Reklama

Niektórzy mówią, że najgorsze w rozwodzie to sama decyzja. Inni – że te papierki w sądzie, kiedy jeszcze raz musisz spojrzeć mu w oczy. Dla mnie najtrudniejsze przyszło później, kiedy wszystko już ucichło, kiedy nie było z kim zjeść śniadania, komu opowiedzieć o koszmarze, nie było kogoś, kto by przytulił, gdy wracałam przemoczona z pracy. Zostałam sama. Wbrew temu, co myślą inni, to nie był zły człowiek – nie bił, nie pił, czasem zrobił kolację. I może dlatego nikt nie rozumie, że zostawiłam go, bo po prostu nie chciał być tylko mój.

Jego bluzy pachniały inaczej

– Zjesz coś przed pracą? – zapytał, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Zrobiłam kanapki, weź sobie do pudełka – odpowiedziałam cicho, nakładając mu jeszcze plaster sera, jakby to coś zmieniało. I tak nie zauważył.

Tak wyglądały nasze poranki. Spokojne, ciche, z pozoru nawet dobre. Bez krzyków, bez trzaskania drzwiami. Tylko to milczenie między nami robiło się coraz grubsze, jak kocem obijane ściany więzienia. Pamiętam, jak kiedyś marzyłam o takim mężu. Żeby nie krzyczał. Żeby nie był taki oschły jak ojciec i nie zaglądał do kieliszka. Żeby był normalny. No i był. Przez pierwsze lata myślałam, że to wystarczy.

– Przecież jest dobry. Nie wyzywa cię, nie chodzi po knajpach. Sama mówiłaś, że to złoty chłopak – powtarzała matka, kiedy zaczęłam wątpić.

Złoty chłopak, który codziennie znikał w pracy, a potem jeszcze gdzieś „na chwilę”, niby na siłownię. Wracał późno, pachniał innymi perfumami niż moje. Czasem też innymi słowami – obcymi, zbyt miękkimi, jakby z kimś ćwiczył je wcześniej.

– Nie dramatyzuj – mówił, kiedy próbowałam pytać. – Chcesz się pokłócić o zapach? Może jeszcze mam ci pokazać paragon z drogerii?

Uwierzyłam. Przecież nie miałam dowodów. A potem przyszła wiadomość na jego ekranie. Zerknęłam tylko dlatego, że telefon wibrował na kuchennym blacie: „Dziękuję za wczoraj, jeszcze czuję cię”... Zrobiło mi się gorąco, potem zimno. Nogi miałam jak z waty. On wszedł do kuchni jak gdyby nigdy nic, z tą swoją zblazowaną miną i spojrzeniem, które kiedyś uwielbiałam.

– Co to ma znaczyć? – zapytałam, pokazując telefon.

– Nie wiem, o co ci chodzi – rzucił spokojnie. – To chyba nie twoja sprawa.

– Moja, do cholery! Jesteś moim mężem?!

– Przestań, robisz sceny. Tam już nic nie ma. A nawet jeśli, to i tak nic ci do tego...

Nie kłamał. Nic nie było. Zaczęłam węszyć. W domu, w jego rzeczach, w telefonie, w jego głosie. Bo kiedy raz usłyszysz kłamstwo, to każde kolejne słowo zaczyna brzmieć podejrzanie. Kupiłam płyn do prania, który sama wybrałam. Jego bluzy pachniały inaczej. Pościel niby czysta, a jakby nieprzyjemnie obca. Czasem czułam ten sam dziwny zapach na moim fotelu.

Robił ze mnie żałosną idiotkę

– Przecież pracuję. Czasem mam spotkania – tłumaczył, kiedy wracał zbyt późno, z mokrymi włosami i perfumami, których nigdy nie używał wcześniej.

– Tak, z jakąś blondyną z księgowości? – zapytałam kiedyś wprost, głupia, bo myślałam, że się chociaż zawstydzi.

– O co ci znowu chodzi? – westchnął teatralnie. – Mam ci pokazać grafiki z pracy? Może zamontujemy tu kamery i będziesz mnie śledzić? Naprawdę jesteś taka żałosna?

