„Po 25 latach wspólnego życia dowiedziałam się, że mój mąż to dwulicowy oszust. A ja wciąż mu prałam te jego koszule”
„Telefon zadzwonił, kiedy Witek był pod prysznicem. Leżał na stoliku w salonie, jak zwykle – niepilnowany, niedbale rzucony, jakby nie miał żadnej wagi. Czasem wyłączałam mu dźwięk, bo zapominał, a potem irytował się, że ktoś „znowu czegoś chciał”. Tym razem nie wyciszyłam i wszystko się wydało”.

- Redakcja
Mówią, że po pięćdziesiątce nic już człowieka nie zaskoczy. Że wtedy żyje się już tylko przyzwyczajeniem, a emocje zostawia za sobą, gdzieś między obiadem a wieczornym „Teleexpressem”. Może i tak miało być. Może powinnam się już dawno pogodzić z tą naszą rutyną – z herbatą o 18:00, z jego koszulami, które prasowałam niemal mechanicznie, z tym naszym milczeniem przy kolacji. Byliśmy razem od zawsze. Ja i Witek. Poznaliśmy się jeszcze na studiach. On – zawsze opanowany, zawsze trochę nieobecny. Ja – wierząca, że spokój to też rodzaj miłości. Że jak się nie kłócimy, to znaczy, że wszystko gra. Że jak raz w miesiącu powie „dziękuję” za obiad, to przecież docenia.
Dzieci już dawno się wyprowadziły. Zostaliśmy sami w tym dużym mieszkaniu. Cicho tu teraz. Nawet zegar w kuchni tyka jakby głośniej. A ja, głupia, myślałam, że chociaż mamy siebie. Że mimo tej ciszy, jesteśmy „my”. Tymczasem on... On miał kogoś innego. I to nie przez tydzień, nie przez miesiąc. Latami. A ja? Ja prałam jego gacie. Wycierałam kurz z jego biurka. Robiłam herbatę. I nie miałam pojęcia, że przez ten cały czas byłam tylko tłem. Dekorem jego wygodnego życia.
Wiadomość nie dla mnie
Telefon zadzwonił, kiedy Witek był pod prysznicem. Leżał na stoliku w salonie, jak zwykle – niepilnowany, niedbale rzucony, jakby nie miał żadnej wagi. Czasem wyłączałam mu dźwięk, bo zapominał, a potem irytował się, że ktoś „znowu czegoś chciał”. Tym razem nie wyciszyłam. Tym razem ekran rozświetlił się na dłużej. „Nie mogę się doczekać, kiedy znowu się spotkamy. Twój zapach jeszcze jest na mojej poduszce”.
Zamarłam. Palce drżały mi lekko, jakby ciało już wiedziało coś, czego umysł nie chciał jeszcze dopuścić. Spojrzałam w stronę łazienki. Nadal szum wody. Serce mi waliło, jakbym to ja zrobiła coś złego. Nie odpisałam. Nie weszłam w wiadomości wcześniej. Nie szperałam. To przyszło samo. Tak po prostu – z sygnałem jak grom z jasnego nieba. Ale wystarczyło. Jedno zdanie. Jedna cholerna poduszka. Jedno „nie mogę się doczekać”. Zgasiłam ekran i odłożyłam telefon. Do kuchni weszłam jak automat. Zalałam herbatę, pokroiłam ogórki do kolacji. Witek usiadł naprzeciwko mnie przy stole, jeszcze z mokrą głową, ręcznik na karku.
– Coś cicho dziś jesteś – rzucił, smarując masłem chleb.
– Zmęczona jestem – odpowiedziałam.
Spojrzał na mnie przez chwilę, ale zaraz przeniósł wzrok na talerz. Jadł, jakby wszystko było normalnie. Jakby nie zostawiał cholernego zapachu na cudzej poduszce. A ja? Ja wpatrywałam się w jego dłonie. Te same, które głaskały mnie po plecach przed snem. Które trzymały moją rękę, gdy rodziłam Kasię. Teraz wycierały sobie usta papierowym ręcznikiem. I kłamały. A ja milczałam. Bo nie miałam jeszcze słów, żeby opowiedzieć sobie, co się właśnie wydarzyło.
Przeprowadziłam ciche śledztwo
Następnego dnia wstałam przed nim. Zrobiłam kawę, zapakowałam mu kanapki do pracy, jak zwykle. Nie powiedziałam ani słowa. On też nie. O 7:45 wyszedł, jak co dzień. Z teczką w jednej ręce i telefonem w drugiej. „Miłego dnia”, rzucił na odchodne. „Będę po osiemnastej.” Zaraz po tym, jak zamknęły się za nim drzwi, usiadłam przy stole i wzięłam głęboki oddech. Musiałam wiedzieć więcej. Nie mogłam żyć w domysłach. Wzięłam zeszyt z szuflady i zaczęłam zapisywać wszystko: godzinę wiadomości, słowa, które zapamiętałam, jego zachowanie.
Później wzięłam się za telefon. Znałam hasło. Nigdy go nie zmienił, bo przecież „nie miał nic do ukrycia”. Przejrzałam historię połączeń. Większość numerów służbowych, ale jeden powtarzał się regularnie, zawsze wieczorem, czasem po 22:00. Zaczęłam od niego. Znalazłam ten numer w wyszukiwarce. Iwona. Pracowała w starostwie. Z Witkiem. Dziesięć lat młodsza ode mnie. Na zdjęciu – pewna siebie, w czerwonej sukience, z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów. Tego samego dnia, w pracy, zagadnęłam Ankę z sekretariatu:
– A ta nowa, Iwona, jak się sprawdza?
– Nowa? – prychnęła. – Przecież ona już tu z pięć lat robi. Witek ją przecież wciągnął.
Zamarłam. Pięć lat.
– A... dogadują się?
– Za dobrze, jak na mój gust – mrugnęła do mnie znacząco.
Po pracy długo siedziałam w samochodzie, zanim wysiadłam. Patrzyłam na drzwi naszego bloku i czułam jak to wszystko mnie przytłacza. I nagle zrozumiałam, że to nie był przypadek. To nie był „epizod”. Coś mi się rozsypywało między palcami, a ja wciąż robiłam to idiotyczne pranie.
Byliśmy dwojgiem obcych ludzi
Zaczęłam od drobiazgów. Zostawiłam jego telefon na kuchennym blacie, ekranem do góry. Zawsze odkładał go ekranem w dół. Przestawiłam mydło w łazience. Na próbę. Po powrocie poprawił je od razu. Zauważył. Więc był czujny. Ale udawał, że wszystko jest po staremu. Wieczorem, przy kolacji, zapytałam:
– Masz może jutro spotkanie z Iwoną?
Zatrzymał nóż nad masłem. Opuścił rękę.
– A czemu pytasz?
– Ot tak. Ciekawa jestem, jak pachnie jej poduszka.
Zamarł. Przez długą chwilę nie odpowiedział. Potem ostrożnie spojrzał mi w oczy.
– Co ty mówisz, Gośka?
– Zapytałam, jak pachnie jej poduszka. Bo podobno jeszcze czuła na niej twój zapach.
Zamilkł. Oparł się o krzesło. Wziął głęboki oddech, jakby miał mi właśnie wygłosić wykład o tym, że to nie tak, że przesadzam. Ale zanim zaczął mówić, wyprzedziłam go.
– Wiem. I nadal piorę ci te cholerne koszule.
Cisza. Długa, ciężka jak głaz.
– Od jak dawna? – zapytałam, chociaż wiedziałam. Musiałam to usłyszeć. Od niego.
Witek spuścił wzrok. Nie odpowiedział.
– Pięć lat? Sześć?
– To nie ma znaczenia... – wydusił. – To tylko...
– ...zapach na cudzej poduszce – dokończyłam za niego. – A ja w tym czasie krochmaliłam twoje koszule. Z miłości, Witek.
Odłożył sztućce. Wstał od stołu. Chciał coś powiedzieć. Złapał się za kark. Ale milczał. Po prostu wyszedł do salonu i usiadł przed telewizorem. A ja siedziałam sama, z zimną herbatą. I po raz pierwszy od 25 lat naprawdę zrozumiałam, że jesteśmy dwojgiem obcych ludzi pod jednym dachem.
To był tylko głupi romans
Zaparzyłam dwie herbaty. Miętowa dla niego, malinowa dla mnie – jak zawsze. Postawiłam kubek przed nim na stole, chociaż miałam ochotę go roztrzaskać o ścianę. Usiadłam naprzeciwko. Milczeliśmy. W końcu zapytał:
– Co teraz?
– To ty mi powiedz. Co teraz?
Wziął łyk. Trzymał kubek obiema rękami, jakby się ogrzewał przy jakimś nędznych resztkach uczucia. Spojrzał na mnie.
– Gośka… To nie miało znaczenia. To był tylko głupi romans. Nic poważnego.
– Przez pięć lat?
– Było… inaczej. Ona była... ucieczką.
– A ja? – zapytałam spokojnie. – Kim ja dla ciebie byłam?
Zamilkł. Unikał mojego wzroku. Odpowiedział dopiero po chwili:
– Ty jesteś moim domem.
Te słowa miały mnie uspokoić. Ale tylko mnie dobiły. Poczułam się jak kredens po babci – solidny, stary, potrzebny. Ale nie na wystawę. Na codzienność. Coś, co się kurzy, ale nie wyrzuca, bo żal.
– Czyli jestem drewnianym meblem w twoim życiu – powiedziałam chłodno. – Funkcjonalna. Stabilna. Znajoma.
– Nie tak... nie to chciałem powiedzieć…
– Witek, nic nie musisz mówić. Powiedziałeś wszystko. Ona jesteś ucieczką. Ja jestem obowiązkiem.
Złapał się za głowę. Milczał. Widziałam, że nie wie, jak mnie zatrzymać. I wcale nie byłam pewna, czy w ogóle chce. Siedzieliśmy tak, naprzeciw siebie, z herbatą parującą między nami jak mgła. I wiedzieliśmy oboje, że nic już tej mgły nie rozwieje. Że się zgubiliśmy.
Nie mogłam przestać płakać
Najpierw powiedziałam Kasi. Spotkałyśmy się w jej ulubionej kawiarni, tej z roślinnym sufitem i ciastem marchewkowym, które zawsze sobie chwaliła.
– Mama… – odezwała się, gdy tylko usiadłam – wyglądasz, jakbyś nie spała od tygodnia.
Uśmiechnęłam się blado. I wtedy po prostu powiedziałam:
– Tata mnie zdradzał. Przez kilka lat. Z kobietą z pracy.
Kasia zamarła, a potem zakryła usta dłonią. Przez moment myślałam, że nic nie powie, że po prostu wstanie i wyjdzie. Ale po chwili po policzkach popłynęły jej łzy.
– Mamo… Boże, czemu nic nie mówiłaś?
– Bo sama do końca nie wierzyłam. A potem… nie chciałam was tym obciążać.
Przytuliła mnie nad stołem, a ludzie dookoła udawali, że nie patrzą. Tomkowi powiedziałam wieczorem, przez telefon. Przyszedł, usiadł na kanapie, wysłuchał do końca i nie powiedział ani słowa. Po prostu wstał, założył kurtkę i wyszedł. Dopiero po godzinie przysłał wiadomość: „Nie wiem, co powiedzieć. Kocham cię, mamo”. Następnego dnia zadzwoniłam do Basi. Spotkałyśmy się u niej, przy kuchennym stole. Zanim zdążyła zapytać, co się dzieje, rozpłakałam się. Po raz pierwszy.
– Przez pięć lat spał z inną, Basiu. A ja mu prałam koszule, gotowałam, dbałam, żeby miał czyste skarpety. Jak idiotka. Jak… jak cień.
Basia podsunęła mi chusteczki.
– Nie jesteś żadnym cieniem. On to wszystko zawalił.
Patrzyłam na swoją przyjaciółkę i nie mogłam przestać płakać. Nie ze złości. Z ulgi. W końcu mogłam komuś to powiedzieć. Ktoś wreszcie zobaczył, że się rozsypałam. A potem zadałam sobie pytanie, które do tej pory bałam się wypowiedzieć na głos:
– Kim ja teraz jestem bez niego i tych jego cholernych koszul?
Nie wiedziałam, co dalej
Nie odeszłam. On też nie. Żyliśmy dalej – pod jednym dachem, w tym samym mieszkaniu, przy tych samych ścianach. Ale już nie było „nas”. Były dwa samotne byty, dwa cienie przeszłości, które udawały, że to jeszcze dom. Prałam jego koszule, jak wcześniej. Ale już ich nie składałam z czułością. Nie układałam równo w szafie. Rzucałam na fotel. Bez słowa, bez znaczenia. Nie patrzyłam mu w oczy przy śniadaniu.
On nie pytał, jak mi minął dzień. Dzieci już wiedziały, że coś się skończyło, ale nikt z nas nie miał odwagi tego nazwać. Zaczęłam znikać wcześniej do pracy. Wracałam później. Czasem zostawałam u Basi. Czułam, że wracam do siebie. Do tej kobiety, którą kiedyś byłam, zanim dałam się zamknąć w roli żony, która wszystko znosi. Nie wiedziałam, co będzie dalej. Ale wiedziałam jedno – już nigdy nie będę taką kobietą jak przedtem.
Małgorzata, 53 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzisiejsze dzieci są pazerne i niewdzięczne. Elegancki portfel dla syna to prezent godny śmietnika”
- „Żona zmieniła moje życie w żart. Miałem być tatusiem gromadki maluszków, lecz dziś nie ma mi kto ich urodzić”
- „Zdębiałem, gdy narzeczona zdradziła mi swoje grzeszne zachcianki. Zgodziłem się, ale do dziś pluję sobie w brodę”