. Niby nadal mijaliśmy się w kuchni, ale nie było już jadu w jego słowach. Czasem zapytał, czy nie jestem zmęczony. Czasem podał mi herbatę, jakby próbował to wszystko jakoś odkupić. To było dziwne. Niezręczne. Ale... ludzkie. Kiedyś, gdy wróciłem zmęczony po zmianie, zastałem go przy kuchennym stole z laptopem.

– Znalazłem ogłoszenie. Magazynier. Chyba nieźle płacą. Może... spróbuję – rzucił bez nadęcia.

– To dobra robota – odparłem tylko.

Nie patrzył już na mnie jak na porażkę. Może dlatego, że sam zrozumiał, jak łatwo można upaść. Może dlatego, że pierwszy raz w życiu to ja podałem mu rękę, a nie odwrotnie.

Patryk, 23 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama