atoms.adSlot.adLabel

Jestem kobietą, która przez większość życia wierzyła, że emocje najlepiej trzymać na wodzy – tak dla własnego spokoju i dla świętego spokoju innych. W pracy zawsze byłam ta konkretna i rzeczowa, w domu – opoka, na której wszystko miało się trzymać. Nawet mąż przywykł do mojego zimnego spokoju i pragmatyzmu, chociaż czasem chyba marzył, żebym go przytuliła tak po prostu, bez powodu. Przez lata wmówiłam sobie, że miłość nie musi mieć iskier, a wierność to tylko rozsądny układ, nie żadne tam motyle w brzuchu. Czy było mi dobrze? Raczej było… wygodnie. I może właśnie dlatego pewnego dnia zgubiłam rękawiczki, a potem zgubiłam coś więcej. Ogrzane dłonie, spojrzenie, które burzyło poukładany świat – nie miałam pojęcia, że tak szybko można zapomnieć o wszystkim, co powinno być ważne.

Jakbyśmy znali się na wylot

Przeklinałam swoją nieuwagę, gdy tylko wysiadłam z auta. Mróz wgryzał się w palce niemal natychmiast, a ja, jak ta sierota, rozglądałam się dookoła, jakby rękawiczki miały same do mnie wrócić. Widziałam już parę ludzi, którzy obserwowali moją walkę z zamkiem bagażnika i – co tu kryć – zapewne słyszeli pod nosem, jak wyzywam samą siebie. Byłam poirytowana, bo znowu wyszłam z domu w pośpiechu, a wieczorem miałam wracać do zimnego auta i jeszcze bardziej zmarznąć. Wtedy pojawił się on. Zwyczajnie ubrany facet, znajomy z pracy, ten, który zawsze miał na wszystko czas i uśmiech. Zbliżył się powoli, jakby wyczuwał, że mam ochotę ugryźć każdego, kto się zbliży.

– Zgubiłaś coś? – zapytał, zerkając na mnie spod czapki.

– Tylko resztki godności, ale poza tym to chyba rękawiczki – odparłam, próbując ukryć, jak bardzo trzęsą mi się ręce.

– Pokaż. – Ujął moje dłonie bezceremonialnie, tak jakbyśmy od lat znali się na wylot. – No nie, palce ci już zupełnie zsiniały.

Zaczął dmuchać na moje ręce, rozcierając je powoli. Chciałam się wyrwać, ale zamiast tego patrzyłam, jak jego ciepły oddech sprawia, że coś drgnęło mi aż w żołądku.

– Daj spokój, zaraz mi przejdzie – mruknęłam, czując, że policzki robią mi się równie czerwone jak nos.

– W takim razie jeszcze przez chwilę musisz mnie znieść – zaśmiał się cicho. – Nie zostawię cię tu, żebyś miała się zamienić w sopel lodu.

Milczałam przez moment, patrząc w jego oczy. Były jakieś inne niż zwykle – cieplejsze, jakby nie śpieszyło mu się do niczego na świecie.

– Co się gapisz? – próbowałam żartować, choć głos mi lekko zadrżał.

– Na ciebie. Wyjątkowo dziś – odpowiedział spokojnie, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Coś błysnęło mu w oczach

Stałam jak wryta, czując się jednocześnie głupio i… dziwnie lekko. Miałam ochotę rzucić jakąś ciętą ripostę, ale wszystkie sensowne słowa wyparowały gdzieś w ten styczniowy mróz.

– Dobra, już wystarczy tego teatrzyku, oddaj mi ręce, bo jeszcze ktoś pomyśli, że jestem na randce pod biurowcem – próbowałam go spławić, ale wcale nie miałam na to ochoty.

On tylko się uśmiechnął.

– No i co z tego? Komu miałoby to przeszkadzać?

Może mojemu mężowi? – rzuciłam z przekąsem.

Zareagował spokojniej, niż się spodziewałam.

– Gdyby tu był, to pewnie sam by cię ogrzał, prawda? – Utrzymał kontakt wzrokowy, a mnie przeszło przez myśl, że mój mąż nigdy nie zrobiłby czegoś tak prostego i czułego na oczach obcych ludzi.

– Mój mąż nawet by nie zauważył, że mi zimno – mruknęłam zbyt szczerze, jak na siebie.

Przez sekundę coś błysnęło w jego oczach. Odsunął się na krok, jakby rozumiał, że przekroczył jakąś niewidzialną granicę. Pomiędzy nami zawisło milczenie, ale nie było w nim już niezręczności.

– Chcesz kawy? – spytał nagle, jakby próbował uratować sytuację. – Albo herbaty? Wiem, że nie znosisz tych automatów w holu, ale dziś wyjątkowo mogę postawić.

– No nie wiem, czy kawa z tobą to dobry pomysł – odpowiedziałam przekornie, ale nie odmawiałam. – Jeszcze ktoś się przyczepi, że spiskujemy przy kubkach.

– To ja wezmę na wynos i nikt nie będzie miał podejrzeń – powiedział, jakbyśmy mieli do ukrycia coś poważniejszego niż zmarznięte palce.

Szliśmy razem w stronę wejścia, a ja czułam, że mróz już mi nie straszny. Uciekałam spojrzeniem, choć wiedziałam, że on nie odpuszcza.

– Dziękuję – szepnęłam, kiedy wręczył mi papierowy kubek.

– Proszę bardzo, pani zmarzluch – odpowiedział z tym swoim nieznośnym, ciepłym uśmiechem.

Już nie chciałam udawać

Weszliśmy do holu, w którym od razu zaatakowało mnie znajome, biurowe ciepło i zapach taniej kawy z automatu. Stałam przez chwilę, próbując się ogarnąć, bo czułam się tak, jakby ten facet jednym gestem wytrącił mi z rąk wszystkie wymówki i chłodne miny. Usiedliśmy przy oknie, z dala od innych. On oparł się wygodnie i po prostu patrzył na mnie, jakby czekał, aż powiem coś mądrego. Ja tymczasem nerwowo mieszałam kawę, choć nawet nie miałam ochoty jej pić.

– Często tak gubisz rękawiczki? – zagadnął z uśmiechem, podając mi cukier.

– Ostatnio częściej niż powinnam. Może to jakiś znak – odburknęłam, rzucając mu krótkie spojrzenie.

– Znak, że trzeba się czasem zatrzymać? – zapytał cicho, jakby naprawdę go to obchodziło.

Zacisnęłam palce na kubku, żeby nie było widać, że drżą.

– A ty? Zatrzymujesz się czasem, czy tylko innym podpowiadasz? – zrewanżowałam się pytaniem.

– Próbuję. Chociaż łatwiej jest radzić innym niż sobie. – Westchnął, a potem spojrzał na mnie tak, jakby czytał mi w myślach. – Ty też tak masz, prawda? Wszystko ogarnięte, plan dnia, lista zakupów, a potem nagle życie wywraca ci stół do góry nogami.

Zamarłam na moment. Trafił w punkt, aż zabolało. Upiłam łyk kawy, by zyskać na czasie.

– Tak, mniej więcej tak to wygląda – przyznałam niechętnie. – Może to przez ten mróz ludzie się otwierają szybciej. Albo przez to, że już nie mam siły udawać.

Uśmiechnął się łagodnie, bez cienia kpiny.

– Nie udawaj, bo i tak cię zawsze zdradzą oczy – powiedział, po czym nachylił się bliżej, opierając łokcie na stole. – Możesz mi czasem powiedzieć coś prawdziwego, nawet jeśli nie wypada.

– Może powiem. Może właśnie dziś – odpowiedziałam cicho, a w środku poczułam znajome ukłucie niepokoju.

Kusiło mnie strasznie mocno

Zaczynałam się zastanawiać, czy nie powinnam wstać i po prostu wrócić do swojego biurka, do rutyny, która może i była nudna, ale przynajmniej nie ryzykowałam, że ktoś zobaczy przezroczyste ściany mojej zbroi. On jakby to wyczuł – uśmiechnął się nieznacznie, a potem spojrzał przez okno, jakby chciał mi dać chwilę wytchnienia.

– Może jednak lepiej cię zostawię, zanim jeszcze ktoś zacznie się doszukiwać sensacji – rzucił niby żartem, ale bez tej pewności siebie, którą znałam z pracy.

– Dziś wszyscy udają, że nic nie widzą – odpowiedziałam, próbując brzmieć lekko. – Zresztą, nie wiem, czy mnie jeszcze obchodzi, co ludzie powiedzą.

Przez moment milczeliśmy. Słyszałam tylko szum automatu i odległe odgłosy rozmów na korytarzu.

– Kiedy ostatnio zrobiłaś coś tylko dla siebie? – zapytał nagle.

– Nie pamiętam. Chyba wtedy, gdy zjadłam całą tabliczkę czekolady, ukrywając się w łazience przed rodziną. – Uśmiechnęłam się krzywo. – Takie to moje szaleństwa.

– To może dziś czas na coś większego niż czekolada? – podsunął, odważniej niż się spodziewałam. – Może po pracy skoczymy gdzieś na spacer? Znam jedno miejsce nad rzeką, jest tam cicho, nikt nie będzie się gapił.

Spuściłam wzrok na swoje dłonie. Kusiło mnie, żeby się zgodzić, ale w głowie odzywał się cichy głos rozsądku, który przez lata powtarzał: „nie ryzykuj, nie wychylaj się”.

– Ja mam przecież dom, obowiązki… – próbowałam się tłumaczyć, bardziej przed sobą niż przed nim.

– Dom nie ucieknie. Chyba zasłużyłaś na godzinę wolności, co? – spojrzał na mnie ciepło. – Nie chcę cię do niczego zmuszać. Po prostu… szkoda marnować życie na wieczne odkładanie siebie na potem.

Podniosłam na niego oczy, widząc w nich coś, czego mój mąż nie okazał mi od lat – autentyczne zainteresowanie.

– Dobrze – powiedziałam po chwili, cicho, prawie szeptem. – Dziś po pracy.

Cisza to dla mnie luksus

Ostatnie godziny w pracy dłużyły mi się niemiłosiernie. Każde spojrzenie na zegarek wywoływało niepokój, jakby zaraz miało się wydarzyć coś, na co wcale nie byłam gotowa. Odbierałam maile, rozmawiałam z ludźmi, ale w głowie miałam tylko jedno: spotkanie nad rzeką, które samo w sobie brzmiało zupełnie niewinnie, a jednak wewnętrznie trzęsłam się jak nastolatka na pierwszej randce.

Wyszłam pierwsza, żeby nikt nie widział, że czekam. Oparłam się o balustradę mostu, patrząc na powolnie płynącą wodę. Powietrze wciąż było ostre, mróz szczypał w policzki, ale jakoś mnie to już nie ruszało. Wkrótce dołączył do mnie.

– Chyba polubisz to miejsce – powiedział, zatrzymując się obok. – Tu zawsze jest cisza.

Cisza to luksus. W domu zawsze ktoś czegoś chce – odparłam z półuśmiechem, a potem zapadła między nami chwila prawdziwego spokoju.

– Wiesz, czasem mam wrażenie, że żyjemy obok siebie, a nie ze sobą – powiedział cicho, patrząc przed siebie. – Z kimś, kto kiedyś był blisko, a teraz nawet nie zauważa, że ci zimno.

Popatrzyłam na niego uważnie, nagle zdając sobie sprawę, że w jego słowach jest coś więcej niż tylko przypadkowa życzliwość.

– Myślisz, że to normalne? Że ludzie tak po prostu przyzwyczajają się do pustki?

– Nie wiem, może się boją. Albo po prostu nie mają odwagi czegoś zmienić. – Westchnął i spojrzał na mnie. – Czasem wystarczy drobiazg. Ktoś, kto poda ci rękę, ogrzeje dłonie, spojrzy… tak, że zapominasz o całym świecie.

Zadrżałam, tym razem już nie z zimna.

Przecież to tylko chwila – szepnęłam, bardziej do siebie niż do niego.

– Czasem jedna chwila jest więcej warta niż lata czekania – odpowiedział i przez chwilę staliśmy bardzo blisko, milcząc.

Jeszcze nie czas na koniec

Nie pamiętam, jak długo tam staliśmy, wtuleni w ciszę, której tak bardzo mi brakowało przez ostatnie lata. Przez moment świat naprawdę zniknął – dom, mąż, dzieci, obowiązki i ten wieczny wewnętrzny głos, który przypominał, że trzeba być silną, praktyczną, rozsądną. Zostałam tylko ja i on, a pod opuszkami palców czułam jeszcze echo jego ciepła. W końcu spojrzał na mnie, jakby szukał w moich oczach potwierdzenia, że też to czuję.

– Wiesz, jeszcze niedawno wydawało mi się, że życie już mnie nie zaskoczy – powiedział cicho. – A dziś? Masz takie oczy, że mógłbym dla nich zrobić wszystko.

Zaśmiałam się, bardziej z nerwów niż z radości.

Nie obiecuj za dużo – odpowiedziałam. – Jutro pewnie wrócę do swojego świata, a ty do swojego. Tak jest chyba bezpieczniej.

– Czasami trzeba coś zaryzykować. Żeby nie żałować, że nie spróbowałaś – uparcie patrzył mi prosto w oczy. – Przecież nie zrobiłem nic złego, tylko ogrzałem ci dłonie.

– Niby nic… a jednak wszystko – wyszeptałam, pozwalając sobie na krótki moment słabości. – Sama nie wiem, czy bardziej mnie to przeraża, czy pociąga.

Zachichotał, jakby nie mógł się zdecydować, czy się śmiać, czy mnie pocałować.

– To może nie decyduj dziś. Daj się ponieść temu, co jest. Tu i teraz.

Spojrzałam na jego ręce, które znów znalazły moje dłonie – już nie zziębnięte, tylko lekko drżące. Przez sekundę chciałam uciec, wrócić do znajomej pustki, gdzie nie ma ryzyka, że coś zaboli. A potem pomyślałam, że jeszcze nie czas na koniec. Nawet jeśli jutro wrócę do swojego starego świata, dziś, choć przez chwilę, mogę udawać, że żyję inaczej.

– Wiesz co? – odezwałam się w końcu. – Chyba znów zgubiłam rękawiczki.

– To będę musiał jeszcze raz cię ogrzać – odpowiedział i uśmiechnął się tak, jakby naprawdę na niczym innym mu nie zależało.

A ja pierwszy raz od dawna poczułam, że nie jestem niewidzialna.

Alina, 45 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel