Reklama

Oboje wyszliśmy z biednych domów, dlatego gdy dostaliśmy stałą pracę w dużych firmach, poczuliśmy, że wreszcie mamy kontrolę nad życiem. Każdy awans i każdy przelew dawały nam poczucie bezpieczeństwa, którego wcześniej nie znaliśmy. Pracowaliśmy coraz więcej, odkładając wszystko inne na później. Mówiliśmy sobie, że to tylko etap, że jeszcze chwila wysiłku i zwolnimy. Nie zauważyliśmy, kiedy ambicja zamieniła się w pracoholizm, a pieniądze stały się ważniejsze niż relacje.

Zanim na dobre wkroczyliśmy w dorosłość, marzyliśmy głównie o stabilizacji i spokoju. Chcieliśmy żyć inaczej niż nasi rodzice, bez ciągłego liczenia każdej złotówki i obaw o jutro. Wydawało nam się, że pieniądze rozwiążą wszystkie problemy. Nie myśleliśmy wtedy o konsekwencjach. Sukces zawodowy był dla nas synonimem szczęścia, a kariera dowodem, że wyrwaliśmy się z ograniczeń, w których dorastaliśmy. Nie przypuszczaliśmy, że ta droga zaprowadzi nas tak daleko od samych siebie.

Kasa była najważniejsza

Oboje wychowaliśmy się w domach, w których zawsze brakowało pieniędzy, dlatego gdy udało nam się zdobyć stabilne posady w dużych korporacjach, poczuliśmy się, jakbyśmy wygrali los na loterii. Każda podwyżka, każdy bonus dawały poczucie kontroli i bezpieczeństwa, którego wcześniej nie znaliśmy. Z czasem praca zaczęła zajmować coraz większą część naszego życia. Zostawaliśmy po godzinach, braliśmy dodatkowe projekty, a kalendarz wypełniał się kolejnymi terminami. Ciągle powtarzaliśmy sobie, że to tylko przejściowe, że jeszcze chwila wysiłku i będzie można odetchnąć. W rzeczywistości wpadliśmy w pułapkę. Zamiast zwalniać, przyspieszaliśmy jeszcze bardziej, nie zauważając, jak bardzo oddalamy się od siebie i od tego, co powinno być dla nas najważniejsze.

Pochodzę z niewielkiej miejscowości na wschodzie kraju. Do Warszawy przyjechałam na studia, z myślą, że to tylko etap. Właśnie tam poznałam Michała, mojego przyszłego męża. Gdy dostaliśmy pracę i kolejne propozycje, decyzja o zostaniu wydawała się oczywista. Stolica dawała możliwości, o których wcześniej mogliśmy tylko marzyć. Wielkie miasto szybko mnie wciągnęło. Tempo, prestiż i pieniądze działały jak magnes, a każdy sukces utwierdzał nas w przekonaniu, że idziemy dobrą drogą. Mówiliśmy sobie, że jeszcze jeden kontrakt, jeszcze jeden rok. Czas mijał, a ja coraz rzadziej czułam, że to miejsce naprawdę jest moje.

Dziecko oddałam opiekunce

Gdy na świecie pojawił się nasz syn, Kacper, wydawało mi się, że wszystko się zmieni. Przez chwilę rzeczywiście tak było i wierzyłam, że nowa rola automatycznie ustawi moje priorytety. Chciałam być idealną matką, nawet jeśli nie bardzo wiedziałam jeszcze, jak to zrobić w praktyce. Po urlopie macierzyńskim wróciłam jednak szybko do pracy, bo bałam się utraty stanowiska i pozycji, na którą tak długo pracowałam. Praca dawała mi poczucie kontroli i bezpieczeństwa, którego w nowej sytuacji bardzo potrzebowałam. Tłumaczyłam sobie, że to rozsądne i że robię to również dla dobra rodziny.

Zatrudniliśmy opiekunkę, przekonując samych siebie, że zapewniamy dziecku najlepsze warunki. Była doświadczona i ciepła, a my wierzyliśmy, że profesjonalna opieka wystarczy tam, gdzie brakuje nas. Uspokajaliśmy sumienie, mówiąc, że najważniejsze jest przecież bezpieczeństwo. Dopiero z czasem dotarło do mnie, że zamiast obecności oferujemy synowi jedynie zastępstwa i drogie rekompensaty. Coraz częściej widywałam go tylko na chwilę, a bliskość zastępowały prezenty i obietnice, że kiedyś nadrobimy stracony czas.

Z czasem zaczęły pojawiać się drobne sygnały, które lekceważyliśmy. Zmęczenie, milczenie przy kolacji, coraz rzadsze rozmowy. Udawaliśmy, że to chwilowe i że wszyscy tak żyją. Każde z nas funkcjonowało w swoim świecie, połączonym jedynie wspólnym adresem i logistyką dnia codziennego. Coraz rzadziej byliśmy dla siebie wsparciem, a coraz częściej jedynie współlokatorami. Michał coraz częściej pracował wieczorami, ja nadrabiałam zaległości w weekendy. Rodzina schodziła na dalszy plan, choć wmawialiśmy sobie, że robimy to wszystko właśnie dla niej. Nie zauważyliśmy momentu, w którym to, co miało być środkiem do celu, stało się celem samym w sobie. Praca przestała być narzędziem, a zaczęła rządzić naszym życiem.

Nasz syn nie zaznał ciepła

Zaczęłam martwić się zachowaniem Kacpra, gdy poszedł do przedszkola. Wychowawczyni coraz częściej wspominała o jego wybuchach złości i problemach z regulowaniem emocji. Początkowo tłumaczyłam to adaptacją, zmęczeniem i charakterem. Chciałam wierzyć, że to tylko przejściowy etap, który sam minie. Jednak z każdym kolejnym telefonem narastał we mnie niepokój. Wszystko zmieniło się w dniu, gdy dzieci miały narysować dom. Większość prac była kolorowa, pełna ludzi i uśmiechów. Rysunek mojego syna przedstawiał jedynie cztery ściany i dach.

Siedziałam w naszym nowoczesnym salonie i po raz pierwszy poczułam, że to miejsce jest puste. Zrozumiałam, że stworzyliśmy przestrzeń bez ciepła, w której nikt nie czuje się naprawdę bezpiecznie. Rozmowa z Michałem była trudna, ale konieczna. Po raz pierwszy od dawna mówiliśmy o emocjach, a nie o obowiązkach czy planach. Przyznaliśmy przed sobą, że zawiedliśmy siebie i własne dziecko. Zdecydowaliśmy, że musimy zwolnić, nawet jeśli oznacza to rezygnację z dotychczasowego życia i przyzwyczajeń. Wiedzieliśmy, że dalsze trwanie w tym schemacie tylko pogłębi problem. Najpierw ja zrezygnowałam z pracy, co było jedną z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Później zapadła decyzja o sprzedaży mieszkania i wyprowadzce. Choć wielu uznało to za szaleństwo, my po raz pierwszy od dawna poczuliśmy ulgę i spokój, których tak bardzo nam brakowało.

Czasem trzeba się zatrzymać

Wieś przyjęła nas ciszą i spokojem, do których musieliśmy się przyzwyczaić. Mały dom, ogród i przestrzeń do oddychania pozwoliły nam zwolnić i spojrzeć na siebie inaczej. Michał pracował zdalnie, a ja mogłam być blisko syna. Bez pośpiechu i ciągłego rozglądania się na zegarek. Codzienność stała się prostsza, ale prawdziwsza i bardziej szczera. Po raz pierwszy od dawna mieliśmy czas. Tak naprawdę. Zwolnienie tempa sprawiło, że zaczęłam znów dostrzegać drobne rzeczy, które wcześniej mi umykały. Smak porannej kawy, zapach deszczu, śmiech dziecka…

Wróciłam do pisania, pasji porzuconej na rzecz kariery. Nasza rodzina powoli się leczyła. Dziś wiem, że szczęście nie kryje się w liczbach ani prestiżu. Jest w codziennych chwilach, które wcześniej umykały. Czasem trzeba się zatrzymać, a nawet zawrócić. My zrobiliśmy to w porę i dzięki Bogu dostaliśmy drugą szansę. A nasz synek nareszcie stał się spokojniejszy, choć przed nami jeszcze długa droga. Częściej się uśmiecha i na jego rysunkach pojawia się powoli coraz więcej kolorów.

Magda 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama