Reklama

Nie jestem złośliwa z natury. Naprawdę. Ale czasem, kiedy ktoś nadepnie mi na odcisk, potrafię ugryźć. Nie dosłownie, oczywiście – ale mam w sobie taki zmysł... jakby to powiedzieć... dobitnego przypomnienia, komu i co ktoś zawdzięcza. Tak już mam, taka jestem – kobieta, która swoje przeżyła i nie daje sobie dmuchać w kaszę. A już szczególnie nie pozwolę, by byle kto – choćby i zięć, choćby i trzydzieści lat młodszy – próbował wytrzeć sobie o mnie buty.

Pamiętam doskonale tamto popołudnie. Pochmurne, duszne, ciężkie. Wróciłam z przychodni, z receptą i głową pełną myśli. A tam – oni. Siedzieli przy stole jakby nigdy nic. Moja córka, Iza, i jej mąż, ten ich złotousty – co to mówi „mamo”, tylko kiedy czegoś chce. A wtedy właśnie nie chciał. Wtedy miał do powiedzenia coś zupełnie innego. I wtedy się zaczęło.

„Nie jesteś przecież naszą rodziną”

Weszłam do kuchni, zdjąwszy płaszcz z lekkim westchnieniem. Ciśnienie znowu skakało, a jeszcze ta pogoda – jak na złość. Iza odwróciła głowę od okna i rzuciła:

– Jak było u lekarza, mamo?

– A jak może być? Znowu recepta, znowu kolejki. Na starość człowiek bardziej się nachodzi niż za młodu po dyskotekach.

Zaśmiał się. Mój zięć. Mówił do mnie „mamo” z tym swoim chłopięcym uśmiechem, ale dzisiaj był inny. Coś mu się kotłowało pod czaszką, czułam to od razu.

– Co takiego się stało, że macie miny jakby wam kot na dywan zrobił? – zapytałam, nalewając sobie wody z dzbanka.

Iza spojrzała na niego znacząco. On westchnął teatralnie i oparł się łokciami o stół.

– Krystyno… – zaczął, a ja już wiedziałam, że jak zamiast „mamo” mówi do mnie po imieniu, to nic dobrego nie usłyszę. – Musimy się usamodzielnić. Wiesz, wyfrunąć w końcu z gniazda.

– Z jakiego znowu gniazda? – uniosłam brew.

No… z tego mieszkania. Wiesz, nie jesteśmy już dziećmi. Mamy swoje życie. I… wiesz… to nie jest twoje mieszkanie.

Zamarłam z łykiem wody w ustach. Powoli odstawiłam szklankę.

– Jak to nie moje?

– To znaczy, w papierach nie twoje. To nasze wspólne – nasze, moje i Izy. I… nie jesteś przecież naszą rodziną.

– Słucham?! – wybuchłam. – Powiedz to jeszcze raz, ale wyraźniej, żebym dobrze zrozumiała, kogo ty rodziną nie nazywasz.

Spojrzał na mnie bez mrugnięcia okiem.

– Nie jesteś moją rodziną, Krystyno. Ot, tyle.

Zrobiło mi się gorąco. Ale tylko na chwilę. Potem przyszła złość.

– To ja ci, mój drogi, zaraz przypomnę, kto za to „wasze” mieszkanie płacił.

Historia wszystkich przelewów

– Mamo, proszę, nie denerwuj się… – zaczęła Iza, ale uniosłam rękę.

– Nie teraz, dziecko. Nie teraz. Chcę, żeby twój mąż to usłyszał. Wyraźnie.

Wstałam, podeszłam do szafki i z górnej półki wyciągnęłam segregator. Stary, obdrapany, z kartkami wypchanymi do granic. Położyłam go z hukiem na stole. On aż drgnął.

– Wiesz, co to jest? – spytałam. – Historia. Dokładnie: historia wszystkich przelewów, jakie zrobiłam przez ostatnie dziesięć lat. Raty kredytu. Wzięte też na moje nazwisko, bo wyście nie mieli zdolności. A ja miałam.

– Ale my przecież spłacamy ten kredyt razem – wymamrotał.

– Razem? Ty, który raz płacisz, a trzy razy zapominasz? Iza sama mi mówiła, że gdyby nie ja, tobyście w zimie siedzieli przy świeczkach, bo prąd odłączony!

– Mamo… – szepnęła cicho Iza.

– A to „mamo” to teraz co ma znaczyć? – odwróciłam się do niej. – Jak trzeba było podpisać papiery, to byłam mamą. Jak wam dzieciak chorował, to mnie wołaliście, żebym na noc została. Jak wam się lodówka zepsuła, to do kogo? Do Krystyny, bo przecież „mama zawsze pomoże”.

Zięć zaczął nerwowo stukać palcami o blat.

Nie chciałem cię urazić…

– To szkoda, że ci nie wyszło! – warknęłam. – Jak śmiesz mówić, że nie jestem rodziną? Tyś się chłopie chyba w głowę uderzył. Mieszkanie, w którym śpisz, ja ci na papierach podpisałam. Łazienkę, z której korzystasz, ja ci z pensji wyremontowałam. A ty masz czelność powiedzieć, że jestem nikim?

Zamilkł. Nawet Iza nie pisnęła słowa.

– Zrobimy tak – dodałam już ciszej. – Albo się szanujemy, albo grzecznie się pakujecie. Prosto i uczciwie.

Słabe tłumaczenia

– Nie przesadzasz trochę, mamo? – Iza odezwała się po dłuższej chwili, podnosząc wzrok znad stołu. – Może źle to zabrzmiało, co on powiedział, ale…

– Źle to zabrzmiało? – przerwałam jej. – Dziecko drogie, jakby mnie ktoś uderzył w twarz, to chyba lepiej by zabrzmiało niż to, że „nie jestem rodziną”.

Zięć wstał i przeszedł się po kuchni. Chyba szukał jakiegoś logicznego wytłumaczenia swojej głupoty.

– No bo chodziło mi o to, że… no, formalnie… że wiesz, ty jesteś matką Izy, ale nie moją.

– Nie jesteś moją rodziną, ale nie obraź się? – rzuciłam z przekąsem. – O, przepraszam, zapomniałam, że ja tu tylko dokładam, gotuję, piorę i się wynoszę, jak komuś moja obecność ciąży.

– Nie powiedziałem, że masz się wynosić!

– Nie musiałeś. Słowa są zbędne, jak się człowiekowi tak w oczy patrzy i słyszy ten ton. Taki... jakby się było balastem.

Iza znowu westchnęła. Wiedziałam, że się jej przykro zrobiło, ale wciąż stała po jego stronie. A to bolało.

– Mamo, ale my nie chcemy wojny. Chcemy po prostu zacząć żyć sami. Jak rodzina.

– A ja niby kim jestem? Lokatorem z przypadku? Żyjesz w mieszkaniu, które wykańczałam z moich oszczędności. O wnuka dbam, gotuję wam obiady, odbieram go z przedszkola, bo wam się godziny nie zgadzają. To co to za „samodzielność”, że ja wam dalej potrzebna jak powietrze?

Zięć znowu się odezwał:

– Ale to nie znaczy, że…

– Znaczy. Bardzo dużo znaczy. I zaraz się przekonasz, ile.

Wstałam. I poszłam po drugi segregator.

Za późno, by to odczarować

Znalazłam go w szafce w korytarzu. Gruby, czerwony, z zakładkami. Wszystko poukładane – faktury za remont, kopie przelewów, umowy, nawet zdjęcia z ekipą budowlaną, która robiła kuchnię.

– Proszę bardzo – rzuciłam, kładąc go na stole. – Zobacz sobie, ile to „nie twoja rodzina” zainwestowała w wasze gniazdko. Podłogi, szafy, ta wasza łazienka z podświetlanym lustrem, na którą się tak cieszyłeś.

– Ale ja nie mówiłem, że to nie twoja zasługa! – podniósł głos zięć, nerwowo przerzucając kartki.

– Nie? To jak to było? Że się nie wtrącam, bo to nie moje? Bo to wasze sprawy? Bo ty masz teraz „własną rodzinę”?

– Nie przekręcaj moich słów.

– A może w końcu ktoś musi ci je przekręcić, żebyś zrozumiał, jak bolą.

Iza się odezwała cicho:

– Mamo, przepraszam. On nie miał prawa tak powiedzieć.

Spojrzałam na nią. W końcu. Wreszcie coś. Ale za późno, by to wszystko odczarować.

– Słuchajcie. Ja wam dobrze życzę. Ale nie chcę być traktowana jak darmowa opiekunka i bankomat. Macie być samodzielni? Wspaniale. To się dogadamy.

– Co masz na myśli? – spytał zięć podejrzliwie.

– Nowa umowa. Ustalony czynsz, opłaty. Jak dla normalnych lokatorów. Albo przeprowadzka, jak wolicie. Wybór należy do was.

Otworzyłam okno. Powiew świeżego powietrza przyniósł ulgę. I spokój. Bo wiedziałam jedno – już nikt nie będzie decydował, czy zasługuję na miano rodziny.

Nie dla zemsty. Dla spokoju

Nie zrobili żadnej rewolucji. Nikt się nie wyprowadził. Umowa została spisana u notariusza, wszystko zgodnie z prawem – opłaty, obowiązki, terminy. Nie dla zemsty. Dla spokoju.

Iza zaczęła się bardziej starać. Robiła herbatę bez pytania, częściej pytała, jak się czuję. A jej mąż? Cóż… Zaczął mówić „mamo” znowu. Ale już nie brzmiało to tak samo. Bo kiedy raz człowiek pokaże, że nie ma w nim wdzięczności, to nawet przeprosiny są jak plaster na stary ból – przyklei się, ale blizna zostaje.

– Mamo… – powiedział któregoś wieczoru nieśmiało, kiedy wrócił z pracy. – Mogę porozmawiać?

– Słucham – odpowiedziałam chłodno, odkładając gazetę.

– Ja wiem, że zawaliłem. Ale naprawdę nie miałem złych intencji. Powiedziałem coś głupiego. Z rozpędu. Może z dumy.

– To nie duma, synku. To zwykła niewdzięczność. Ale przynajmniej masz na tyle rozumu, by to przyznać.

– Chciałbym… to jakoś naprawić.

– Nie naprawisz słowami. Rób, co trzeba. Szanuj to, co dostałeś. I nigdy więcej nie mów mi, że nie jestem rodziną. Bo ja cię nie wyrzuciłam, choć mogłam. I nie dla ciebie – tylko dla Izy. Bo ją kocham. Z tobą czy bez ciebie. Zamilkł. Pokiwał głową i wyszedł.

Krystyna, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama