Reklama

Nigdy nie sądziłam, że zapach smażonego ciasta i różanej konfitury może wywoływać we mnie taki ścisk żołądka, jakby czekała mnie wizyta na szafocie, a nie u własnej rodziny. To miał być tylko jeden wieczór, kilka godzin udawania, że wszystko jest w porządku, podczas gdy w środku nosiłam żal cięższy niż najtłustszy pączek. Jechałam tam z postanowieniem milczenia, z tarczą zbudowaną z chłodu i dystansu, ale nie przewidziałam jednego, że przy stole, nad talerzem pełnym lukru, pękną tamy, które budowałam przez ostatnie trzy lata.

Było za późno na ucieczkę

Siedziałam w samochodzie zaparkowanym pod domem cioci Teresy, kurczowo ściskając kierownicę, jakbym miała nadzieję, że siła mojego uścisku zatrzyma czas. Silnik już ostygł, a szyby zaczynały zachodzić parą, oddzielając mnie od świata zewnętrznego. Był luty, mroźny i bury, dokładnie taki, jaki pamiętałam z dzieciństwa, kiedy zima w naszym miasteczku zamieniała się w krainę lodu. Ale to nie pogoda sprawiała, że moje serce biło w rytmie, który lekarze uznaliby za niepokojący. To była świadomość, kto znajduje się za tymi drzwiami. Lena. Moja młodsza o dwa lata siostra. Osoba, z którą kiedyś dzieliłam pokój, sekrety i ubrania, a z którą teraz dzieliła mnie przepaść milczenia trwająca ponad tysiąc dni.

Tłusty czwartek w naszej rodzinie był świętością. Odkąd pamiętam, babcia, a potem ciocia Teresa, organizowały wielkie smażenie. To nie było zwykłe jedzenie pączków kupionych w cukierni. To był rytuał. Wyrabianie ciasta, czekanie aż wyrośnie, nadziewanie, smażenie. Cały dom pachniał wtedy drożdżami, spirytusem dodawanym do ciasta, żeby nie piło tłuszczu, i tą specyficzną, słodką nutą smażeniny, która wnikała we włosy i ubrania na wiele dni. Kiedyś to kochałam. Dziś ten zapach, który już czułam, mimo zamkniętych okien samochodu, kojarzył mi się wyłącznie z hipokryzją.

Wzięłam głęboki oddech, poprawiłam szalik i wysiadłam. Wiedziałam, że ciocia Teresa ukartowała to wszystko. Oficjalnie zaprosiła mnie na pomoc w kuchni, bo – jak twierdziła – jej stawy odmawiają już posłuszeństwa przy wyrabianiu tak dużej ilości ciasta. Nie wspomniała słowem, że Lena też tam będzie. Dowiedziałam się o tym przypadkiem. Nistety było za późno na ucieczkę. Ciocia Teresa wyłoniła się z kuchni, wycierając ręce w fartuch oprószony mąką. Jej twarz promieniała tą naiwną nadzieją, którą mają starsze osoby wierzące, że kawałek ciasta może naprawić lata zaniedbań.

– Jesteś wreszcie, Alu! – zawołała, ignorując moje sztywne zachowanie. – Myślałam, że utknęłaś w korkach. Wchodź, wchodź szybko, bo ciepło ucieka.

Weszłam. Dom był taki sam jak zawsze. Pełen bibelotów, serwetek i rodzinnych zdjęć. Na jednym z nich, stojącym na komodzie, byłyśmy my – ja i Lena, uśmiechnięte, z warkoczami, trzymające się za ręce. Odwróciłam wzrok. To zdjęcie kłamało. A może po prostu pokazywało prawdę, która przestała obowiązywać.

Cisza głośniejsza niż krzyk

Weszłam do kuchni i czas stanął w miejscu. Lena stała przy stole, tyłem do mnie, wyrabiając kawałek ciasta. Zmieniła się. Jej włosy, kiedyś długie i jasne, teraz były ścięte krótko, na asymetrycznego boba, w kolorze ciemnej czekolady. Była chudsza, niż ją zapamiętałam.

– Cześć – powiedziałam. Mój głos brzmiał obco, chropowato.

Lena znieruchomiała. Odwróciła się powoli, a w jej oczach zobaczyłam ten sam lęk, który czułam w żołądku.

– Cześć, Alicja – odpowiedziała cicho. Nie podeszła, żeby się przywitać. Nie wyciągnęła ręki. Stałyśmy tak przez chwilę, dwie obce kobiety połączone więzami krwi, w kuchni pełnej pary i zapachu drożdży.

Ciocia Teresa wparowała między nas z impetem lodołamacza.

– No! Skoro już się przywitałyście, to do roboty. Lena, ty kończ tę partię, a ty Alu, umyj ręce i zajmij się nadziewaniem. Konfitura jest w tej dużej misce, a adwokat w mniejszej. Tylko błagam, nie żałujcie nadzienia, wiecie, co dziadek zawsze mówił o pustych pączkach.

Przez następną godzinę kuchnia stała się areną cichej walki. Pracowałyśmy ramię w ramię, w przestrzeni nie większej niż dziesięć metrów kwadratowych, unikając swojego wzroku i dotyku. To było wyczerpujące. Każdy mój ruch był wykalkulowany tak, by nie naruszyć jej terytorium. Podawała mi wykrojone krążki ciasta, kładąc je na stolnicy, a ja nakładałam konfiturę, zlepiałam brzegi i odkładałam do wyrośnięcia.

W mojej głowie huczało od niewypowiedzianych słów. Chciałam na nią nakrzyczeć. Chciałam zapytać, jak mogła nas zostawić wtedy, trzy lata temu. Mama potrzebowała opieki po operacji biodra, ja miałam na głowie własną firmę, która ledwo przędła, i rozwód, o którym nikomu nie mówiłam, bo wstydziłam się porażki. A Lena? Lena spakowała plecak i wyjechała do Hiszpanii „szukać inspiracji”. Zostawiła mnie ze wszystkim. Z rehabilitacją mamy, z zakupami, z ogarnianiem rzeczywistości. Dzwoniła rzadko, opowiadając o słońcu i winnicach, podczas gdy ja tonęłam w szarej codzienności i rachunkach. Kiedy wróciła po pół roku, mama była już samodzielna, a ja byłam wrakiem człowieka, pełnym goryczy i pretensji. Wtedy wybuchła kłótnia, po której przestałyśmy się do siebie odzywać.

– Za grube formujesz – rzuciłam nagle, nie mogąc powstrzymać krytycznej uwagi.

To było silniejsze ode mnie. Moja potrzeba kontroli, która nasiliła się w ostatnich latach, dawała o sobie znać. Lena westchnęła, odkładając ciasto.

– Są idealne, Alu. Nie wszystko musi być od linijki. To są domowe pączki, a nie wyroby fabryczne.

– Jak będą za grube, to nie dopieką się w środku – odparłam szorstko, nie patrząc na nią. – Ale rób jak chcesz. Zawsze robisz, co chcesz.

Poczułam, jak atmosfera gęstnieje. Ciocia Teresa, która smażyła pierwszą partię przy kuchence, zaczęła głośno nucić jakąś melodię, próbując zagłuszyć rodzące się napięcie.

Prawda ukryta pod lukrem

Gdy góra pączków urosła na półmisku, a kuchnia wypełniła się ciepłem, które sprawiało, że policzki piekły, nadszedł moment, którego bałam się najbardziej. Degustacja. Ciocia zaparzyła herbatę w wielkim dzbanku, postawiła na stole talerze i kazała nam usiąść.

– No, moje drogie. Teraz chwila prawdy – powiedziała, stawiając przed nami misę pełną jeszcze ciepłych, oprószonych cukrem pudrem kul. – Najlepsze są takie świeżutkie.

Usiadłam naprzeciwko Leny. Dzielił nas tylko stół i parujący dzbanek. Wzięłam pączka. Był miękki, uginał się pod palcami. Ugryzłam. Słodka, lekko kwaskowata konfitura różana wypłynęła na zewnątrz. Smak był obłędny. Smakował jak bezpieczeństwo. Jak czasy, gdy jedynym zmartwieniem było to, czy zdążymy na dobranockę. Lena jadła w milczeniu, patrząc w okno. Widziałam, jak przełyka z trudem, i nie chodziło tu o kęsy jedzenia.

– Dobre – powiedziała cicho. – Takie jak babci.

– Przepis ten sam – wtrąciła ciocia. – Tylko ręce inne.

Zapadła cisza. Słychać było tylko tykanie starego zegara w przedpokoju. Nagle Lena spojrzała mi prosto w oczy.

– Słyszałam, że dostałaś ten duży kontrakt – powiedziała. – Mama mi mówiła. Gratuluję.

Zaskoczyło mnie to. Nie sądziłam, że mama w ogóle jej o mnie opowiada. Myślałam, że jestem dla niej tematem tabu.

– Tak. Dzięki – mruknęłam, ocierając usta serwetką. – Dużo pracy, ale warto było.

– Zawsze byłaś w tym dobra. W dążeniu do celu – w jej głosie nie było sarkazmu, którego się spodziewałam. Był smutek.

– Ktoś musiał być – odpowiedziałam automatycznie, wchodząc w koleiny starego konfliktu. – Ktoś musiał twardo stąpać po ziemi.

Lena odłożyła niedojedzonego pączka.

– Wiem. Wiem, że masz o to do mnie żal. O ten wyjazd.

Ciocia Teresa nagle przypomniała sobie, że musi sprawdzić coś w drugim pokoju i dyskretnie się ulotniła, zostawiając nas same. Zostałyśmy tylko my dwie i ta góra słodkości.

– Żal? – parsknęłam, czując, jak emocje biorą górę. – To nie jest żal, Lena. To wściekłość. Zostawiłaś mnie samą z mamą, z problemami, ze wszystkim. Uciekłaś sobie do raju, a ja musiałam być pielęgniarką, kucharką i kierowcą. Wiesz, jak ja się wtedy czułam? Jakbym nie miała prawa do własnego życia.

Lena spuściła wzrok. Bawiła się okruchami na stole, przesuwając je palcem w skomplikowane wzory.

Nie uciekłam do raju – powiedziała cicho, tak cicho, że ledwo ją słyszałam. – Uciekłam, bo się dusiłam. Bo czułam, że jestem wam niepotrzebna.

– Niepotrzebna? Co ty pleciesz?

Podniosła na mnie wzrok. Jej oczy były szkliste.

– Ty zawsze wszystko ogarniałaś. Zawsze wiedziałaś lepiej, jak ułożyć poduszki, jakie leki podać, jak zarządzać pieniędzmi. Przy tobie czułam się jak niezdarne dziecko, które tylko przeszkadza. Kiedy mama zachorowała, wpadłaś w ten swój tryb „generała”. Wydawałaś polecenia, organizowałaś wszystko. Ja próbowałam pomóc, pamiętasz? Chciałam zrobić zakupy, to powiedziałaś, że kupię wszystko źle. Chciałam ugotować obiad, to stwierdziłaś, że mama tego nie zje. Czułam się bezużyteczna. Myślałam... myślałam, że będzie wam lżej beze mnie. Że tylko wam przeszkadzam.

Zamilkłam. To wyznanie uderzyło mnie jak obuchem. Przeanalizowałam w głowie tamten czas. Faktycznie, byłam w amoku. Działałam jak maszyna. Czy odrzucałam jej pomoc? Tak. Czy krytykowałam? Nieustannie. Wtedy wydawało mi się, że robię to dla dobra sprawy, że tylko ja potrafię zadbać o wszystko perfekcyjnie. Nie przyszło mi do głowy, że moja chęć kontroli mogła być odebrana jako odrzucenie.

– W Hiszpanii wcale nie było kolorowo – kontynuowała Lena, a jej głos drżał. – Pracowałam w podrzędnym barze, spałam w pokoju z trzema obcymi osobami. Płakałam w poduszkę z tęsknoty, ale wstydziłam się wrócić. Wstydziłam się przyznać, że sobie nie radzę. A potem, gdy zobaczyłam, jak świetnie sobie poradziłaś z mamą, utwierdziłam się w przekonaniu, że miałaś rację. Że jestem tą gorszą, tą słabszą siostrą.

Wszystkie żale wypłynęły

Patrzyłam na nią i po raz pierwszy od lat nie widziałam egoistycznej uciekinierki, ale zagubioną dziewczynę, która szukała swojego miejsca w świecie zdominowanym przez moją apodyktyczność.

– Nie radziłam sobie świetnie – powiedziałam, a słowa te kosztowały mnie mnóstwo wysiłku. – Lena, ja wtedy się rozwodziłam. Tomek wyprowadził się tydzień przed operacją mamy. Nikomu nie powiedziałam, bo nie chciałam dokładać mamie zmartwień. Byłam przerażona. Ta kontrola... to był mój sposób na to, żeby nie zwariować. Rzuciłam się w opiekę nad mamą, żeby nie myśleć o tym, że moje małżeństwo legło w gruzach.

Oczy Leny rozszerzyły się ze zdumienia.

– Rozwodziłaś się? Ale przecież byliście parą idealną...

– Nie ma par idealnych – zaśmiałam się gorzko. – I nie ma ludzi z żelaza. Płakałam pod prysznicem, żeby mama nie słyszała. Byłam sama, Lena. I byłam wściekła na ciebie, nie dlatego, że wyjechałaś, ale dlatego, że ja nie mogłam. Że ja zawsze muszę być tą odpowiedzialną. Zazdrościłam ci tej odwagi, żeby po prostu rzucić wszystko i wyjechać.

Sięgnęła po kubek z herbatą, ale jej ręce drżały.

– Zazdrościłaś mi? Mi? Dziewczynie, która nie ma stałej pracy, mieszkania i która czuje się jak wieczne dziecko? Alu, ja zawsze patrzyłam na ciebie jak na wzór. Masz firmę, dom, wszystko poukładane. Myślałam, że gardzisz moim chaosem.

– Czasami gardzę – przyznałam szczerze, a kącik ust Leny drgnął w lekkim uśmiechu. – Ale częściej po prostu... tęskniłam. Brakowało mi twojego śmiechu. I tego, że potrafisz zrobić awanturę o przypalony tost, a potem śmiać się z tego do łez. W tym domu zrobiło się strasznie cicho bez ciebie.

Lena przesunęła talerz z pączkami na środek stołu, jakby chciała usunąć fizyczną barierę między nami.

– Przepraszam, że mnie nie było – powiedziała stanowczo. – Powinnam była zostać i walczyć o swoje miejsce przy tobie i przy mamie. Powinnam była widzieć, że twoja siła to też maska.

– A ja przepraszam, że nie pozwoliłam ci pomóc – odpowiedziałam, czując, jak kamień, który nosiłam w piersi, zaczyna kruszeć. – I że oceniałam cię tak surowo.

Siedziałyśmy przez chwilę w milczeniu, ale to była inna cisza. Nie była już naładowana napięciem, ale refleksją. Ciocia Teresa wyjrzała zza drzwi, trzymając w ręku jakąś starą gazetę, udając, że wcale nie podsłuchiwała.

– No! – zawołała, wchodząc do środka. – Skoro herbata wystygła, to zrobię nową. A wy zjedzcie jeszcze po jednym, bo co ja zrobię z taką ilością? Sąsiedzi już dostali, listonosz dostał, a tu wciąż pełno.

Wystarczyło przestać udawać

Wzięłam kolejnego pączka. Tym razem wybrałam takiego z adwokatem. Był słodszy, bardziej intensywny.

– Wiesz co? – Lena odezwała się, oblizując palec z lukru. – Może w przyszłym roku zrobimy razem faworki? Mniej z tym roboty przy nadziewaniu, a ja mam świetny przepis od jednej starszej pani z Sewilli. Dodają tam skórkę cytrynową do ciasta.

– Faworki w Hiszpanii? – uniosłam brwi, ale w moim głosie była już ciekawość, a nie kpina.

– Zdziwiłabyś się, ile rzeczy nas łączy, nawet na drugim końcu Europy – uśmiechnęła się. – Ale pod jednym warunkiem. Ty zagniatasz ciasto, bo masz więcej siły w rękach, a ja smażę. I nie stoisz nade mną z zegarkiem.

– Zgoda – odpowiedziałam. – Ale jeśli przypalisz, to będziesz jeść wszystkie.

Zaśmiałyśmy się obie. To był nieśmiały śmiech, trochę rdzawy po latach nieużywania, ale prawdziwy. Wiedziałam, że jedna rozmowa przy pączkach nie naprawi wszystkiego. Mamy przed sobą lata do nadrobienia, mnóstwo trudnych tematów i różnic charakterów, które pewnie jeszcze nie raz doprowadzą nas do szału. Ale w tamtym momencie, w ciepłej kuchni cioci Teresy, poczułam, że najgorsze mamy już za sobą. Zrozumiałam, że nasza relacja nie musi być idealna, jak te pączki na wystawie cukierni. Może być trochę koślawa, trochę „przypieczona” emocjami, ale w środku wciąż może być słodka i sycąca. Wystarczyło przestać udawać i po prostu usiąść przy jednym stole. Czasami najprostsze rozwiązania są najtrudniejsze do wdrożenia, ale gdy już się to zrobi, smakują najlepiej. Wychodząc tego wieczoru od cioci, niosłam w ręku papierową torebkę z pączkami na drogę. Lena wychodziła tuż za mną.

– Zadzwonię do ciebie w weekend – powiedziała, zapinając płaszcz. – Może wpadniesz na kawę? Wynajęłam małe mieszkanie na Podgórzu. Jest bałagan, ale kawa dobra.

– Wpadnę – obiecałam. – Tylko posprzątaj chociaż trochę.

– Nie obiecuje! – krzyknęła, idąc w stronę przystanku autobusowego.

Wsiadłam do samochodu i spojrzałam na torebkę z pączkami leżącą na siedzeniu pasażera. Pachniało wciąż tak samo intensywnie, ale ten zapach nie kojarzył mi się już z udręką. Pachniał nadzieją. I odrobinę wolnością, której uczyłam się od nowa.

Alicja, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama