„Oszukałem własną matkę na 23 tysiące i nie jest mi wstyd. Nie moja wina, że mnie wychowała na takiego kombinatora”
„Nie musiałem długo tłumaczyć. Powiedziałem, że potrzebuję pożyczki. Że wszystko się posypało, że straciłem pracę, że już mam rozmowy kwalifikacyjne, ale zanim dostanę wypłatę, potrzebuję mostu finansowego. Użyłem tego określenia celowo. Wiedziałem, że brzmi poważnie. Że brzmi jak coś tymczasowego”.

- Redakcja
Nigdy nie byłem szczególnie odpowiedzialnym człowiekiem. Zawsze żyłem z dnia na dzień, przepuszczając pieniądze szybciej, niż je zarabiałem. Kiedyś myślałem, że to tylko taki okres, że się ogarnę, że dorosłość mnie w końcu dogoni. Ale zamiast tego nauczyłem się kombinować. Gdy wpadłem w finansowy dołek, bez zastanowienia zadzwoniłem do mamy. Poprosiłem o dwadzieścia tysięcy – powiedziałem, że na ratunek, że oddam za miesiąc. Nie miałem zamiaru dotrzymać słowa. Mama uwierzyła. Ja tylko udawałem, że się staram. Wiedziałem, że tych pieniędzy już nigdy nie zobaczy.
Obiecałem, że oddam
Siedziałem na łóżku w wynajmowanym pokoju i patrzyłem na ekran laptopa, na którym wyświetlał się czerwony pasek: „Brak dostępu – nieopłacone konto”. Kolejna subskrypcja padła. Zaległości w czynszu, niezapłacony telefon, lodówka niemal pusta. Miałem na koncie dokładnie siedem złotych i trzydzieści groszy, a w portfelu kilka paragonów i bilet sprzed dwóch tygodni. Duma? W tamtym momencie była luksusem, na który mnie nie było stać. Przez godzinę kręciłem się po pokoju, zerkając na telefon, jakby sam miał zadzwonić. W końcu podjąłem decyzję. Wpisałem numer mamy, zawahałem się sekundę i nacisnąłem zieloną słuchawkę.
– Halo? – odezwała się od razu, jakby czekała.
– Cześć, mamo… – zacząłem przeciągle, jakbym testował grunt. – Słuchaj, jest sprawa…
Nie musiałem długo tłumaczyć. Powiedziałem, że potrzebuję pożyczki. Że wszystko się posypało, że straciłem pracę, że już mam rozmowy kwalifikacyjne, ale zanim dostanę wypłatę, potrzebuję mostu finansowego. Użyłem tego określenia – „most finansowy”. Wiedziałem, że brzmi poważnie. Że brzmi jak coś tymczasowego.
– Ile? – zapytała tylko.
– Dwadzieścia trzy tysiące. Oddam za miesiąc. Słowo.
Chwila ciszy. A potem:
– Dobrze. Tylko obiecaj mi, że dasz sobie radę. Wierzę w ciebie.
Wiedziałem, że przelew pójdzie jeszcze tego samego dnia. A ja poczułem ulgę. Nawet trochę za dużą, jak na kogoś, kto powinien się wstydzić. Ale ja się nie wstydziłem.
Kupiłem nowy telefon i buty
Mama nie zadawała zbyt wielu pytań. A może po prostu nie chciała usłyszeć odpowiedzi, które by ją zmartwiły. Kiedy wysłała mi potwierdzenie przelewu, napisała tylko: „Wierzę, że dotrzymasz słowa. Trzymam za ciebie kciuki”. To wystarczyło, żebym poczuł coś w rodzaju ukłucia w żołądku, ale nie było to jeszcze sumienie. Raczej stres, że teraz będę musiał grać rolę. Bo już wtedy wiedziałem, że tych pieniędzy nie oddam. Nie za miesiąc. I nie za dwa. Najprawdopodobniej – nigdy.
Zachowałem się, jakbym wszystko miał pod kontrolą. Zadzwoniłem po tygodniu, żeby powiedzieć, że rozmowa poszła świetnie. Po dwóch – że czekam na odpowiedź, ale jestem dobrej myśli. Po trzech – że zaczynam pracę od poniedziałku. Utrzymywałem tę narrację z taką pewnością, że niemal sam w nią uwierzyłem.
– Synku, jestem z ciebie dumna – mówiła przez telefon. – Wiedziałam, że się podniesiesz. Jesteś silniejszy, niż ci się wydaje.
Prawie zrobiło mi się głupio. Ale tylko prawie. Bo jednocześnie siedziałem wtedy w kawiarni z nowymi sneakersami na nogach i najnowszym telefonem w kieszeni. Tak, z tych pieniędzy. A przecież miałem nimi opłacić czynsz i długi. Ale coś we mnie zawsze pchało mnie do wydawania. Może rekompensowałem sobie tym jakieś kompleksy. A może po prostu byłem… nieodpowiedzialny? Obietnica oddania pieniędzy za miesiąc była pustym frazesem. Rzuconym lekko, by uspokoić mamę. I chyba siebie też.
Na rachunki nie starczyło
Dwadzieścia tysięcy plus trzy na koncie to dużo, jeśli przez ostatnie tygodnie jadłeś ryż z puszką kukurydzy i kombinowałeś, jak uniknąć właściciela mieszkania. Gdy tylko pieniądze przyszły, poczułem przypływ czegoś, co trudno było nazwać ulgą. To było raczej podniecenie. Euforia. Jakby nagle wszystko wróciło na swoje miejsce. Tyle że nic nie wróciło. Wszystko było złudzeniem.
Zamiast spłacić zaległości, poszedłem do galerii handlowej. Miałem dość chodzenia w tych samych, znoszonych trampkach, ze stłuczonym ekranem w starym telefonie. Wstydziłem się ich bardziej niż tego, że nie mam z czego oddać matce pożyczki. Kupiłem nowe sneakersy za dziewięć stów i najnowszy telefon na raty. Po co na raty, skoro miałem gotówkę? Żeby zostało więcej na inne „potrzeby”.
Wróciłem do mieszkania z torbami i siatkami. Czułem się jak ktoś, kto właśnie naprawia swoje życie. Serio. Usiadłem na kanapie, odpaliłem seriale na streamingu, który znów działał po opłaceniu subskrypcji i wziąłem głęboki oddech. „Zasłużyłem” – wmówiłem sobie. Na rachunki nie starczyło. Ale mówiłem sobie, że przecież jeszcze znajdę robotę, że coś się ruszy. Przecież nie chodziłem na te rozmowy tylko dla ściemy… No dobra, trochę chodziłem. Ale przecież coś się trafi. Prędzej czy później. Mama wciąż wierzyła. Pisała wiadomości pełne ciepła, troski i zachęty. A ja coraz bardziej przyzwyczajałem się do życia na jej koszt.
Mama dopytywała, a ja kręciłem
Minęły dwa miesiące. Wtedy mama pierwszy raz napisała coś, co nie brzmiało jak słodka zachęta, tylko jak subtelne przypomnienie. „Synku, jak tam praca? Mam nadzieję, że wszystko idzie dobrze. Gdybyś wiedział już coś o zwrocie tej pożyczki, daj znać.” Przeczytałem wiadomość trzy razy. Wiedziałem, że to nie była jeszcze presja. Raczej pytanie, które musiała zadać, bo przecież sama nie zarabiała kokosów. Ale i tak zrobiło mi się duszno.
Odpisałem szybko, żeby nie wyglądało na unikanie tematu. „Jasne, mamo. Wypłata ma być do 10., wtedy przeleję pierwszą część. Wszystko idzie zgodnie z planem”. Nie było żadnego planu. Nie było wypłaty. Nie było pracy. Ale była historia, którą trzeba było podtrzymać. Zbudowałem ją tak dokładnie, że sam się już w niej gubiłem.
Zaczęła dzwonić częściej. Pytała, jak mi idzie. Czy nowi koledzy w pracy są w porządku. Czy nie jestem przemęczony. Każda rozmowa to była kolejna rola do odegrania. Czasem aż mnie nosiło, żeby jej powiedzieć, jak naprawdę wygląda sytuacja. Ale zaraz potem myślałem: „Po co? Żeby ją zmartwić? Albo żeby mi obcięła pomoc, jakby jeszcze kiedyś była potrzebna?”
– Mamo, w pracy ostatnio jazda, ledwo wyrabiam – mówiłem przez telefon, opierając nogi o stół i popijając colę. – Ale jakoś daję radę. Spokojnie, pamiętam o wszystkim.
– Wiem, kochanie. Ja tylko pytam. Wiesz, że ci ufam – odpowiadała cicho.
A ja grałem dalej.
Udawałem, że wszystko jest okej
Z czasem zorientowałem się, że wystarczy mówić pewnie. Nawet jeśli nic nie szło po mojej myśli, wystarczyło rzucić: „Jest spoko”, „Jutro mam rozmowę”, „Szef mnie pochwalił” – i mama miękła. Może dlatego, że zawsze chciała we mnie wierzyć. Albo dlatego, że tak bardzo nie chciała zobaczyć prawdy, że była gotowa ją ignorować. Tak czy inaczej, działało. Miałem spokój.
Zacząłem wplatać w rozmowy szczegóły, które nadawały moim kłamstwom wiarygodności. Mówiłem, że firma się rozwija, że może nawet dostanę etat. Opowiadałem o współpracownikach, których imiona wymyślałem na poczekaniu i o absurdalnych sytuacjach biurowych, które gdzieś kiedyś przeczytałem w internecie. Mama śmiała się, dopytywała, cieszyła się, że „dobrze trafiłem”.
– A przelew? – zapytała któregoś razu ostrożnie.
– Już mam zlecony, tylko system bankowy coś muli – odpowiedziałem bez zawahania. – Rano powinien być. Jakby coś, to pisz od razu, dobra?
– Nie musisz się tak spieszyć, tylko daj znać, żebym wiedziała – powiedziała z troską. – Bo wiesz, też muszę sobie wszystko planować.
To był moment, w którym mogłem powiedzieć prawdę. Ale przecież miałem ją na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło jeszcze trochę poudawać. Jeszcze kilka tygodni spokoju. Tyle że nie wiedziałem, co zrobię później. Ale później mogło przecież wcale nie nadejść.
Nie miałem żadnych wyrzutów
Minęło pół roku. Mama już nie pyta. Czasem tylko rzuci coś mimochodem, między innymi tematami, jakby od niechcenia – o tym, że zbliża się termin ubezpieczenia mieszkania, albo że musiała naprawić pralkę. I ja wiem, że to są sygnały. Że chce, żebym sam z siebie coś zaproponował. Ale ja nie proponuję. Słucham, przytakuję, kiwam głową, czasem rzucę: „Jakby co, to mów” – i zmieniam temat.
Nie mam już na koncie tamtych pieniędzy. Ani grosza. Nie wydałem ich na nic ważnego. Po prostu… przejadłem je. Przepuściłem na bzdury, impulsywne zachcianki, życie chwilą. A teraz jestem dokładnie tam, gdzie byłem, zanim zadzwoniłem do mamy. Może nawet gorzej – bo teraz mam na karku jeszcze jedno: świadomość, że kogoś zwyczajnie oszukałem. Ale czy mam wyrzuty sumienia?
Nie. Bo w mojej głowie to była po prostu pożyczka „od mamy”. A matka – wiadomo – matce się nie oddaje jak obcej osobie. To trochę jakby dostać odroczenie kary. Albo czasowy zastrzyk gotówki. Czy czułem się źle, gdy kupowałem sobie ubrania, albo opłacałem kolejną platformę streamingową z tamtej kasy? Nie. Wtedy czułem, że życie ma sens. Wiem, że to nie jest w porządku. Ale wiem też, że ona i tak mnie kocha. I że pewnie wolałaby, żebym żył spokojnie, niż żebym się szarpał, próbując oddać każdą złotówkę. Tak to sobie tłumaczę. A wyrzuty…? Cóż. Może kiedyś się pojawią. Ale nie dziś.
Kamil, 28 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Bratowa zawsze traktowała mnie z góry. A jednak to mnie poprosiła o przysługę, gdy inni zawiedli na całej linii”
- „Ojciec często chodził do fryzjerki, ale wracał rozczochrany. Ramol urządzał brudne schadzki pod moim nosem”
- „Bliscy wyzywali mnie od pasożytów i nierobów. Wystarczyło, że dostałam spory spadek, by zmienili nastawienie”