To było najgorsze. Nie krzyczał. Nie przeklinał. Patrzył z litością, jak na kogoś, kto już dawno nie jest partnerem, tylko problemem. Pewnego dnia wróciłam wcześniej. Udało mi się wyjść z pracy przed czasem, bo koleżanka się zamieniła. Myślałam, że zrobię obiad, że zaskoczę go czymś ciepłym. Chciałam nas jeszcze ratować. Otworzyłam drzwi. W łazience szumiała woda. W kuchni stały dwa kubki – oba używane. Na stole leżała pomadka. Czerwona, z zatartą literką na opakowaniu.

– Wróciłaś? – dobiegło z łazienki.

Zamarłam. Nie wiem, skąd miałam w sobie tyle spokoju. Wzięłam pomadkę, zapakowałam ją do woreczka strunowego i wrzuciłam do szuflady. Potem usiadłam na kanapie i czekałam, aż wyjdzie. Był zaskoczony. Spiął się na moment, potem uśmiechnął się sztucznie i powiedział:

– Miałem gościa z pracy. Tylko pogadaliśmy. Ty zawsze wszystko sobie dopowiadasz.

Patrzyłam na niego i pierwszy raz zobaczyłam kogoś zupełnie obcego. I siebie – kobietę, która za długo udawała, że ma męża.

Matka mówiła, że to moja wina

– Rozwodzić się?! Ty chyba oszalałaś! – Matka podniosła głos, jakby tym krzykiem mogła mnie zawrócić z drogi.

Siedziałam w jej kuchni, z czerwonym nosem i duszącym płaczem w gardle. Ona parzyła herbatę z miodem, jakbyśmy miały rozmawiać o przeziębieniu, nie o moim rozpadzie życia.

– Przecież był dla ciebie dobry. Zawsze był spokojny – zaczęła wyliczankę jak modlitwę. – Czego ty właściwie chcesz?

– Mamo… On mnie zdradził – powiedziałam po raz enty, ale to nie miało znaczenia.

– Może miał powód? – spytała cicho, niby ostrożnie. – Ty wiecznie zmęczona, wiecznie zapracowana. Dzieci nie macie. Może jemu też było ciężko?

Wbiło mnie w fotel. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem.

– Czy ty mnie właśnie obwiniasz o to, że mąż mnie zdradził?

– Nie obwiniam – jęknęła, przewracając oczami. – Ja tylko… Ja nie rozumiem, dlaczego chcesz wszystko tak od razu przekreślić. Kiedyś się takie rzeczy przełamywało. Jesteście małżeństwem. Trzeba walczyć.

– Walczyłam – wyszeptałam. – Z nim, o niego, o nas. On nie chciał. Przegrałam z pomadką i SMS-em.

– Może to tylko taka przygoda. Facet czasem się zagubi, ale to nie znaczy, że nie kocha.

To było jak pchnięcie. Wzięłam torebkę i wstałam.

– Mamo, ty byś mu wybaczyła?

– Nie wiem… może. Tyle razem przeszliście. Nie warto być samą – powiedziała, jakby to było coś najgorszego.

Spojrzałam na nią. Sama od lat, odkąd tata zniknął z inną. A ona dalej gotuje jego ulubioną zupę, jakby miał zaraz wrócić. Wyszłam bez słowa. I pierwszy raz poczułam, że nie chcę już nikomu nic tłumaczyć. Że ten rozwód to nie kara, tylko uwolnienie.

Za dużo ciszy dookoła

Mieszkanie było dziwnie ciche. Nie taka cisza jak wtedy, gdy on jeszcze spał. To była inna cisza – ta, co nie ma końca, bo nikt już nie wróci, nie stuknie drzwiami, nie rzuci kluczy na komodę. Każdy pokój przypominał mi, że teraz jestem tylko ja. Kubek w zlewie? Mój. Ręcznik na kaloryferze? Mój. Rozsypana kawa? Też moja. Wszystko moje. I tylko moje. Na początku było w tym coś przyjemnego. Puszczałam muzykę tak głośno, jak chciałam. Jadłam kolację w łóżku.

Tańczyłam w piżamie po kuchni. Nikt nie komentował. Nikt nie milczał ostentacyjnie. Ale potem wracałam z pracy i nikt nie pytał, jak minął dzień. W święta było pusto. W weekendy – za dużo ciszy. A kiedy rozchorowałam się po raz pierwszy, leżałam sama, z gorączką i kołdrą jak z kamieni. Zaczęłam gadać do siebie. Najpierw w myślach, potem już na głos. Zadawałam pytania i sama na nie odpowiadałam. Jakby ktoś miał usłyszeć.

– Dobrze zrobiłam, prawda? – pytałam lustra, trzymając w ręku szczoteczkę do zębów. – Przecież nie mogłam pozwolić mu zostać.

Lustro milczało. Zawsze milczało. Ludzie pytali, czemu tak rzadko się odzywam. Koleżanki mówiły:

– Chodź z nami na miasto. Odżyjesz wreszcie!

Poszłam raz. Wszystkie mówiły o facetach. Jedna zdradzana, druga zakochana w żonatym, trzecia szuka szczęścia po aplikacjach. Ja tylko siedziałam i patrzyłam, jak topnieje lód w mojej szklaneczce.

– A ty? – zapytała w końcu jedna z nich. – Z kim teraz jesteś?

– Z nikim – odpowiedziałam. – I może właśnie to jest problem.

Czy ja w ogóle tego chcę?

Byli tacy, co próbowali mnie „ratować”. Koleżanki z pracy podsyłały mi numery do coachów, linki do webinarów z tytułami w stylu: „Odzyskaj siebie po rozstaniu”. Jedna umówiła mnie na randkę w ciemno z informatykiem, który miał „świetne poczucie humoru” i „własne mieszkanie”. Owszem, miał i to, i to. Tyle że przy stole mówił tylko o kotach. Miał ich pięć. Nie mam nic do kotów, ale on znał ich horoskopy. Potem był sąsiad z trzeciego piętra – wdowiec. Zaproponował kawę. Miał ładny głos i trochę smutne oczy. Zgodziłam się. Poszliśmy do kawiarni, usiedliśmy przy oknie. On zaczął mówić o swojej żonie, jakby wciąż była obok.

– Trzy lata minęły, a ja nadal odstawiam jej kubek – powiedział cicho, ze spuszczonym wzrokiem. – Może to głupie?

– Nie, wcale – odparłam.

Zrobiło mi się ciepło. Bo rozumiałam. Po tym spotkaniu nie odzywał się więcej. Ja też nie. Może oboje nie byliśmy gotowi. Zaczęłam się zastanawiać, co to znaczy być gotową na nowe życie? Czy ja w ogóle tego chcę? Przeglądałam zdjęcia z wakacji, te sprzed kilku lat, kiedy jeszcze się śmiałam. Prawdziwie. Z zamkniętymi oczami, z rozmazanym tuszem. On stał obok, obejmował mnie ramieniem. Wyglądaliśmy jak para. Byliśmy jak para. Na zdjęciu.

– Może po prostu tak ma być – powiedziałam kiedyś do przyjaciółki. – Może jestem jedną z tych kobiet, które nie potrafią być już szczęśliwe z kimś. I nawet same ze sobą.

– Przestań – ucięła. – Ty jesteś wrażliwa, nie popsuta. A to nie to samo.

Wtedy po raz pierwszy poczułam, że może jeszcze coś się zmieni. Że może nie zawsze będzie mi tak pusto w środku.

Nie każda samotność to kara

Rano wstaję o siódmej. Parzę herbatę, zakładam dres i idę same ze sobą na spacer. Bez psa, bez celu – chcę po prostu iść. Patrzę na ludzi mijających mnie w pośpiechu i myślę: „Nie wiecie, jak bardzo to wszystko może się nagle skończyć”. A potem oddycham głęboko. Po raz pierwszy od dawna. W weekend czasem sprzątam zbyt dokładnie. Czasem po prostu leżę na kanapie, patrząc w sufit i nie czując winy. Nie muszę nikomu tłumaczyć, czemu nie ma obiadu. Mama już przestała mnie męczyć. Może zrozumiała. A może po prostu się poddała. Nadal czasem mówi:

– On był naprawdę w porządku. Żaden drań, taki… cichy chłopak. Tylko nie umiał być wierny.

– Właśnie dlatego nie mogłam z nim być – odpowiadam. – Bo ja potrafię być wierna. I wiem, że to jest dla mnie najważniejsze.

Nie szukam nikogo. Nie patrzę na innych z zazdrością. Wiem już, że nie każda samotność to kara. Moja jest jak cisza po burzy – jeszcze nie wiem, co w niej będzie, ale przynajmniej już nie leje mi w oczy. Czasem, kiedy jest naprawdę źle, siadam przed lustrem i pytam:

– I co teraz?

A potem sama sobie odpowiadam:

– Teraz żyjesz. I to nie jest wcale takie złe.

Elżbieta, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama