Reklama

Zawsze marzyliśmy o domu poza miastem. Gdy dzieci wyjechały na studia, postanowiliśmy w końcu spełnić to pragnienie. Sprzedaliśmy mieszkanie i kupiliśmy mały, uroczy domek na wsi. Wydawało się, że znaleźliśmy nasze miejsce na ziemi – spokój, zieleń i ludzie, którzy znali się od pokoleń.

Wiedzieliśmy od razu, że to jest to

Przeprowadzka przyszła niespodziewanie szybko. Z dnia na dzień spakowaliśmy dwadzieścia lat życia w kartony, które Sławek ochoczo ładował do busa wynajętego od sąsiada z bloku. Ja patrzyłam na nasze mieszkanie ze ściśniętym sercem – trochę ze strachu, a trochę z ekscytacji. Nasz nowy dom stał na lekkim wzniesieniu, z werandą od południa i jabłonią rosnącą przy płocie. Kiedy po raz pierwszy przekroczyliśmy próg, spojrzeliśmy na siebie i wiedzieliśmy – to jest to.

Sławek już pierwszego dnia rozłożył narzędzia. Malował płot, przycinał krzewy, rozstawiał leżaki jakbyśmy byli na wiecznych wakacjach. Ja biegałam ze ściereczką i sadziłam bratki w glinianych donicach. Wieczorami siadaliśmy na tarasie z herbatą w ręku i śmialiśmy się, że zaczynamy emeryturę dziesięć lat wcześniej.

Poznaliśmy sąsiadów – małżeństwo po pięćdziesiątce, bez dzieci. Ona, blondynka z pazurem, miała w oczach coś niepokojącego. On był milczący, ale uprzejmy. Zaprosili nas na grilla, a potem zbliżyliśmy się bardziej, niż zamierzałam. Początkowo cieszyłam się zmianą. Jeszcze nie wiedziałam, że ten nowy początek był tylko złudzeniem. Że spokój to tylko cisza przed burzą.

Taka osoba to skarb

Z sąsiadką, Dorotą, od razu złapałam kontakt. Była bezpośrednia, trochę zbyt pewna siebie, ale w tej wiejskiej ciszy taka osoba to skarb. Często wpadała do mnie bez zapowiedzi – raz z ciastem, innym razem z radą na temat mchu na kostce brukowej. Sławek śmiał się, że znalazłam bratnią duszę, ale z czasem zauważyłam, że jego uśmiech tracił szczerość, gdy Dorota była w pobliżu.

– Ładnie ci w tym ubraniu – rzuciła raz do niego, kiedy akurat przyszedł z ogrodu spocony i w poplamionej koszulce. – Widać, że jesteś pracowity?

Zamarłam. Sławek tylko się uśmiechnął i mruknął coś pod nosem. Zbyłam to żartem, ale coś mnie uwierało. Od tamtej pory Dorota coraz częściej pojawiała się wtedy, gdy mnie nie było. Zostawiałam ich razem na piętnaście minut, bo zapomniałam cukru w sklepie, a po powrocie zastałam ją przy kuchennym stole z kieliszkiem naszego wina i nogą założoną na nogę. Sławek tłumaczył, że tylko wpadła się napić.

– Niepotrzebnie się nakręcasz – mówił, gdy podpytywałam.

Może i miał rację. Może byłam przewrażliwiona. Ale kobieca intuicja zaczęła mi szeptać, że coś tu nie gra.

Nagle zaczął rano biegać

Zaczęłam go obserwować. Nie śledzić, nie grzebać w telefonie – po prostu uważniej patrzeć. Sławek zaczął dbać o siebie jak nigdy wcześniej. Nowa koszula „bo wygodna do pracy w ogrodzie”, perfumy, których nigdy nie używał nawet na nasze rocznice. Nagle zaczął biegać rano. Mówił, że dla zdrowia, choć wcześniej z kanapy trudno go było zrzucić.

– Dziwne, że nie wróciłeś na śniadanie – rzuciłam pewnego dnia. – Mówiłeś, że tylko szybka przebieżka.

– Spotkałem sąsiada, pogadaliśmy przy płocie – odpowiedział bez mrugnięcia okiem.

Tyle że sąsiad w tym czasie był u weterynarza, co powiedziała mi jego żona, gdy wpadłam po mąkę. Coś mi się nie kleiło.

Pewnej soboty, gdy wyszłam do sklepu, zapomniałam portfela. Wróciłam szybciej, niż planowałam. Zza płotu dobiegał śmiech. Mój mąż i Dorota stali przy jej samochodzie. On coś mówił, ona roześmiała się i... dotknęła jego ramienia. Zatrzymałam się za żywopłotem. Po chwili on się nachylił i powiedział coś przy jej uchu. Uśmiechała się tak, jak kobieta uśmiecha się tylko do mężczyzny, który nie jest jej obojętny. Nie zrobiłam awantury. Zachowywałam się, jakby nic się nie stało, ale coś we mnie zaczęło się kruszyć.

Otworzyłam nie te drzwi

To był deszczowy czwartek. Poszłam po cebulę do spiżarki, ale zamiast zejść do piwnicy, coś mnie tknęło. Przypomniałam sobie, że Sławek mówił, iż zostawił w szopie sekator. Szopa – jego królestwo, gdzie chował narzędzia i różne „męskie przydasie” – była zamknięta na klucz. Tego dnia zapomniał zamknąć.

Drzwi zaskrzypiały. Pachniało wilgocią i starym drewnem. Weszłam tylko po sekator. Tylko. Ale mój wzrok przyciągnął notes leżący na stole. Otworzyłam. Pierwsza strona – lista rzeczy do zrobienia przy domu. Dalej – lista zakupów. A potem, na końcu… kartka z odręcznym pismem Doroty. Kilka zdań. „Znowu dziś przyszedłeś i nic nie powiedziałeś. Wiesz, że tak mnie doprowadzasz do szału. Gdyby twoja żona wiedziała, co robimy na tej kanapie...”

Poczułam, jak uginają się pode mną nogi. Sekator leżał tuż obok. Zabrałam go, zamknęłam szopę i przeszłam przez podwórko jak cień. Sławek był w kuchni, robił sobie kanapkę, jakby nic się nie stało.

– Byłaś w sklepie? – zapytał.

– Tak – skłamałam. – Nie było cebuli.

Zaczęłam rozumieć, że to już nie były podejrzenia. To była zdrada. A ja stałam na jej progu.

Co się dzieje za płotem?

Od tamtego dnia obserwowałam ich jak przez szkło powiększające. Każdy gest, każdy rzucony uśmiech miał już dla mnie inne znaczenie. Zaczęłam unikać Doroty. Przestałam odbierać, gdy dzwoniła, a na wiadomości odpowiadałam lakonicznie. Czuła, że coś jest nie tak. Przyniosła mi swoje ciasto, pytała, czy nie potrzebuję pomocy. Grała przyjaciółkę. Tymczasem nocami rozmyślałam, czy to było tylko raz, czy może od dawna rozgrzewali jej sypialnię, podczas gdy ja podlewałam nasze róże.

Sławek też wyczuł zmianę. Zaczął pytać, czemu jestem taka cicha, czy coś się stało. I wtedy pierwszy raz spojrzałam mu prosto w oczy i zapytałam:

– Co się dzieje za płotem?

– W sensie?

– Pytam, bo wydaje mi się, że więcej się tam dzieje niż tylko wspólne podlewanie tuj. Romansujesz z nią. Wiem o tym – odpowiedziałam chłodno.

Spuścił wzrok. Odsunął się od stołu. Nie zaprzeczył.

– To nic nie znaczyło – powiedział cicho.

Wyszłam z kuchni, zanim zdążył cokolwiek dodać. Tego wieczoru po raz pierwszy od dawna zamknęłam sypialnię od środka. Potrzebowałam ciszy, żeby zrozumieć, czy więcej straciłam, czy może jednak coś odzyskałam – siebie.

Zamknęłam furtkę, otworzyłam oczy

Wiosna przyszła później niż zwykle. Śnieg długo topniał, a moje myśli – jeszcze dłużej. Przez kilka tygodni żyliśmy obok siebie, jak dwójka obcych ludzi dzielących dom. On próbował rozmawiać, ja milczałam. Potem było odwrotnie – ja pytałam, a on uciekał spojrzeniem. Niby się starał, ale czułam, że to nie żal, tylko strach przed samotnością.

Pewnego dnia, gdy wyszłam przed dom z kubkiem kawy, zobaczyłam Dorotę stojącą na swojej werandzie. Zobaczyła mnie i uniosła rękę, jakby chciała pomachać, ale zatrzymała się w pół gestu. Odwróciłam się. Nie miałam jej nic do powiedzenia.

Podjęłam decyzję tydzień później. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy, zadzwoniłam do córki i powiedziałam, że przyjadę na kilka tygodni. Sławek patrzył, jak wrzucam walizki do bagażnika. Nie zapytał, dokąd jadę. Nie zatrzymał mnie.

Zamknęłam furtkę lekko trzęsącymi się dłońmi. Nie z powodu bólu, raczej ulgi. Zobaczyłam, jak jasne światło poranka odbija się w szybie auta. To był nowy początek. Może nieplanowany, może brutalny, ale prawdziwy. Nie wiem, czy wrócę. Może dom to nie miejsce, ale stan serca. A ja potrzebowałam teraz znaleźć je na nowo. Gdzieś indziej. Sama.

Iwona, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama