Reklama

Kiedyś myślałam, że jeśli kocha się wystarczająco mocno, to wystarczy. Że zmarszczki można przykryć pudrem, a kredyt spłaca się we dwoje, nie samotnie. Byliśmy małżeństwem z dwudziestoletnim stażem – dom, wspólne wyjazdy, planowana emerytura w ciepłych krajach. A potem on poznał ją – swoją studentkę. Dwudziestopięcioletnia, z błyskiem w oku i planami na przyszłość. Zostawił mnie bez słowa wyjaśnienia. Z dnia na dzień. Ja zostałam z długami i pytaniem, czy da się jeszcze od nowa zacząć. I czy w ogóle warto.

Coś się między nami popsuło

– Jak ci się podoba? – zapytałam, obracając się powoli w nowej sukience.

– Ładna – odpowiedział bez entuzjazmu, nie odrywając wzroku od telefonu.

– Tylko 89 złotych, była przecena. Wiesz, że ja nie lubię wydawać – dodałam z lekkim uśmiechem.

Nic, cisza. Wrócił do przewijania ekranu. Kiedyś patrzył na mnie z błyskiem w oku, teraz jakby wszystko we mnie mu spowszedniało – i sukienka, i ja. Zamknęłam się w łazience i przez chwilę patrzyłam na siebie w lustrze. Zmarszczki. Trochę więcej cienia pod oczami. Włosów też mniej niż kiedyś, ale wciąż miałam w sobie coś, prawda? Tak mówił. Albo chociaż kiedyś tak mówił.

Kupiłam nową szminkę. W kolorze malinowego różu, bo przeczytałam, że dodaje świeżości. Zastanawiałam się, kiedy ostatni raz powiedział mi, że ładnie wyglądam. Może zanim mieliśmy dzieci. A teraz wracał z uczelni coraz później i coraz częściej pachniał innymi perfumami niż moje.

– To tylko studentka z grupy magisterskiej – rzucił pewnego wieczoru, kiedy odebrał telefon, a ja usłyszałam damski głos.

Nie pytałam. Nie chciałam wyjść na zazdrosną. Ale podświadomie zaczęłam rozpoznawać jej zapach, który zostawał na jego koszuli. I pomadkę – nigdy nie miałam takiej czerwieni.

Wszystko stało się jasne

Zobaczyłam ją pierwszy raz przypadkiem. Pojechałam na uczelnię, bo miałam mu przekazać klucze – zapomniał je zabrać ze sobą. Siedzieli razem na ławce przed wydziałem. Śmiała się, odchylając głowę, jak w jakiejś reklamie szamponu. Miała włosy do pasa, obcisłe dżinsy i krótką skórzaną kurtkę. Ja stałam z boku, trzymając klucze w spoconej dłoni. Zanim mnie zauważył, położył jej rękę na kolanie. Naturalnie, jakby robił to od tygodni.

– Cześć… – powiedział, zaskoczony moją obecnością. – To Justyna, studentka z mojego seminarium.

– Dzień dobry – powiedziałam automatycznie, starając się nie patrzeć na jej młodą twarz.

Ona tylko skinęła głową i uśmiechnęła się, jakby wiedziała więcej niż powinna.

W drodze powrotnej milczeliśmy. Nie zapytał, jak się czuję, nie podziękował za to, że przyjechałam. Za to, wieczorem, powiedział, że musi zostać dłużej na uczelni – „bo prace magisterskie same się nie sprawdzą”.

Wtedy już wiedziałam. Może nie dosłownie, ale czułam to pod skórą. Intuicja kobiety, która zna swojego męża od ponad dwóch dekad. Zaczął używać perfum, których wcześniej nie lubił. Ogolił się pod szyją, choć zwykle zapominał. Zniknęła jego stara bluza, ta, w której jadł popcorn na kanapie. A w jego oczach pojawił się dziwny błysk.

Nie mogłam się poddać

Gdy w końcu odszedł, wszystko spadło na mnie jak lawina. Kredyt na mieszkanie, rachunki, zakupy – nagle okazało się, że żadna z naszych obietnic nie miała znaczenia. On zabrał swoje rzeczy i zostawił pustą półkę w szafie, a ja zostałam z długami, które jeszcze kilka tygodni temu wydawały się podzielne na dwa. Zamiast wspólnych planów na emeryturę, miałam jedną, brutalną rzeczywistość – płacenie rat, opłaty za media i naprawy, które wcześniej robiliśmy wspólnie.

– Jak sobie z tym wszystkim poradzisz? – spytała siostra przez telefon. – Sama?

– Muszę – odpowiedziałam, chociaż w głowie miałam tysiąc wątpliwości. Nie chciałam pokazać słabości, bo bałam się, że wtedy świat całkiem mnie pochłonie.

Każde wyjście na zakupy było walką z emocjami. Widząc produkty, które kiedyś kupowaliśmy bez zastanowienia, czułam ukłucie zazdrości i goryczy. Ile razy kupował mi perfumy, sukienki, drogie kosmetyki? Teraz wszystko spłacałam sama, a każda złotówka miała znaczenie.

– Nie martw się, dasz radę – powtarzałam sobie, chodząc po sklepie, licząc dokładnie resztę w portfelu.

Każdy dzień był próbą przetrwania. Rano płaciłam rachunki, w południe robiłam zakupy, po południu gotowałam, a wieczorem siadałam przy kuchennym stole, patrząc na puste miejsce po nim. W lustrze odbijała się kobieta, której życie zmieniło się w kilka godzin. Zmarszczki pod oczami były wyraźniejsze, włosy mniej lśniące, ale w oczach palił się jeszcze mały płomień. Może nadziei, może buntu. Wiedziałam, że nie mogę się poddać.

– Nie ma innego wyjścia – mówiłam do siebie, odkurzając pokój, który kiedyś dzieliliśmy razem. – Trzeba zacząć od nowa, choćby nie wiem, jak trudno.

Muszę zrobić coś dla siebie

Stojąc rano przed lustrem, przyglądałam się sobie dokładnie, nie chcąc niczego pominąć. Zmarszczki wokół oczu, linie na czole, wiotka skóra pod szyją – wszystko mówiło jedno: czas nie stoi w miejscu, a ja nie mogłam liczyć na cud. Nie chciałam przyznać się do tego przed sobą, ale ból był realny.

– Przestań się tak oglądać – mruknęłam, nakładając krem na twarz. – Nie masz wyboru, musisz ruszyć dalej.

Wyszłam na balkon, obserwując sąsiadów spieszących do pracy. Oni wszyscy mieli swoje życie, a ja zostałam w stagnacji, z pustym mieszkaniem i kredytem, który tylko czyhał na każdą moją złotówkę. Próbowałam znaleźć w sobie siłę, wspominałam dawne pasje, które odkładałam na później. Może teraz był ten moment, by wreszcie zrobić coś dla siebie, a nie dla kogoś, kto odszedł bez ostrzeżenia.

– Może zapiszę się na kurs… – zaczęłam mówić sama do siebie, gdy mój wzrok zatrzymał się na książce leżącej na stole. – Albo na siłownię. Przynajmniej poczuję, że coś zależy ode mnie.

W międzyczasie listy z banku i przypomnienia o spłatach wpadały do skrzynki jak zimny deszcz. Za każdym razem, kiedy je otwierałam, serce biło mi szybciej. Nie mogłam nikogo obwiniać, tylko siebie – że uwierzyłam, że razem damy radę, że nasze życie będzie stabilne. On wybrał młodość, ja zostałam ze wspomnieniami i obowiązkami.

– Trzeba się przyzwyczaić – powiedziałam na głos, biorąc głęboki oddech. – Przetrwam, nawet jeśli boli.

Czułam jednocześnie gniew i pustkę, ale też pewną determinację. Przestałam już marzyć o tym, co było. Lustro nie kłamało – ja muszę zacząć od siebie, bo nikt inny tego za mnie nie zrobi.

Trzeba zacząć od nowa

Pewnego popołudnia wybrałam się do kawiarni, żeby oderwać myśli od pustego mieszkania i niekończących się rachunków. Usiadłam przy stoliku przy oknie, zamawiając kawę i ciasto, kiedy nagle dostrzegłam go z nią. Nie chciałam wierzyć własnym oczom – śmiali się razem, blisko, jakby żadne lata naszego wspólnego życia nie istniały. Jej ręka lekko dotykała jego ramienia, a on patrzył na nią jak na jedyną osobę na świecie. Serce ścisnęło się boleśnie, a żołądek zawiązał w supeł.

Nie mogłam się ruszyć. Przypomniały mi się nasze wspólne wieczory, śmiech, rozmowy, plany. Teraz wszystko było tylko cieniem tego, co straciłam. Nagle poczułam gniew – dlaczego miałam cierpieć sama, podczas gdy on wybierał młodość, zostawiając mnie samą z tym wszystkim?

– Czy u pani wszystko w porządku? – spytał kelner, przerywając moje myśli.

– Tak… – wymamrotałam, próbując zebrać się w sobie, choć serce waliło mi jak szalone.

Wysiadłam z taksówki później, gdy próbowałam wrócić do domu, ale w głowie wciąż miałam ich obraz. Zrozumiałam, że nie mogę dłużej tkwić w przeszłości ani w żalu. To spotkanie było jak zimny prysznic. Zrozumiałam, że nie ma już powrotu do tego, co było. Trzeba zacząć od nowa.

W domu zrobiłam listę rzeczy do zrobienia: opłaty, porządek w dokumentach, małe przyjemności dla siebie. Nie potrzebowałam jego obecności, żeby przetrwać. Nawet jeśli serce nadal krwawiło, wiedziałam, że przetrwam. To była moja walka, moje życie. I nie pozwolę, by ktokolwiek odebrał mi siłę.

– Poradzę sobie – powiedziałam na głos, patrząc w lustro. – Nie dla niego, tylko dla siebie.

Odzyskałam siebie

Czas mijał, a ja uczyłam się żyć na nowo, krok po kroku. Kredyt wciąż wisiał nade mną jak cień, ale nie pozwalałam, by mnie przytłoczył. Każda spłacona rata, każdy opłacony rachunek były dowodem, że dobrze mi idzie. W lustrze nadal widziałam zmęczenie, ale także siłę – siłę kobiety, która nie potrzebuje nikogo, żeby przetrwać. On natomiast, jak się dowiedziałam, popełnił jeden błąd za drugim. Młoda studentka okazała się nie takim rajem, jak sobie wyobrażał.

– Lepiej ci, prawda? – spytała przyjaciółka, gdy siedziałyśmy razem przy kawie.

– Tak – odparłam. – Nareszcie nie żyję w jego cieniu.

Zrozumiałam, że jestem samowystarczalna. Nikt nie odebrał mi prawa do decydowania o sobie, do stawiania granic i do budowania własnej przyszłości. On stracił stabilność, poczucie bezpieczeństwa i moją obecność, której kiedyś nie doceniał. Ja natomiast odzyskałam spokój, choć nie obyło się bez bólu.

Czasem myślę o tym, jak łatwo można stracić wszystko przez chwilę słabości. A ja? Nauczyłam się kochać siebie taką, jaka jestem, z historią, zmarszczkami i rachunkami. Każda z tych rzeczy jest częścią mojej prawdy, mojej historii. I choć samotność wciąż czasem doskwiera, wiem, że wytrzymam, bo w końcu to ja kieruję swoim życiem. On wybrał swoją drogę – drogę pełną złudzeń. Ja wybrałam swoją – do odzyskania siebie.

Emilia, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama