„Pierwszy zgrzyt po ślubie syna nastąpił przy remoncie. Nie przewidziałam, że to nie synowa jest moją główną rywalką”
„Odłożyłam klucz na komodę przy wejściu. Chciałam, żeby zobaczyli, jak bardzo mnie ranią. Liczyłam, że ktoś mnie zatrzyma. Nikt nie zatrzymał. Wyszłam, trzaskając drzwiami. Przez kolejne dni nie dzwoniłam. Czekałam. Byłam przekonana, że Kamil nie wytrzyma ciszy i przyjedzie”.

- Redakcja
Zawsze uważałam, że wiem lepiej. W końcu to ja wychowałam syna, to ja stałam przy nim, kiedy był mały i bezradny. Gdy w jego życiu pojawiła się ona, byłam przekonana, że to tylko chwilowa fascynacja. Nie brałam pod uwagę, że pewnego dnia stanę z nią do cichej walki, w której stawką będzie coś znacznie ważniejszego niż racja.
Od razu poczułam, że jest za milutka
Poznałam Maję w listopadowe popołudnie. Stała w progu mojego mieszkania z bukietem herbacianych róż i nieśmiałym uśmiechem. Była drobna, spokojna, zbyt spokojna jak na mój gust. Od razu poczułam, że będzie chciała mnie „ugłaskać”.
– Dzień dobry, pani Renato. Słyszałam, że lubi pani róże – powiedziała, podając mi kwiaty.
– Lubię – odparłam chłodno. – Choć nie każdy wie, że trzeba im codziennie zmieniać wodę.
Zauważyłam, jak jej palce lekko zadrżały. Mój syn, Kamil, spojrzał na mnie ostrzegawczo.
– Mamo, Maja naprawdę się postarała.
Usiedliśmy do stołu. Przygotowałam obiad taki jak zawsze: rosół, pieczeń, sałatkę według przepisu mojej mamy. Maja przez chwilę jadła w milczeniu, aż w końcu odezwała się cicho:
– Bardzo smaczne. Chociaż ja do sałatki dodaję jeszcze odrobinę musztardy. Smak jest wtedy wyraźniejszy.
Odłożyłam widelec.
– W naszej rodzinie robimy ją w ten sposób od lat – odpowiedziałam. – I nikomu nie brakowało wyrazistości.
Kamil westchnął.
– Mamo, to tylko sugestia.
– A ja tylko wyjaśniam, że tradycja ma znaczenie.
Czułam, jak atmosfera gęstnieje. Maja spuściła wzrok, ale nie wycofała się całkowicie.
– Oczywiście, szanuję to – powiedziała spokojnie. – Po prostu każdy dom ma swoje smaki.
To zdanie zabolało mnie bardziej, niż powinno. „Każdy dom”. Jakby już planowała stworzyć własny, oddzielony od mojego.
Pierwszy zgrzyt po ślubie
Kiedy kilka miesięcy później oznajmili, że biorą ślub, przyjęłam to z kamienną twarzą.
– Skoro jesteś pewien, to twoja decyzja – powiedziałam do syna.
– Jestem pewien – odpowiedział stanowczo. – Kocham ją.
Nie zaprzeczyłam. Uśmiechnęłam się nawet podczas ceremonii, choć w środku czułam, że coś mi się wymyka. Wmawiałam sobie, że to chwilowe. Że młodzi szybko przekonają się, ile kosztuje dorosłe życie i wrócą po radę.
Pierwszy zgrzyt po ślubie nastąpił przy okazji remontu ich mieszkania. Przyjechałam z katalogami i gotowymi pomysłami.
– Salon powinien być jasny – oznajmiłam. – Beże są ponadczasowe.
Maja pokręciła głową.
– Myśleliśmy o butelkowej zieleni.
– Zieleni? – uniosłam brwi. – To przytłaczający kolor.
– Nam się podoba – wtrącił Kamil.
Słowo „nam” uderzyło mnie jak policzek. Już nie „ja i mama”. Teraz było „my”. Wyszłam wcześniej, tłumacząc się bólem głowy. W domu długo siedziałam w ciszy. Zamiast przyznać, że boję się utraty syna, powtarzałam sobie, że muszę pilnować porządku. Że ktoś musi dbać o rozsądek. Nie zauważyłam, że w tej walce o rację zaczynałam tracić coś znacznie cenniejszego.
Potraktowali mnie jak jakiegoś akwizytora
Z czasem coraz częściej wpadałam do nich „przypadkiem”. Miałam klucz, który Kamil dał mi jeszcze przed ślubem. Uważałam, że to naturalne – w końcu byłam matką. Pewnego popołudnia weszłam bez zapowiedzi. W salonie pachniało świeżo parzoną kawą, a na ścianach rzeczywiście pojawiła się ta nieszczęsna zieleń. Maja stała na drabinie i wieszała półkę.
– O, dzień dobry – powiedziała zaskoczona. – Mogła pani zadzwonić.
– Nie chciałam przeszkadzać – odparłam, choć wiedziałam, że właśnie to robię. – Pomyślałam, że sprawdzę, czy wszystko w porządku.
Kamil wyszedł z kuchni z kubkiem w ręku.
– Mamo, umawialiśmy się, że będziesz dawać znać.
– Czy ja muszę się zapowiadać w domu własnego syna? – zapytałam, czując jak wzbiera we mnie oburzenie.
– To nasz dom – odpowiedziała Maja spokojnie, schodząc z drabiny. – Chcemy mieć trochę prywatności.
To słowo – prywatność – zabolało mnie jak wyrzut.
– Czyli jestem intruzem? – uniosłam głos.
– Nikt tak nie powiedział – wtrącił Kamil. – Po prostu potrzebujemy spokoju.
Patrzyłam na nich i widziałam, że stoją ramię w ramię. Nie przeciwko światu, tylko przeciwko mnie. Nagle poczułam się obca.
– Dobrze – powiedziałam sztywno. – Skoro tak.
Odłożyłam klucz na komodę przy wejściu. Chciałam, żeby zobaczyli, jak bardzo mnie ranią. Liczyłam, że ktoś mnie zatrzyma. Nikt nie zatrzymał. Wyszłam, trzaskając drzwiami. Przez kolejne dni nie dzwoniłam. Czekałam. Byłam przekonana, że Kamil nie wytrzyma ciszy i przyjedzie.
Łatwiej było się obrazić, niż przyznać do winy
Minął tydzień. Potem drugi. W końcu sama zadzwoniłam.
– Synu, dawno się nie odzywałeś – zaczęłam chłodno.
– Mamo, pracujemy oboje. Dużo się dzieje – odpowiedział zmęczonym głosem. – Mówiliśmy, że potrzebujemy trochę czasu.
– Czasu od własnej matki?
– Nie od ciebie. Dla siebie.
To brzmiało jak wymówka. Odkładając słuchawkę, byłam pewna, że to Maja go nastawiła. W mojej głowie ona była tą, która go oddzielała, która wprowadzała nowe zasady.
Kulminacja przyszła w święta. Zaprosiłam ich, jak co roku. Przygotowałam wszystko perfekcyjnie. Stół nakryty białym obrusem, dodatkowe nakrycie, ulubione pierogi Kamila. Przyszli spóźnieni. Maja miała na sobie prostą, zieloną sukienkę, a w dłoni trzymała pudełko.
– Przyniosłam makowiec – powiedziała nieśmiało.
– Mam już ciasto – odparłam sucho.
Podczas kolacji rozmowa była napięta. W pewnym momencie zapytałam:
– A kiedy wreszcie pomyślicie o dziecku? Czas ucieka.
Maja zesztywniała.
– To nasza sprawa – odpowiedziała cicho.
– Ja tylko pytam. Chciałabym jeszcze mieć siłę, żeby pomóc.
– Mamo – Kamil odłożył sztućce – przekraczasz granicę.
– Granicę? – powtórzyłam. – Martwię się o was.
– Nie, mamo. Ty próbujesz decydować za nas.
W pokoju zapadła cisza. Czułam, jak serce bije mi szybciej.
– Jeśli tak to odbieracie, to może rzeczywiście lepiej, żebym się nie wtrącała – powiedziałam lodowato.
– Może na jakiś czas tak będzie lepiej – odpowiedział Kamil.
Te słowa były jak zamknięcie drzwi. Wyszli wcześniej, niż planowali. Zostawili makowiec na stole. Po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl, że to nie Maja mnie odsuwa. Że to ja, kurczowo trzymając się swojej pozycji, sama wypycham ich ze swojego życia. Ale szybko zagłuszyłam tę myśl. Łatwiej było być obrażoną niż przyznać się do winy.
Obcy wiedzieli wszystko, ja – nic
Po tej wizycie nie rozmawialiśmy prawie dwa miesiące. Telefon leżał obok mnie każdego wieczoru, ale duma nie pozwalała mi wybrać numeru. Wmawiałam sobie, że to oni powinni zrobić pierwszy krok. W końcu to ja zostałam potraktowana niesprawiedliwie.
Któregoś popołudnia spotkałam na klatce ich sąsiadkę.
– Pani Renato, gratulacje – powiedziała z uśmiechem.
– Ale z jakiej okazji?
– No przecież… będzie pani babcią.
Świat na moment stanął w miejscu.
– Słucham?
– Młodzi mówili, że to dopiero początek, ale bardzo się cieszą.
Wróciłam do mieszkania jak we śnie. Usiadłam przy stole i poczułam, jak coś we mnie pęka. Oni mieli w sobie tyle radości, a ja nie byłam jej częścią. Dowiedziałam się od obcej osoby, bo mój syn bał się do mnie zadzwonić. I nagle zrozumiałam, że to nie Maja mnie odsunęła. To ja sprawiłam, że przestali czuć się przy mnie bezpiecznie.
Nie czekałam dłużej. Pojechałam do nich bez zapowiedzi, ale tym razem nie użyłam klucza. Zapukałam. Drzwi otworzyła Maja. Wyglądała na zaskoczoną.
– Dzień dobry – powiedziała ostrożnie.
– Czy mogę wejść?
Kamil wyszedł z pokoju. Między nami wisiało napięcie.
– Gratuluję – zaczęłam. – Dowiedziałam się przypadkiem. I to mnie zabolało. Ale jeszcze bardziej zabolało mnie to, że wiem, dlaczego nie powiedzieliście mi sami.
Cisza była ciężka.
– Mamo… – zaczął Kamil.
– Nie, pozwól mi dokończyć. – Spojrzałam na Maję. – Przepraszam. Za wchodzenie bez pytania. Za narzucanie wam swoich decyzji. Za pytania, które nie były moją sprawą.
Maja wstrzymała oddech.
– Ja naprawdę nie chciałam pani odsuwać – powiedziała cicho. – Tylko… chciałam, żebyśmy mogli sami budować swoje życie.
– Wiem. Dopiero teraz to rozumiem.
Kamil podszedł bliżej.
– Bałem się, że znowu wybuchnie kłótnia – przyznał. – A my potrzebujemy spokoju.
– Nie będzie kłótni – odpowiedziałam. – Jeśli pozwolicie mi być częścią waszego świata, ale na waszych zasadach.
To było najtrudniejsze zdanie w moim życiu. Przyznać, że nie mam już kontroli. Że mój syn jest dorosły.
Maja zrobiła krok w moją stronę.
– Chcemy, żeby nasze dziecko miało babcię – powiedziała. – Ale taką, która będzie nas wspierać, a nie oceniać.
Poczułam łzy pod powiekami.
– Postaram się. Nie obiecuję, że od razu będę idealna. Ale będę się starać.
Kamil objął mnie pierwszy raz od wielu tygodni. Ten uścisk był inny niż kiedyś – nie należał już tylko do mnie. Był częścią nowej rodziny, w której musiałam nauczyć się swojego miejsca.
„Dziękuję, że jesteś”
Kilka miesięcy później siedziałam w ich zielonym salonie, trzymając na rękach wnuczkę. Ściany wcale nie wydawały się przytłaczające. Były ciepłe, jak ich dom. Maja podała mi herbatę.
– Dziękuję, że jesteś – powiedziała.
– Dziękuję, że mnie wpuściliście – odpowiedziałam szczerze.
Zrozumiałam, że największym przeciwnikiem nie była synowa. Była nim moja duma i lęk przed utratą znaczenia. Gdy w końcu je odłożyłam, odzyskałam coś znacznie ważniejszego – rodzinę.
Renata, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Miałam dyplom i karierę, a w domu harowałam na drugi etat. Mąż żył jak pączuszek w maśle, aż w końcu coś we mnie pękło”
- „W Walentynki przyniósł mi bukiet 15 róż i udawał, że kocha. Drań nie podejrzewał, że wiem, co robi za moimi plecami”
- „Myślałam, że w walentynki mi się oświadczy, a on miał dla mnie inną niespodziankę. Niestety to nie był okazały diament”