Reklama

Kiedy wychodziłam za Pawła, wiedziałam, że jego córka będzie częścią naszego życia. Maja miała wtedy osiemnaście lat i patrzyła na mnie tak, jakby ktoś wprowadził do jej domu obcą osobę bez pytania o zgodę. Próbowałam być cierpliwa. Powtarzałam sobie, że zaufanie buduje się powoli. Dlatego, gdy pojawił się temat studiów, postanowiłam zrobić krok w jej stronę.

Wiedziałam, że nie będzie łatwo

Maja dostała się na wymarzony kierunek w innym mieście. W domu zapanowało poruszenie – plany, wynajem mieszkania, opłaty. Paweł siedział przy stole z kalkulatorem i marszczył czoło.

– Damy radę – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do mnie.

Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Prowadziłam własną firmę i zarabiałam więcej niż Paweł. Oszczędzałam latami, odkładając pieniądze „na wszelki wypadek”. Patrzyłam na Maję, która stała oparta o framugę drzwi, z założonymi rękami.

– Nie chcę być ciężarem – rzuciła chłodno.

To zdanie mnie ukuło. Może dlatego odezwałam się szybciej, niż zdążyłam wszystko przemyśleć.

– Maju, jeśli się zgodzisz, mogę pokryć koszty czesnego i mieszkania – powiedziałam. – Chcę, żebyś mogła skupić się na nauce.

Zapadła cisza. Paweł uniósł na mnie wzrok.

– Aneta, to naprawdę dużo…

– Wiem – przerwałam mu łagodnie. – Ale to inwestycja w jej przyszłość.

Maja nie podeszła, nie uśmiechnęła się. Skinęła tylko głową.

– Dziękuję – odpowiedziała krótko.

Tyle. Żadnego ciepła, żadnego dziękuję. A jednak poczułam ulgę. Uznałam, że most właśnie zaczyna się budować – nie z wielkich słów, ale z konkretnych czynów.

To moja macocha

Pierwsze miesiące były spokojne. Przelewałam pieniądze na czas, odbierałam od niej wiadomości: „Zapłacone”, „Wszystko ok”, „Zdałam kolokwium”. Czasem próbowałam zagaić rozmowę.

– Jak się czujesz w nowym miejscu? – pytałam przez telefon.

– W porządku.

– Masz już znajomych?

– Tak.

Rozmowy urywały się szybko. Paweł twierdził, że przesadzam.

– Ona taka jest. Zamknięta. Daj jej czas.

Dawałam. Nawet kiedy zapomniała zadzwonić w święta i wysłała tylko krótką wiadomość z życzeniami. Nawet kiedy dowiedziałam się od Pawła, że przyjechała na weekend do domu swojej mamy, ale do nas już nie zdążyła. Któregoś wieczoru zaproponowałam, żebyśmy pojechali do niej z niespodzianką. Zrobiłam jej ulubione ciasto, zapakowałam do pudełka. Otworzyła drzwi w dresie, zaskoczona.

– Nie mówiliście, że przyjedziecie – powiedziała, patrząc najpierw na ojca, potem na mnie.

– Chciałam cię zobaczyć – odpowiedziałam. – I sprawdzić, czy czegoś nie potrzebujesz.

Wpuściła nas do środka, ale czułam, że jesteśmy gośćmi, nie rodziną. Jej współlokatorka spojrzała na mnie z zaciekawieniem.

– To moja macocha – wyjaśniła Maja bez emocji.

To słowo zawisło w powietrzu. „Macocha”. Nie Aneta. Nie nawet „żona taty”. Poczułam się dziwnie, choć dalej się uśmiechałam. Wracając do domu, patrzyłam przez okno samochodu na mijane światła.

– Myślisz, że kiedyś będzie inaczej? Że w końcu mnie zaakceptuje? – zapytałam Pawła.

– Musi być – odpowiedział z przekonaniem. – Robisz dla niej tyle.

Wtedy jeszcze wierzyłam, że dobro wraca. Nie wiedziałam, że prawdziwy cios dopiero miał nadejść.

Przecież to wasz obowiązek

Minął rok. Maja zdała wszystkie egzaminy w pierwszym terminie, a Paweł chodził dumny jak paw. Ja też się cieszyłam. Wysyłałam jej dodatkowe pieniądze na kurs językowy i nowy laptop, kiedy stary odmówił posłuszeństwa. Za każdym razem słyszałam krótkie „Dzięki”. Któregoś popołudnia Paweł wrócił do domu z telefonem przy uchu.

– Tak, tak, przekażę Anecie – mówił. – Nie martw się.

Odłożył komórkę i spojrzał na mnie z lekkim zakłopotaniem.

– To była Maja. Czynsz wzrósł. Będzie potrzebowała trochę więcej.

Skinęłam głową.

– O ile?

Podał kwotę. Była wyższa, niż się spodziewałam, ale wciąż możliwa do udźwignięcia.

– Dobrze. Przeleję jutro.

Wieczorem zadzwoniła sama.

– Tata mówił, że ogarniesz ten czynsz? – zapytała bez wstępu.

– Tak, przeleję jutro rano – odpowiedziałam spokojnie. – Może usiądziemy kiedyś i ustalimy budżet? Żebyś wiedziała, ile dokładnie kosztuje twoje utrzymanie.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem cichy śmiech.

– Przecież to wasz obowiązek.

Zamarłam.

– Słucham?

– No… skoro tata się ożenił, to chyba jasne, że powinniście mnie utrzymywać, dopóki studiuję. Inne dziewczyny nie muszą się o to martwić.

Czułam, jak serce zaczyna mi bić szybciej.

– Maju, to nie jest kwestia „powinniście”. Ja robię to, bo chcę ci pomóc.

– Ale tak czy inaczej musielibyście – odparła lekko. – To normalne.

W jej głosie nie było wdzięczności. Była pewność. Jakby mówiła o rachunku za prąd.

– To nie jest takie oczywiste – powiedziałam wolniej. – Nie jestem twoją mamą. Nie mam wobec ciebie prawnego obowiązku.

– Ale jesteś żoną taty – przerwała mi. – A on ma obowiązek. Więc to chyba jedno i to samo.

Rozłączyła się niedługo potem, tłumacząc się zajęciami. Siedziałam z telefonem w dłoni, wpatrując się w wygaszony ekran. Most, który budowałam, nagle wydał mi się konstrukcją z papieru.

Budowałam relację na iluzji

Kiedy Paweł wrócił z pracy, czekałam w kuchni.

– Rozmawiałaś z nią? – zapytał.

– Tak. Powiedziała, że finansowanie studiów to nasz obowiązek.

Zmarszczył brwi.

– Może źle to ujęła.

– Paweł, ona powiedziała to z pełnym przekonaniem.

Westchnął ciężko.

– Aneta, ona jest jeszcze młoda. Wiesz jak to jest w tym wieku, rzuca się słowa bez zastanowienia.

– Nie, ona myśli, że jej się należy.

Zrobiło się między nami napięcie, którego wcześniej nie było.

– Przesadzasz – powiedział ciszej. – To moje dziecko.

– A ja? Kim ja w tym wszystkim jestem? Bankiem?

To pytanie padło szybciej, niż planowałam. Paweł spojrzał na mnie z wyrzutem.

Nikt tak nie mówi.

– Ona właśnie tak powiedziała. Tylko ubrała to w ładniejsze słowa.

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. W głowie wracało jedno zdanie: „Przecież to wasz obowiązek”. Zrozumiałam, że przez cały rok budowałam relację na iluzji. Myślałam, że kupuję czas, cierpliwość, może nawet sympatię. A dla niej byłam elementem układanki finansowej. Następnego dnia wstrzymałam przelew. Nie z zemsty. Z potrzeby rozmowy, która wreszcie miała być szczera.

Ja tylko przestałam udawać

Nie przelałam pieniędzy przez dwa dni. Trzeciego zadzwonił Paweł.

– Maja pyta, czy wszystko w porządku – powiedział napiętym głosem. – Czynsz trzeba zapłacić do końca tygodnia.

– Wiem – odpowiedziałam spokojnie. – Chcę z nią porozmawiać. Na spokojnie. W cztery oczy.

Zapadła cisza.

– Aneta, nie rób z tego dramatu.

To nie ja go zrobiłam.

Ustaliliśmy, że Maja przyjedzie w weekend. Kiedy weszła do mieszkania, stanęła w przedpokoju z torbą na ramieniu.

– Tata mówił, że masz jakiś problem – zaczęła.

– Mam pytanie – poprawiłam ją. – Czy naprawdę uważasz, że finansowanie twoich studiów to mój obowiązek?

Wzruszyła ramionami.

– No tak to działa. Rodzice utrzymują dzieci.

– Ja nie jestem twoją mamą.

– Ale jesteś żoną taty – odpowiedziała szybko. – Korzystasz z jego życia, więc chyba normalne, że bierzesz też odpowiedzialność.

Te słowa zabolały bardziej niż wszystko wcześniej.

– Korzystam z jego życia? – powtórzyłam cicho.

Paweł próbował wkroczyć.

– Maju, może inaczej to powiedz…

– Ale co tu inaczej mówić? – przerwała mu. – Gdyby nie ona, tata miałby więcej pieniędzy. To logiczne, że powinna się dokładać.

Poczułam, jak ogarnia mnie chłód. Nie gniew, nie krzyk. Chłodna jasność.

– Słuchaj – powiedziałam powoli. – Zgodziłam się płacić, bo chciałam zbudować z tobą relację. Bo zależało mi, żebyś wiedziała, że możesz na mnie liczyć. Ale jeśli uważasz, że to coś, co ci się należy, to nie ma tu miejsca na wdzięczność ani szacunek. A bez tego nie ma relacji.

– Czyli co? – spojrzała na mnie wyzywająco. – Teraz przestaniesz płacić?

Paweł odetchnął nerwowo.

– Aneta…

– Tak – odpowiedziałam, patrząc Mai prosto w oczy. – Od przyszłego miesiąca przestaję. Twój tata może wspierać cię tak, jak uzna za stosowne. Ja nie będę już częścią tej umowy.

W pokoju zrobiło się cicho.

– Czyli jednak chodziło o pieniądze – rzuciła.

– Nie – pokręciłam głową. – Właśnie przestało.

Maja chwyciła torbę i wyszła bez pożegnania. Drzwi zamknęły się z głuchym stukiem.

Paweł usiadł ciężko na krześle.

– Wszystko skomplikowałaś – powiedział zmęczonym głosem.

– Nie. Ja tylko przestałam udawać.

Odzyskałam szacunek do samej siebie

Przez kolejne tygodnie w naszym domu panował chłód. Paweł przelewał córce pieniądze ze swoich oszczędności. Musiał zrezygnować z kilku planów, o których wcześniej rozmawialiśmy. Coraz częściej milczał. Pewnego wieczoru usiadł naprzeciwko mnie.

– Maja znalazła pracę na pół etatu – powiedział. – Nie było łatwo, ale dała radę.

Skinęłam głową.

– Cieszę się.

– Jest na mnie zła. Na ciebie też. Ale… może to jej coś da.

Nie odpowiedziałam od razu. Wiedziałam, że coś się między nami zmieniło bezpowrotnie. Most, który próbowałam budować, spłonął w chwili, gdy stał się obowiązkiem zamiast wyborem.

Po kilku miesiącach Maja zadzwoniła niespodziewanie. – Chciałam powiedzieć, że zdałam sesję – powiedziała cicho. – I… że radzę sobie.

Wiem, że sobie poradzisz – odpowiedziałam.

Po chwili dodała:

– Może kiedyś… pogadamy normalnie.

To nie było przeproszenie. Ale pierwszy raz nie mówiła do mnie jak do instytucji. Nie wróciłam do finansowania jej studiów. Paweł musiał pogodzić się z moją decyzją, a ja z tym, że nie zawsze da się kupić czyjeś zaufanie. Straciłam złudzenia, ale odzyskałam szacunek do samej siebie. I to, paradoksalnie, było warte więcej niż wszystkie przelewy.

Aneta, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama