Reklama

Tłusty czwartek zawsze był dla mnie dniem drobnych przyjemności, takich, które potrafiły przykryć codzienne zgrzyty. Tego roku liczyłam, że pudełko ciepłych pączków postawione na stole u teściów pomoże nam na nowo złapać równowagę. Między mną a nimi od dawna wisiało niewypowiedziane napięcie, ale wierzyłam, że słodki gest wystarczy, by choć na chwilę zrobiło się lżej. Myliłam się.

Moje nadzieje okazały się płonne

Do domu teściów jechałam z duszą na ramieniu i kartonowym pudełkiem na kolanach. Przez całą drogę czułam zapach świeżych pączków. Lukier kleił mi się do palców, bo po drodze zerknęłam do środka, jakby to miało mnie uspokoić. Marcin prowadził w milczeniu. Wiedziałam, że też się denerwuje, choć udawał obojętność.

– Przesadzasz – rzucił w końcu, nie odrywając wzroku od drogi. – Mama tylko czasem mówi za dużo.

Nie odpowiedziałam. „Za dużo” było łagodnym określeniem. Ostatnie spotkanie skończyło się chłodnym pożegnaniem i ciszą trwającą tygodniami. Teraz jednak miało być inaczej. Tłusty czwartek, pączki, neutralny grunt. Teściowa otworzyła drzwi niemal natychmiast. Miała na sobie fartuch, jak zawsze, i ten sam uśmiech, który tak trudno było rozszyfrować.

– O, jesteście – powiedziała, zerkając na pudełko. – Widzę, że nie przyszliście z pustymi rękami.

– Pomyślałam, że to dobra okazja – odpowiedziałam, podając jej karton.

– No proszę, z tej cukierni? – uniosła brwi. – Tam teraz wszystko takie… nowoczesne.

Nie wiedziałam, czy to komplement, czy przytyk. Marcin cmoknął ją w policzek i przeszedł do salonu. Zostałam sama z nią w przedpokoju.

– Rozbierz się, zaraz podamy kawę – rzuciła, odwracając się na pięcie.

Usiedliśmy przy stole. Teść czytał gazetę, sprawiając wrażenie, jakby chciał zniknąć. Teściowa otworzyła pudełko i dokładnie obejrzała każdy pączek, tak, jak sprawdza się towar na targu.

– Z różą – mruknęła. – Kiedyś robiło się je samemu. Teraz młodzi wolą kupić.

Spojrzałam na Marcina. Udawał, że miesza cukier w filiżance.

Chciałam, żeby było miło – powiedziałam cicho.

– Jest miło – odparła szybko. – Po prostu mówię, jak jest.

Zapadła niezręczna cisza. Czułam, jak coś we mnie zaczyna się napinać, jak struna, której nikt nie chce poluzować. Jeszcze wierzyłam, że to tylko początek spotkania, że będzie lepiej. Nie wiedziałam wtedy, że jedna drobna uwaga wystarczy, by ten stół stał się polem bitwy.

Teściowa nie potrafiła odpuścić

Kawa wystygła, a ja nie wypiłam jeszcze nawet połowy. Teściowa kroiła pączki na równe połówki. Każdy ruch miała spokojny, niemal demonstracyjny. Teść chrząknął i wrócił do gazety. Marcin siedział napięty, zgarbiony, jakby chciał zniknąć między krzesłem a stołem.

– Weź jeszcze jednego – powiedziałam do niego półgłosem. – Przecież to tłusty czwartek.

– Nie, dziękuję – odpowiedział szybko.

Teściowa uniosła głowę.

– No tak, ty zawsze pilnujesz, żeby Marcin uważał na to, co je – rzuciła lekko. – Teraz wszyscy liczą kalorie.

Zamarłam.

To była jego decyzja – odparłam, starając się brzmieć spokojnie.

– Oczywiście – uśmiechnęła się. – Tylko zauważyłam, że odkąd się ożenił, wszystko jest „jego decyzją”.

Marcin poruszył się niespokojnie.

– Mamo, daj spokój.

– Ja tylko żartuję – odpowiedziała, odkładając nóż. – Kiedyś był bardziej... nasz. Teraz jest taki ułożony.

Słowo zawisło w powietrzu jak kurz w słońcu. Ułożony. Poczułam, jak policzki zaczynają mi płonąć.

– Jeśli to aluzja do mnie, to wolałabym, żebyśmy mówili wprost – powiedziałam.

Teść złożył gazetę.

Po co od razu tak ostro? – mruknął.

– Bo to nie pierwszy raz – odpowiedziałam, nie spuszczając wzroku z teściowej. – Każde spotkanie kończy się uwagą, która niby nic nie znaczy.

Jesteś przewrażliwiona – westchnęła. – Chciałam tylko powiedzieć, że kiedyś było inaczej. Jakoś tak... prościej.

– Dla kogo? – zapytałam. – Dla pani?

Zapadła cisza. Marcin wstał gwałtownie.

– Dość – powiedział. – To miał być zwykły dzień.

– Właśnie – odparła teściowa chłodno. – Ale niektórzy nie potrafią zachować dystansu.

Wtedy zrozumiałam, że pączki były tylko pretekstem. Że pod lukrem kryło się coś znacznie twardszego, czego nie dało się przełknąć ani udawać, że nie istnieje.

Nie chciałam tego dłużej znosić

Nie pamiętam, kto pierwszy podniósł głos. Wiem tylko, że nagle słowa zaczęły padać szybciej niż okruszki z pączków. Marcin stał między nami, bezradny, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.

– Zawsze robisz z siebie ofiarę – powiedziała teściowa, patrząc już nie na mnie, a na niego. – Ona cię odciąga od rodziny.

– Mamo, przestań – powtórzył, tym razem ostrzej. – To nieprawda.

– A jak to nazwać? – uniosła głos. – Kiedyś przyjeżdżałeś co niedzielę. Teraz trzeba się umawiać jak z obcymi.

– Bo mamy swoje życie – odpowiedział. – Normalne życie.

Poczułam, że coś we mnie pęka, ale jednocześnie pojawia się dziwny spokój.

– Nigdy nie zabraniałam Marcinowi tu przyjeżdżać – powiedziałam wolno. – Ale nie będę siedzieć cicho, kiedy ciągle mnie pani ocenia.

Teść wstał od stołu.

– Może rzeczywiście przesadzamy – mruknął, jakby sam do siebie.

Teściowa spojrzała na niego z niedowierzaniem.

– Ty też jesteś przeciwko mnie?

– Nie – westchnął. – Po prostu… może trzeba było to powiedzieć wcześniej.

Marcin podszedł do mnie i położył dłoń na moim ramieniu. Ten gest był cichy, ale znaczący. Teściowa zauważyła go od razu.

– Widzę – powiedziała chłodno. – Już wybrałeś.

– Tak – odpowiedział bez wahania. – Wybrałem spokój.

W domu zrobiło się nagle duszno. Zrozumiałam, że to spotkanie nie skończy się przeprosinami ani żartem. Zebraliśmy się do wyjścia. Pączki zostały na stole, nietknięte, jak dowód porażki. W drzwiach teściowa powiedziała jeszcze:

– Szkoda. Mogło być miło.

Nic nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że teraz wszystko zależy od tego, co wydarzy się dalej – czy ten konflikt wygaśnie, czy dopiero rozkręci się na dobre.

Cisza, która bolała bardziej

Przez kilka dni po tym spotkaniu panowała cisza. Taka gęsta, nieprzyjemna, wypełniona niedopowiedzeniami. Telefon Marcina leżał na stole, ekran pozostawał czarny. Ani jednej wiadomości. Ani od teściowej, ani od teścia. Z jednej strony czułam ulgę, z drugiej – narastający niepokój, bo wiedziałam, że ta cisza nie oznacza zgody.

– Może powinniśmy zadzwonić – rzuciłam któregoś wieczoru, bardziej, żeby sprawdzić jego reakcję niż ze szczerej chęci.

Marcin westchnął.

– A co mamy powiedzieć? Że przepraszamy za to, że mamy swoje zdanie?

Nie odpowiedziałam. Sama nie byłam tego pewna. Wychowałam się w domu, gdzie konflikty zamiatało się pod dywan, a potem udawało, że ich nie ma. Tu jednak dywan był już tak wypchany, że nie dało się po nim chodzić. W sobotę po południu zadzwonił teść. Marcin odebrał, wyszedł do drugiego pokoju. Słyszałam tylko urywki zdań, jego krótkie odpowiedzi. Kiedy wrócił, wyglądał na zmęczonego.

– Tata mówi, że mama to wszystko bardzo przeżyła – powiedział. – Że poczuła się odsunięta.

– A my? – zapytałam. – My tego nie przeżyliśmy?

Usiadł obok mnie.

– Przeżyliśmy. Ale oni nie potrafią inaczej.

– To nie znaczy, że mamy się godzić na wszystko.

Skinął głową, choć widziałam, że to dla niego trudne. Po raz pierwszy naprawdę stanął między dwiema stronami, które kochał. I po raz pierwszy nie chciał już udawać, że da się to pogodzić bez kosztów.

Wieczorem przyszła wiadomość od teściowej. Krótka, oficjalna. Zaproszenie na obiad. Bez słowa o tym, co się stało. Patrzyłam na ekran długo, zanim odłożyłam telefon.

To chyba próba rozejmu – powiedziałam cicho.

– Albo kolejna pułapka – odpowiedział Marcin.

Wiedziałam jedno: jeśli znów przekroczymy ten próg, nic nie będzie już takie jak wcześniej. I może właśnie tego wszyscy się baliśmy najbardziej.

Ustaliliśmy nowe granice

Poszliśmy na ten obiad tydzień później. Bez pączków, bez prezentów, bez planu ratunkowego. Tylko my i oni. Od progu czułam napięcie, ale też coś nowego – ostrożność i dystans po obu stronach. Teściowa podała zupę w milczeniu, teść krzątał się przy stole, jakby chciał zagadać ciszę, ale nie bardzo wiedział jak. W pewnym momencie teściowa usiadła naprzeciwko mnie i spojrzała prosto w oczy.

– Może czas powiedzieć to wprost – zaczęła. – Bałam się, że stracę syna. I zamiast to przyznać, mówiłam… różne rzeczy.

Serce zabiło mi szybciej. Nie były to przeprosiny, ale coś w tym tonie sprawiło, że opuściłam gardę.

– Ja też nie zawsze reagowałam dobrze – odpowiedziałam. – Ale chciałam tylko być traktowana jak część rodziny, nie ktoś z zewnątrz.

Marcin odchrząknął.

– Nie stracisz mnie, jestem twoim synem – powiedział spokojnie. – Ale mam swoje życie. I chcę, żebyście to uszanowali.

Zapadła cisza, inna niż wcześniej. Lżejsza. Teściowa skinęła głową.

– Spróbujemy – powiedziała krótko.

To „spróbujemy” było wszystkim, na co mogliśmy liczyć. I wystarczyło. Nie zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi, nie zniknęły wszystkie napięcia. Ale od tamtej pory rozmowy stały się prostsze, pozbawione ukrytych znaczeń i przytyków. A ja przestałam wierzyć, że słodkie gesty załatwią trudne sprawy. Czasem potrzeba otwartego konfliktu, żeby ustalić granice i wreszcie usiąść przy stole na uczciwych zasadach.

Ilona, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama