„Po 40 latach małżeństwa moje życie stało się słodkie jak lukrowany pączek. Bycie wdową mi służy, ale przed synem udaję”
„Patrzyłam na niego i serce mi się krajało. Kochałam mojego syna. Był dobrym, opiekuńczym mężczyzną, ale ta jego nadgorliwość zaczynała mnie dusić. Traktował mnie jak kruchą porcelanę, która rozsypie się przy najmniejszym podmuchu wiatru. A ja tylko chciałam żyć pełnią życia”.

- Redakcja
Wszyscy spodziewali się, że po pogrzebie Stefana uschnę jak niepodlewana pelargonia. Że zamknę się w czterech ścianach, otoczę czernią i będę odliczać dni do własnego końca, patrząc z pustką w telewizor. Mój syn, Tomek, przyjął sobie za punkt honoru „uratowanie” matki przed samotnością. Dzwoni pięć razy dziennie, przywozi mi zupy w słoikach i patrzy na mnie wzrokiem zbitego psa. Nie ma pojęcia, że kiedy zamykają się za nim drzwi, ja włączam muzykę i wreszcie oddycham pełną piersią. Bo prawda jest taka, że nigdy nie czułam się bardziej żywa.
Czy powinnam czuć się winna?
Pamiętam ten dzień, kiedy Tomek wpadł do mnie bez zapowiedzi. Była środa, godzina jedenasta. Zamiast odkurzać ramki ze zdjęciami zmarłego męża, siedziałam w kuchni w jedwabnym szlafroku, który kupiłam sobie tydzień wcześniej, i jadłam pączka z różą. Lukier kleił mi się do palców, w radiu leciał stary przebój Abby, a ja czułam się po prostu błogo.
Dzwonek do drzwi wyrwał mnie z tego stanu niczym kubeł zimnej wody. W panice otarłam usta, schowałam talerzyk do zlewu i narzuciłam na siebie stary, szary sweter. Musiałam wejść w rolę cierpiętnicy.
– Mamo? Wszystko w porządku? Dzwoniłem dwa razy! – Tomek stał w progu zdyszany. – Byłem w pobliżu u klienta. Kupiłem ci te witaminy dla seniorów.
Patrzyłam na niego i serce mi się krajało. Kochałam mojego syna. Był dobrym, opiekuńczym mężczyzną, ale ta jego nadgorliwość zaczynała mnie dusić. Traktował mnie jak kruchą porcelanę, która rozsypie się przy najmniejszym podmuchu wiatru.
– Dziękuję, kochanie – westchnęłam, przyjmując pudełko. – Jesteś taki dobry, ale naprawdę, radzę sobie.
– Radzisz sobie... Mamo, widzę przecież. Siedzisz w tym domu, sama, w ciszy. Tata by nie chciał, żebyś tak się smuciła.
Och, gdybyś tylko wiedział, synku, pomyślałam. Twój ojciec pewnie przewraca się w grobie, widząc, że wyrzuciłam jego stary fotel i wstawiłam w to miejsce stolik do szachów.
Przez czterdzieści lat byłam tylko cieniem
Żeby zrozumieć moją sytuację, trzeba wiedzieć, że życie ze Stefanem było jak noszenie za ciasnych butów. Każdego dnia. Przez cztery dekady. Stefan był niewolnikiem rutyny. Obiad musiał być o 14:00. Nie lubił głośnej muzyki, gości („bo brudzą”) ani moich koleżanek („bo kłapią dziobami”). Kiedy chciałam zapisać się na kurs malarstwa, wyśmiał mnie. Moje życie kręciło się wokół jego potrzeb, humorów i ciszy. Byłam babcią, matką, żoną, kucharką. Ale nigdy Heleną.
Kiedy zmarł nagle rok temu, pierwszy tydzień był szokiem. Ale potem, w okolicach trzeciego tygodnia, obudziłam się rano i uświadomiłam sobie, że nie muszę zrywać się o siódmej, żeby zaparzyć mu herbatę w szklance z koszyczkiem. Poczucie pustki szybko zastąpił spokój.
Zaczęłam od małych rzeczy. Kupiłam pościel w wielkie, kolorowe kwiaty. Zaczęłam solić ziemniaki tak, jak lubię. I nagle zrozumiałam, że to nie jest koniec mojego życia. To dopiero początek. Tylko jak wytłumaczyć to synowi, który postawił ojca na piedestale i uważa, że wdowieństwo to stan permanentnej żałoby?
Kłamstwa mają krótkie nogi, ale piękne buty
Sytuacja skomplikowała się, gdy zapisałam się do klubu seniora. Tam poznałam Krysię – wulkan energii w skórzanej ramonesce. To ona namówiła mnie na wyjście do teatru, a potem na dancing. Musiałam jednak stworzyć cały system konspiracji.
– Mamo, wpadnę w piątek wieczorem, zrobimy sobie maraton filmowy – zapowiedział Tomek przez telefon.
W piątek miałam umówione wyjście do nowej kawiarni jazzowej. Kupiłam już nawet granatową sukienkę z dekoltem.
– Oj, synku, źle się czuję – zaczęłam kaszleć do słuchawki. – Głowa mnie boli, chyba ciśnienie skacze. Położę się wcześniej.
Udało się go zbyć, ale czułam, że robi się coraz mniej bezpiecznie. Zauważył, że w lodówce pojawiły się sery pleśniowe, że zmieniłam fryzurę na krótszą, że często nie ma mnie w domu.
– Byłam w kościele – to była moja ulubiona wymówka. Nikt nie kwestionuje starszej pani szukającej pocieszenia w modlitwie. Nie musiał wiedzieć, że moją świątynią stał się park, gdzie spacerowałam z mężczyzną.
Henryk nie był moim kochankiem, przynajmniej na razie. Był wdowcem z zajęć historii sztuki. Elegancki, z poczuciem humoru. Traktował mnie jak partnerkę do rozmowy, a nie zgrzybiałą matronę.
Pewnego popołudnia, jedząc lody na ławce, zapytał:
– Helena, dlaczego ciągle oglądasz się przez ramię?
– Mój syn. On myśli, że jestem niedołężną wdową. Gdyby mnie tu zobaczył z lodem truskawkowym i obcym mężczyzną, doznałby szoku.
Henryk uśmiechnął się ciepło.
– Musisz mu powiedzieć. Masz prawo do życia.
Wiedziałam, że ma rację. Bałam się jednak, że Tomek uzna to za zdradę pamięci ojca.
To nie była wizyta, to była inspekcja
Przełom nastąpił we wtorek. Miałam wyjść na wieczorek poetycki (tak, pisałam wiersze do szuflady!). Byłam ubrana w nową tunikę w geometryczne wzory i długie kolczyki, pachniałam jaśminem.
Klucz zazgrzytał w zamku. Zamarłam. Tomek miał zapasowy komplet „na wszelki wypadek”, ale nigdy go nie używał bez dzwonienia.
– Mamo?! Wchodzę! Bałem się, że coś się stało! – jego głos był pełen paniki.
Stałam na środku przedpokoju. Nie zdążyłam zmyć szminki ani schować torebki. Tomek wpadł do korytarza i zatrzymał się jak wryty. Jego wzrok powędrował od moich butów na obcasie po twarz w makijażu.
– Mamo? – zapytał cicho. – Ty... ty wychodzisz? Wyglądasz... inaczej. Masz randkę?!
– Nie mam randki. Idę na spotkanie z ludźmi. Na wieczorek poetycki.
– Jaki wieczorek? Czy ty się dobrze czujesz? Tata nie znosił poezji!
I wtedy pękłam.
– Tata nie żyje, Tomku! – krzyknęłam. – Ale ja tak! Ja wciąż żyję!
Tomek cofnął się, jakbym go uderzyła.
– Mamo, ja tylko się martwię... Myślałem, że potrzebujesz pomocy. A ty się stroisz. Jakby ci wcale nie było smutno.
Podeszłam do niego. Wyglądał jak zagubiony chłopiec.
– Synku, usiądź. Musimy porozmawiać.
Nie potrzebuję opieki
Siedzieliśmy w kuchni. Zrobiłam herbatę – tym razem w moich nowych, kolorowych kubkach.
– Kochałam twojego ojca – zaczęłam spokojnie. – Ale był trudnym człowiekiem. Ty wpadałeś tylko w niedziele, ja z nim żyłam. Każdy dzień był podporządkowany jemu. Kiedy odszedł, byłam smutna, ale też potwornie zmęczona. Przez rok próbowałeś zrobić ze mnie wdowę idealną, pomnik pamięci. Ale ja mam 68 lat. Ile mi zostało? Czy mam te lata spędzić, patrząc w ścianę, żebyś ty czuł się lepiej?
Tomek milczał.
– Nie potrzebuję opieki, Tomku. Potrzebuję życia. Potrzebuję wyjść do ludzi, pośmiać się. I tak, czasem potrzebuję towarzystwa mężczyzny, który otworzy mi drzwi, a nie tylko zapyta o kapcie. Odzyskałam siebie.
Tomek podniósł wzrok. W jego oczach zobaczyłam zrozumienie zmieszane z żalem za obrazem matki, który właśnie runął. Spojrzał na moje kolczyki.
– Ładnie ci w nich – powiedział z trudem. – Tata zawsze mówił, że wiszące są wulgarne.
Uśmiechnęłam się.
– Wiem. Dlatego je kupiłam.
Zaśmiał się nerwowo.
– Czyli... nie potrzebujesz tych słoików z zupą?
– Zupę chętnie zjem, ale tylko jeśli zjesz ją ze mną.
Zamierzam cieszyć się każdym jej dniem
Od tamtej rozmowy minęły trzy miesiące. Nie wszystko zmieniło się od razu – Tomek wciąż dzwoni i pyta o zdrowie, wciąż krzywi się na widok moich jaskrawych ubrań. Ale przestał wpadać bez zapowiedzi i powoływać się na wolę ojca. Zaczęłam zapraszać go na obiady na moich zasadach. W zeszłą niedzielę podałam sushi. O mało nie spadł z krzesła, ale zjadł i przyznał, że jest niezłe.
Moja relacja z Henrykiem nabiera rumieńców – wczoraj trzymał mnie za rękę w kinie i poczułam motyle w brzuchu, o których dawno zapomniałam. Kto by pomyślał, że w wieku 68 lat można czuć się jak nastolatka?
Czasem, gdy wieczorem siadam w moim nowym, welurowym fotelu, patrzę na zdjęcie Stefana. Nie czuję już złości. Mówię w myślach: „Odpoczywaj, Stefan. Ja przejmuję wartę. I będzie to bardzo wesoła warta”.
Wdowieństwo stało się dla mnie przepustką do świata, który był zamknięty. Nazywam to moją spóźnioną wiosną. I zamierzam cieszyć się każdym jej dniem, każdym promieniem słońca. Bo życie jest za krótkie na gorzką herbatę i szare swetry.
Helena, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki narzeczony oświadczył mi się w restauracji. Wiedziałam, że jedyną sensowną odpowiedzią będzie »nie«”
- „Całe życie poświęciłam dzieciom, a one o mnie nie pamiętają. W tłusty czwartek zostałam sama z górą pączków na talerzu”
- „Żyłam jak pączek w maśle, dopóki nie zjawiła się moja siostra. Zrujnowała mój biznes i omamiła męża”