„Po 30 latach małżeństwa odkryłam, że mój mąż ma romans. Wstyd mnie pali, bo jego kochanka jest młodsza od naszej córki”
„Nie mieliśmy może wielkich uniesień, ale było stabilnie. Dobrze. Bezpiecznie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Od jakiegoś czasu coś jednak zaczęło się zmieniać. Najpierw były drobiazgi – nowy zapach perfum, częstsze spóźnienia z pracy. Odległy wzrok, gdy wieczorem siedzieliśmy razem”.

- Redakcja
Czasem budzę się w środku nocy i nie wiem, gdzie jestem. Leżę na naszym łóżku, w naszej sypialni, obok pustej połowy, w której nie ma już zapachu Marka i przez kilka długich sekund próbuję sobie przypomnieć, czy to jeszcze moje życie? Czy to naprawdę mnie się przydarzyło? Bo przecież wszystko miało być inaczej. Marek i ja byliśmy razem trzydzieści lat. Trzydzieści lat śmiechu, kłótni, kompromisów, dzieci, wakacji nad morzem, świąt z rodziną, wspólnych remontów i cichych wieczorów przy winie. Trzydzieści lat, które miały świadczyć o czymś więcej niż tylko o czasie. Myślałam, że przeszliśmy już wszystko – młodzieńcze biedowanie, wychowanie dwójki dzieci, śmierć moich rodziców, jego wypalenie zawodowe. Że już nic nas nie złamie.
Marek był człowiekiem opanowanym. Zawsze ten spokojniejszy z nas dwojga. Gdy ja panikowałam, on potrafił powiedzieć: „Regina, spokojnie, jakoś to będzie”. I rzeczywiście – jakoś zawsze było. Nie mieliśmy może wielkich uniesień, ale było stabilnie. Dobrze. Bezpiecznie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Od jakiegoś czasu coś jednak zaczęło się zmieniać. Najpierw były drobiazgi – nowy zapach perfum, których nigdy wcześniej nie nosił. Częstsze spóźnienia z pracy. Odległy wzrok, gdy wieczorem siedzieliśmy razem w salonie, a on niby oglądał wiadomości. I coraz więcej milczenia.
– Praca mnie wykańcza – mówił. – Wykładam teraz na uczelni, dużo się dzieje.
Nie dopytywałam. Zawsze mu ufałam. Ufałam, bo wierzyłam, że po trzydziestu latach nie trzeba już pytać o wszystko. Że nie trzeba węszyć, szukać, kontrolować. Że to właśnie jest miłość – spokój i zaufanie. Dopiero teraz rozumiem, jak bardzo się myliłam.
Wszystko zaczęło się sypać
Znalazłam to przypadkiem. Dosłownie – przypadkiem. Marek zostawił telefon w łazience, kiedy poszedł pod prysznic. Zazwyczaj miał go przy sobie, nawet jak szedł wynieść śmieci. Zawsze się z tego śmiałam:
– Ty chyba bardziej kochasz ten telefon niż mnie. Ale tego ranka leżał sobie spokojnie na pralce, a ekran zamigotał. Wiadomość. Jedna, druga.
Nie powinnam była patrzeć. Wiem. Ale przecież to nie tak, że szukałam czegoś konkretnego. Po prostu... zerknęłam. I zamarłam. „Tęsknię za tobą. Znów nie mogłam spać. Czekam” – brzmiał jeden z ostatnich SMS-ów. Nadawcą była Patrycja. Stałam tam jak wmurowana, z ręcznikiem w ręku i sercem w gardle. Wpatrywałam się w ekran, aż zgasł. Nagle wszystko wydało mi się inne – zapach jego koszuli, jego zmęczone „nie dziś, jestem padnięty”, jego szybkie zerknięcia w telefon, kiedy myślał, że nie widzę. Weszłam do łazienki.
– Kim jest Patrycja? – spytałam prosto z mostu. Głos miałam obcy, obcy nawet dla siebie samej.
Marek spojrzał na mnie zaskoczony, przez chwilę milczał, a potem wzruszył ramionami.
– Studentka. Pomagałem jej z aplikacją na studia.
– Nie pisze się do studentek, że za nimi tęsknisz – odpowiedziałam cicho. – A one nie odpisują na to wykładowcom.
Zamilkł. Spojrzał gdzieś za mnie, jakby chciał zniknąć. Poczułam, jak serce tłucze mi się w piersi, jakbym miała zaraz upaść. Wyszłam, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. To był początek końca.
Córka nie chciała mnie martwić
Marta przyszła do mnie tego samego wieczoru. Nie musiałam mówić, że coś jest nie tak. Spojrzała na mnie, a potem na pustą szklankę w mojej dłoni i od razu wiedziała.
– Mamo, co się stało?
Usiadłam na kanapie, niepewna, czy chcę to powiedzieć. Ale przecież to moja córka. Moje dziecko. Zasługiwała na prawdę.
– Marta... Twój ojciec mnie zdradza – powiedziałam i słowa zabrzmiały tak obco, jakby dotyczyły kogoś innego. Jakby nie wyszły z moich ust.
Marta zamarła. Wbiła we mnie wzrok, jakby próbowała zrozumieć, czy to jakiś chory żart.
– Co?
– Z jakąś dziewczyną. Patrycją. Jest młoda. Studentka, podobno. Znalazłam wiadomości w jego telefonie. Pisali, że tęsknią, że nie mogą spać... – Głos mi się załamał. – Marta… Ona ma dwadzieścia kilka lat. Jest młodsza od ciebie.
Cisza, jaka zapadła po tych słowach, bolała mnie bardziej niż płacz.
– Mamo... ja... – zaczęła, ale coś w jej spojrzeniu już mnie ostrzegło. – Widziałam ich kiedyś razem. W galerii. Trzymali się blisko. Myślałam, że to koleżanka z pracy. Nic pewnego. Nie chciałam cię martwić...
Patrzyłam na nią w milczeniu. Czyli to nie był incydent. Nie przypadek. To trwało.
– Dlaczego nic nie powiedziałaś? – zapytałam cicho.
– Bałam się. Może nie chciałam wiedzieć. Albo... nie chciałam, żebyś ty wiedziała – wyszeptała. – Mamo, przepraszam.
Objęła mnie nagle, mocno, jak wtedy, gdy miała pięć lat i rozdarła kolano. Tyle że teraz to ja krwawiłam – gdzieś głęboko, z miejsca, którego nie dało się opatrzyć plastrem.
Zamarłam, gdy go usłyszałam
Nie podsłuchiwałam go celowo. Przysięgam. Po prostu wróciłam wcześniej do domu. Weszłam cicho, bo myślałam, że nikogo nie ma – Marek zwykle o tej porze jeszcze był na uczelni. Zdjęłam buty, kurtkę… i wtedy usłyszałam jego głos w salonie. Mówił przez telefon. Zamarłam w przedpokoju. Dzieliła nas cienka ściana.
– Nie mogę teraz przyjechać. Ona coś podejrzewa – usłyszałam. Głos miał ściszony, spięty. – Nie, nie wiem. Ale patrzy inaczej. Jakby już wiedziała o wszystkim. Musimy się wstrzymać.
Zapiekło mnie w gardle. Ale to jeszcze nie było najgorsze.
– Nie wiem, co mnie przy niej jeszcze trzyma – powiedział po chwili. – Wszystko się sypie.
Wtedy weszłam do salonu. Cicho, bez słowa. Stał tyłem, nie usłyszał mnie od razu.
– Nie musisz mówić cicho – powiedziałam spokojnie. – Wszystko słyszałam.
Zamarł. Powoli odwrócił się w moją stronę, z telefonem nadal przy uchu. Patrzył na mnie jak na ducha.
– Patrycja... oddzwonię – powiedział cicho i rozłączył się.
– Od kiedy to trwa? – zapytałam. Sucho, rzeczowo. Gdybym zaczęła płakać, nie przestałabym do rana.
Milczał.
– Ile? Miesiąc? Dwa?
– Regina...
– Rok?
Spojrzał w bok. I wtedy wiedziałam.
– Rok i trzy miesiące – powiedział w końcu. – To nie miało tak wyglądać...
Zaśmiałam się. Gorzko. Prawie histerycznie.
– Nie miało? A jak Marek? Miałam się nie dowiedzieć?
Z trudem powstrzymałam się, by nie rzucić w niego czymkolwiek. Stałam tylko i patrzyłam na człowieka, którego znałam lepiej niż kogokolwiek. A który przez ponad rok prowadził drugie życie. Beze mnie.
Poleciał na głodne kawałki
Usiedliśmy naprzeciw siebie przy kuchennym stole. Ten sam stół, przy którym przez lata piliśmy poranną kawę, rozmawialiśmy o dzieciach, planowaliśmy wakacje. Teraz dzielił nas jak mur.
– Powiedz mi... dlaczego? – spytałam, patrząc mu prosto w oczy. – Dlaczego ona? Dlaczego dziewczyna młodsza od naszej córki?
Marek odetchnął głęboko i spuścił wzrok.
– Nie wiem, Regina. Ona... ona mnie podziwiała. Słuchała tego, co mówię. Patrzyła na mnie jak na kogoś wyjątkowego. A nie jak na nudnego faceta po pięćdziesiątce, który ciągle wraca późno i nie pamięta, gdzie odłożył okulary.
– Czyli chodziło o to, żeby ktoś cię poklepał po plecach i powiedział, że jesteś wspaniały? – prychnęłam. – I za to oddałeś trzydzieści lat wspólnego życia?
– To nie było takie proste – mruknął. – Nie planowałem tego. To się po prostu... stało.
– Tak się „stało”, że trwało ponad rok. Codzienne kłamstwa, ukradkowe rozmowy, perfumy, które nie były dla mnie.
Cisza.
– Spałeś z nią?
Skinął głową.
Zacisnęłam dłonie na blacie stołu, żeby nie zacząć nimi drżeć. Wewnątrz mnie coś pękało – po kawałku, bezgłośnie, jak porcelana rzucona na dywan.
– A mnie... co ja? Jestem kim? Matką twoich dzieci? Kobietą, która sprzątała po tobie gacie przez trzy dekady?
Spojrzał na mnie – nie ze złością, nie z gniewem. Tylko z żalem. Może do siebie. Może do mnie.
– Przepraszam – powiedział.
Ale jego „przepraszam” nie brzmiało jak skrucha. Raczej jak informacja: „stało się, ale teraz trzeba jakoś żyć dalej”. Tylko że ja nie wiedziałam, jak.
Chciałam uciec i zniknąć
Zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy: kilka ubrań, kosmetyki, ładowarkę, książkę, której i tak nie miałam siły czytać. Patrzyłam na swoją torbę, jakby należała do kogoś innego. Do kobiety, która właśnie uciekła od męża po trzydziestu latach. Marek nie próbował mnie zatrzymać. Stał w przedpokoju z rękami w kieszeniach, jakby nie wiedział, czy ma coś powiedzieć, czy lepiej milczeć.
– Nie wiem, na ile dni – powiedziałam, zakładając buty. – Może na tydzień. Może na zawsze.
– Regina... – zaczął, ale uniosłam rękę.
– Nie teraz. Nie chcę słuchać żadnych wyjaśnień. Potrzebuję odetchnąć.
Pojechałam do Marty. Przyjęła mnie bez słowa, bez pytania. Otworzyła drzwi i tylko mnie przytuliła, tak mocno, że znów się rozkleiłam.
– Zasługujesz na coś lepszego, mamo – powiedziała później, gdy siedziałyśmy razem na kanapie.
– Ale czy po trzydziestu latach... w ogóle coś zostało? – szepnęłam. – Czy zostało cokolwiek mojego?
W nocy nie spałam. Leżałam w łóżku Marty i patrzyłam w sufit. Głowa bolała mnie od zbyt wielu myśli. Czułam się jednocześnie pusta i przepełniona. Z jednej strony chciałam wrócić, z drugiej – uciec jeszcze dalej. Zniknąć. Być kimś innym. Kimś, kto nie dał się tak ograć. Marek napisał wiadomość. Jedną. Krótką. „Wiem, że zawiodłem. Czekam, jeśli będziesz chciała porozmawiać”. Nie odpisałam. Jeszcze nie.
Regina, 57 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Dzisiejsze dzieci są pazerne i niewdzięczne. Elegancki portfel dla syna to prezent godny śmietnika”
- „Żona zmieniła moje życie w żart. Miałem być tatusiem gromadki maluszków, lecz dziś nie ma mi kto ich urodzić”
- „Zdębiałem, gdy narzeczona zdradziła mi swoje grzeszne zachcianki. Zgodziłem się, ale do dziś pluję sobie w brodę”