„Planowaliśmy z mężem spokojną emeryturę u swego boku. Nie sądziłam, że na starość mu się odwidzi i weźmie nogi za pas”
„W kuchni cicho, zaparzam sobie herbatę i siadam przy stole, zerkając przez okno na nasz ogródek. Taki mały, zwyczajny, jak całe nasze życie. Lubię te chwile, bo wtedy mogę sobie wszystko poukładać. Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, jak to się stało, że nasze dni zrobiły się takie puste”.

- Redakcja
Czasem budzę się wcześniej niż Zbyszek. W kuchni cicho, zaparzam sobie herbatę i siadam przy stole, zerkając przez okno na nasz ogródek. Taki mały, zwyczajny, jak całe nasze życie. Lubię te chwile, bo wtedy mogę sobie wszystko poukładać. Ostatnio coraz częściej zastanawiam się, jak to się stało, że nasze dni zrobiły się takie puste.
Przepracowałam czterdzieści lat jako nauczycielka. Marzyłam, że na emeryturze wreszcie odpoczniemy. Będziemy z mężem spacerować po lesie, spędzać wieczory na działce, może gdzieś razem wyjedziemy. Zbyszek zawsze mówił, że Szwajcaria to jego marzenie. Więc gdy tylko odeszłam z pracy, wróciłam do tego pomysłu.
– Może w lutym? – rzuciłam pewnego wieczoru. – Tylko my dwoje…
Zbyszek nie oderwał wzroku od telewizora. Tylko mruknął:
– Zobaczymy.
Coraz częściej tak odpowiadał. Bez emocji, bez zaangażowania. Kiedyś planowaliśmy wszystko razem, dziś jakby go nic nie obchodziło. Powiedziałam o tym Marcie, młodszej córce.
– Mama, nie daj mu się wymigać! – śmiała się. – Ojciec potrzebuje kopa, a nie wymówek.
A ja się tylko uśmiechnęłam. Bo coś mi już wtedy nie dawało spokoju.
Ja chcę odejść
To był zwyczajny wtorek. Zupa ogórkowa, ziemniaki z koperkiem i mielone – Zbyszek zawsze lubił prosto. Usiadł naprzeciwko mnie przy stole, jak co dzień, w tym samym swetrze. Włączyłam radio, bo cisza była zbyt ciężka.
– Jadwigo, muszę ci coś powiedzieć – odezwał się nagle.
– Co znowu? Coś się stało? – spytałam, nie odrywając wzroku od talerzy.
– Nie chcę tak żyć. Nie chcę żyć z tobą.
Nie zrozumiałam od razu. Zdania nie pasowały do tej kolacji, do tej kuchni, do tej pory dnia. Myślałam, że żartuje. Że coś mu się pomyliło.
– Przestań, Zbyszek, co ty wygadujesz…
Ale on patrzył na mnie spokojnie, bez złości, bez emocji.
– Męczy mnie to wszystko, Jadwigo. Od dawna. Udajemy przed sobą, że jeszcze coś między nami jest. A ja nie mogę tak dalej.
Wtedy ręce mi zadrżały. Łyżka stuknęła o talerz. Poczułam, jak robi mi się zimno, jakby ktoś otworzył okno w środku stycznia.
– To jakiś kryzys? Coś się dzieje? Może ci źle ze mną, ale przecież możemy coś zmienić…
– Nie chcę nic zmieniać. Ja chcę odejść.
Siedzieliśmy naprzeciw siebie, dwie sylwetki przygaszone lampą nad stołem. A między nami to jedno zdanie, które rozbiło czterdzieści lat wspólnego życia. Nie płakałam. Nie krzyczałam. Po prostu siedziałam, wpatrując się w niego, próbując zrozumieć, co właśnie się wydarzyło.
A on wstał, odsunął krzesło i powiedział tylko:
– Ja się wyprowadzę. Tylko daj mi trochę czasu.
Ta jego obojętność bolała najbardziej
Trzy dni milczenia. Trzy dni udawania, że nic się nie stało. On chodził po domu jak cień – robił sobie kawę, zamykał się w pokoju, przeglądał gazetę. Ja? Sprzątałam – szafki, podłogi, okna. Jakby czysty dom miał mi poskładać myśli. Czwartego dnia nie wytrzymałam. Wyszłam do niego, stanęłam w drzwiach sypialni, gdzie leżał w dresach, z książką na kolanach. Jakby wszystko było po staremu.
– Zbyszek, powiedz mi... Co się zmieniło?
Spojrzał na mnie z opóźnieniem, jakby musiał przetłumaczyć moje słowa z obcego języka.
– To nie nagle. Po prostu już dawno nie czułem się dobrze w tym wszystkim.
– W czym, Zbyszek? W naszym życiu?
Wzruszył ramionami. Ta jego obojętność bolała najbardziej.
– Żyjemy obok siebie, Jadwigo. Od lat. Ty masz swoje rytuały, ja swoje. Rozmawiamy tylko o rachunkach i zakupach. Kiedy ostatnio się śmialiśmy razem?
– A myślisz, że u innych jest inaczej? – podniosłam głos. – Myślisz, że po tylu latach to wszystko ma wyglądać jak na filmie?
– Nie wiem. Ale wiem, że nie chcę tak dalej. Nie jestem szczęśliwy.
Zamilkłam. Co miałam powiedzieć? Że ja też czasem czuję się jak duch? Że zasypiam przy nim, czując się samotna? Że czekałam, aż coś się zmieni, ale nigdy nie myślałam, że odejście to rozwiązanie?
– Jest ktoś? – spytałam nagle.
Nie odpowiedział. Ale nie zaprzeczył. Odwrócił się do mnie plecami. I to bolało bardziej niż każde słowo.
I tak już wszystko wiesz
Nie spałam. O drugiej w nocy wstałam do łazienki i wtedy usłyszałam jego głos. Zatrzymałam się na schodach. Cicho, jakby szeptał.
– Tak, powiedziałem jej... Nie, nie zrobiła sceny... była zbyt zaskoczona.
Zatkało mnie. Stałam bosa na chłodnej podłodze, przytrzymując się poręczy. Zbyszek siedział w gabinecie z telefonem przy uchu. Głos miał spokojny.
– Nie wiem, co teraz dalej. Muszę to przemyśleć.
„Przemyśleć”? Nas? Mnie? Nasze czterdzieści lat razem? Zadrżałam. W głowie już roiły się obrazy – inna kobieta, może koleżanka z klubu seniorów, może sąsiadka. Każda chwila, kiedy wychodził z domu bez słowa, każda tajemnicza wiadomość, każda wymówka – nagle zaczęły układać się w całość. Nie wytrzymałam. Weszłam do środka.
– Z kim rozmawiałeś?
Zbigniew zamarł. Powoli odwrócił głowę. Przez moment wydawało się, że coś powie. Ale nie powiedział nic.
– Z kim? – powtórzyłam ciszej, niemal błagalnie.
– To nieistotne – rzucił w końcu. – I tak już wszystko wiesz.
– Wiem? – zaśmiałam się pusto. – Nie wiem nic, Zbyszek. Tylko że mnie zostawiasz. Że może masz kogoś. Że przestałam być dla ciebie ważna.
Wstał, sięgnął po sweter, jakby ucieczka miała rozwiązać problem.
– Nie róbmy z tego sceny, proszę. Jesteśmy dorośli.
– Nie. Ty jesteś tchórzem – wyszeptałam. – A ja idiotką, która jeszcze miała nadzieję.
Zamknął się w sypialni. A ja siedziałam w jego fotelu. Wciąż słyszałam ten podsłuchany szept: „Nie zrobiła sceny...” Już nigdy nie miało być tak samo.
Nie wiedziałam, co z tą sobą zrobić
Nie chciałam od razu mówić dziewczynom. Wstydziłam się. Jakby to była moja wina, że mąż mnie zostawił. Ale gdy Marta zadzwoniła i zapytała, czy przyjedziemy z tatą na niedzielny obiad, coś we mnie pękło.
– Sama przyjadę – powiedziałam cicho.
– Coś się stało? – od razu usłyszałam niepokój w jej głosie.
– Lepiej porozmawiamy na miejscu.
Usiadłyśmy w kuchni, zaparzyła herbatę, podała ciasto. Zawsze była opiekuńcza, choć to ja byłam jej matką.
– Mamo, mów.
– Tata... powiedział, że nie chce już ze mną być.
Marta najpierw tylko patrzyła. Jakby próbowała zrozumieć słowa, które nie pasowały do obrazu naszej rodziny.
– Że co?! Że tak po prostu?
– Powiedział, że się męczy w tym związku. Że to koniec.
– Czy on postradał zmysły?!
Chwilę później dojechała Karolina, starsza, spokojniejsza, zawsze bardziej wyważona. Gdy usłyszała, co się stało, nie krzyczała jak siostra.
– Może to kryzys. Mężczyźni w tym wieku głupieją. Kupują motory albo pakują się w idiotyczne romanse.
– A może po prostu mu przeszło. Miłość – to też się kończy, mamo – dodała Marta, już ciszej. – Ale on nie ma prawa cię tak zostawić. Nie po tylu latach.
– Mamo, nie możesz się załamać. Masz nas – powiedziała Karolina i ujęła moją dłoń.
Patrzyłam na nie i czułam mieszaninę wstydu, bólu i wdzięczności. Dla nich byłam silna. Ale w środku czułam się jak cień. Nie byłam już żoną. Nie byłam częścią „my”. Zostałam tylko sobą. I nie wiedziałam, co z tą sobą zrobić.
Ale ja nie chcę być sama
Pojechałam na działkę. Sama. Od lat był to nasz wspólny azyl – mój i Zbigniewa. Teraz stałam na tarasie z herbatą w ręku, patrząc w pusty ogród.
– Dzień dobry, pani Jadwigo! – usłyszałam znajomy głos.
To był Roman. Sąsiad z działki obok, wdowiec. Przyjeżdżał tu regularnie.
– Sama dzisiaj? – zapytał, podchodząc do ogrodzenia.
– Tak jakoś wyszło – uśmiechnęłam się słabo.
Chwilę później przyniósł mi słoik z dżemem.
– Domowej roboty. Może przyda się do naleśników lub pączków.
I tak zaczęła się rozmowa, zwykła, spokojna. Najpierw o zimie, emeryturze. W końcu zapytał:
– Coś się stało, Jadwigo?
Nie wiem czemu, ale odpowiedziałam od razu:
– Mąż mnie zostawił.
Nie zdziwił się. Nie przeraził. Tylko skinął głową.
– Wiem, co to znaczy, kiedy nagle jesteś sam.
– Ale ja nie chcę być sama – wyszeptałam. – Ja całe życie byłam dla kogoś. A teraz nie wiem, kim jestem bez tego „kogoś”.
Roman patrzył na mnie ciepło.
– Pani Jadwigo, życie nie kończy się po sześćdziesiątce. Dopiero teraz zaczyna się takie... prawdziwe. Bez masek. Bez obowiązku bycia kimś dla innych.
– Ale co mi zostało?
– Dni. Lata. Jeszcze wiele dni. Trzeba je przeżyć po swojemu.
Nie zakochałam się w nim. Ale wracając tego dnia do domu, czułam, że coś się w środku rozluźniło. Jakby świat, mimo wszystko, jeszcze się nie skończył.
Jadwiga, 65 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie dla starca to czas samotności. Nie sądziłem, że w górskim pensjonacie, ktoś jeszcze zobaczy we mnie mężczyznę”
- „Po latach usługiwania mężowi, romans w sanatorium po prostu mi się należał. Nie mam wyrzutów sumienia”
- „Po sanatorium mama kupiła sobie arabskie perfumy i odmładzające sukienki. To nie zajęcia na turnusie tak ją zmieniły”