Zakup własnego mieszkania był dla mnie wydarzeniem bez precedensu. Przez lata wynajmowałam ciasne kawalerki, w których zawsze coś nie działało, a każdy wbity w ścianę gwóźdź wymagał zgody właściciela. Kiedy wreszcie podpisałam akt notarialny, czułam, że zaczynam nowy rozdział. Mieszkanie było w stanie deweloperskim, co oznaczało, że czeka mnie generalny remont. Nie miałam o tym zielonego pojęcia, dlatego postanowiłam zatrudnić profesjonalistę.
WIDEO…
Szukałam długo
Przeglądałam fora internetowe, czytałam opinie, pytałam znajomych. W końcu trafiłam na pana Janusza. Jego profil w mediach społecznościowych pękał w szwach od zdjęć pięknych, nowoczesnych wnętrz. Ludzie pisali o nim w samych superlatywach. Kiedy umówiliśmy się na pierwsze spotkanie w moim pustym jeszcze mieszkaniu, od razu wzbudził moje zaufanie. Zjawił się punktualnie, w czystym ubraniu roboczym z logo swojej firmy, z tabletem w dłoni, na którym pokazywał mi wizualizacje.
– Dla mnie najważniejsza jest jakość – mówił, opukując surowe ściany. – Robię tak, jakbym robił dla siebie. Używam tylko materiałów z najwyższej półki. Żadnych tanich zamienników z marketów budowlanych, bo to się mści po kilku miesiącach. Farby zmywalne najwyższej klasy, podkłady wygłuszające podłogi, kleje, które trzymają na mur.
Kosztorys, który mi przedstawił kilka dni później, przyprawił mnie o zawrót głowy. Kwota znacznie przekraczała mój budżet. Wtedy z pomocą przyszła moja mama. Wyjęła z torebki zniszczoną kopertę i położyła ją przede mną.
– Córeczko, odkładałam to od lat. Chciałam ci dać na wesele, ale widzę, że teraz te pieniądze są ci bardziej potrzebne. Zrób to mieszkanie porządnie. Na lata.
Dołożyła do remontu
Miałam łzy w oczach, kiedy dziękowałam mamie. Jej gest utwierdził mnie w przekonaniu, że nie mogę oszczędzać na jakości. Zaakceptowałam kosztorys i przelałam pierwszą zaliczkę na zakup tych wszystkich luksusowych materiałów, o których tak pięknie opowiadał.
Prace ruszyły pełną parą. Pan Janusz regularnie wysyłał mi zdjęcia z postępów. Wszystko wydawało się iść zgodnie z planem. Dzień odbioru kluczy był jednym z najszczęśliwszych w moim życiu. Kiedy weszłam do środka, oniemiałam. Mieszkanie wyglądało dokładnie tak, jak na wizualizacjach.
– Widzi pani? – pan Janusz wskazał na podłogę. – Te panele mają najwyższą klasę ścieralności. Pod spodem daliśmy podkład kwarcowy. Cisza i spokój, sąsiedzi z dołu nic nie usłyszą. A ściany może pani myć wilgotną szmatką, ta farba jest plamoodporna.
Zapłaciłam mu ostatnią ratę i oficjalnie zostałam panią na swoim. Pierwsza kolacja w nowym miejscu odbyła się w towarzystwie mojej mamy.
– Warto było, kochanie – powiedziała mama. – Widać, że to solidna robota. Będziesz tu miała prawdziwy spokój.
Minęło pół roku
Zima ustąpiła miejsca wiośnie, a ja zdążyłam na dobre zadomowić się w moim wymarzonym mieszkaniu. Pod koniec maja, idąc boso do kuchni, poczułam, że podłoga w przedpokoju dziwnie ugina się pod moim ciężarem. Towarzyszyło temu głośne skrzypienie. Spojrzałam w dół i zauważyłam, że między dwoma panelami pojawiła się spora szczelina.
Niedługo potem zauważyłam problemy ze ścianami. Tuż przy drzwiach wejściowych oparłam przypadkiem mokry parasol. Kiedy po kilku godzinach chciałam przetrzeć ścianę, tak jak mówił pan Janusz, na szmatce został biały pył, a na ścianie pojawiła się szara plama prześwitującego tynku. Farba zeszła przy pierwszym kontakcie z wilgocią. Postanowiłam zadzwonić do mojego wykonawcy.
– Panele się rozchodzą, a farba schodzi ze ścian – powiedziałam do słuchawki.
– Pani Ewo, to normalne zjawisko – odpowiedział gładko. – Deweloper musiał oddać wilgotne wylewki. Budynek pracuje. Co do farby, pewnie użyła pani detergentu.
– Przetarłam to tylko czystą wodą – oponowałam.
– Podjadę do pani w przyszłym tygodniu i rzucę na to okiem. Proszę się nie martwić.
Nigdy nie przyjechał
Z każdym kolejnym telefonem wymyślał nowe wymówki: awaria samochodu, natłok pracy, problemy zdrowotne. W końcu przestał odbierać, a na moje wiadomości odpowiadała jedynie głucha cisza.
Czarę goryczy przelały wydarzenia z pewnego popołudnia. Wróciłam z pracy zmęczona i głodna. Sięgnęłam do górnej szafki w kuchni, by wyciągnąć garnek. Kiedy pociągnęłam za uchwyt, usłyszałam trzask. Cały front szafki po prostu wyrwał się z zawiasów. Szafka zawisła krzywo, a ja ledwo zdążyłam złapać garnek, zanim spadł na ceramiczną płytę kuchenki.
Zaczęłam dokładnie oglądać wszystko, co mnie otaczało. Zajrzałam pod zlew. Zauważyłam, że szafka od dołu jest napuchnięta. Położyłam dłoń na rurach i poczułam wilgoć. Woda powoli, kropelka po kropelce, sączyła się z taniego, plastikowego syfonu, zalewając dno szafki.
Usiadłam na podłodze w kuchni i po prostu zaczęłam płakać. Moje mieszkanie marzeń rozpadało się na moich oczach. To była katastrofa. Pan Janusz nie tylko unikał odpowiedzialności, ale od samego początku nie był ze mną szczery.
Postanowiłam, że nie zostawię tak tej sprawy. Znalazłam w internecie niezależnego rzeczoznawcę budowlanego. Kiedy pojawił się w moim mieszkaniu ze swoimi urządzeniami pomiarowymi, notatnikiem i latarką, od razu poczułam, że jestem w dobrych rękach.
Dochodziłam swojego
Chodziliśmy z pokoju do pokoju, a ja opowiadałam mu o zapewnieniach pana Janusza i pokazywałam kosztorys. Rzeczoznawca słuchał w milczeniu.
– Musimy zajrzeć pod powierzchnię. Obiecuję, że zrobię to najdelikatniej, jak się da – powiedział, wyciągając z torby narzędzia.
Zdemontował listwę przypodłogową w sypialni i uniósł jeden ze skrajnych paneli. Podeszłam bliżej.
– Zobaczmy ten pani kwarcowy, wygłuszający podkład za kilka tysięcy złotych – mruknął.
Odsłonił warstwę pod panelem. Zamiast profesjonalnej maty moim oczom ukazała się cieniutka, najtańsza biała pianka, jaką można kupić w rolkach w każdym hipermarkecie budowlanym. Taka pianka kosztuje grosze i nie izoluje absolutnie niczego.
– Niestety, moje obawy się potwierdzają – westchnął. – Te panele, za które zapłaciła pani jak za klasę premium, to najniższa półka. Mają zamek słabej jakości, dlatego pod wpływem normalnego użytkowania po prostu się rozchodzą.
Następnie przeszedł do ścian. Przejechał dłonią po powierzchni, podświetlając ją latarką pod kątem.
– Znam tę fakturę. To nie jest zmywalna farba, za którą pani zapłaciła. To najzwyklejsza, tania emulsja. Ktoś prawdopodobnie przelał ją do wiader po drogich farbach, żeby zrobić pani zdjęcia w trakcie pracy, albo po prostu wystawił pani fakturę na coś, czego nigdy nie kupił. Zabudowa kuchenna to płyta najniższej klasy, bardzo podatna na wilgoć, dlatego zawiasy wyrywają się z kawałkami okleiny.
Byłam załamana
Słuchałam tego wszystkiego jak w transie. Słowa pana Janusza uderzały we mnie niczym fizyczne ciosy.
– Zapłaciłam za najwyższą jakość… – wykrztusiłam.
– Zapłaciła pani, to prawda – odpowiedział rzeczoznawca z nutą współczucia w głosie. – Ale te pieniądze nie poszły na materiały. Ten człowiek kupił najtańsze zamienniki, a różnicę w cenie włożył do własnej kieszeni. Z mojego raportu będzie wynikać jasno, że doszło do rażących oszustw materiałowych i ewidentnego przywłaszczenia środków finansowych.
Najtrudniejszym momentem nie było wcale usłyszenie diagnozy od rzeczoznawcy, ale konieczność przekazania tej prawdy mojej mamie. Zaprosiłam ją do siebie w niedzielę. Posadziłam ją na kanapie, nalałam nam obu zaparzonej mięty, bo czułam, że będziemy potrzebowały czegoś na uspokojenie.
Opowiedziałam jej wszystko. O rozchodzących się podłogach, o schodzącej farbie, o wyrwanych szafkach i o opinii rzeczoznawcy. Z każdym słowem czułam się coraz mniejsza. Spodziewałam się złości. Przecież to były jej ciężko zarobione oszczędności, które ja z naiwności oddałam w ręce oszusta.
Współczuła mi
Mama słuchała w absolutnej ciszy. Kiedy skończyłam, mama przysunęła się do mnie i mocno mnie przytuliła.
– Dziecko moje, dlaczego płaczesz? – zapytała. – Przecież to nie twoja wina, że na świecie są nieuczciwi ludzie. Chciałaś dobrze. Ufałaś, bo sama jesteś uczciwa. Pieniądze to tylko papier. Najważniejsze, że masz ten swój kąt, a resztę jakoś powoli naprawimy.
Jej słowa wywołały u mnie kolejną lawinę łez, tym razem łez ulgi. Rozumiała to szybciej i łatwiej niż ja sama. Obiecałam sobie w tamtym momencie, że nie poddam się bez walki. Nie odzyskam jej pieniędzy natychmiast, ale przynajmniej sprawię, że pan Janusz zapłaci za to, co mi zrobił.
Minęły kolejne miesiące. Przestałam czekać na cud. Rzeczoznawca sporządził dla mnie potężną opinię biegłego. Wynikało z niej jednoznacznie, że zostałam okradziona. Wynajął prawnika, który przejrzał wszystkie umowy, maile, SMS-y oraz rachunki za rzekomo luksusowe materiały budowlane.
Zaczęłam też własne śledztwo w internecie. Okazało się, że pan Janusz zamknął swój profil i otworzył nowy, pod inną nazwą, operując w ościennym województwie. Na grupach, na których kiedyś zbierał laurki, zamieściłam obszerne ostrzeżenie, poparte dokumentami.
Nie poddałam się
Odzew przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. W ciągu tygodnia odezwało się do mnie kilkanaście osób. Wszystkie historie brzmiały podobnie: obietnica najwyższej jakości, zaliczki na drogie materiały, a po kilku miesiącach rozpadające się meble i odpadający tynk.
Okazało się, że skala procederu była ogromna, a przywłaszczone pieniądze z fikcyjnych zakupów materiałów szły w dziesiątki tysięcy. Razem z prawnikiem przygotowujemy wspólne zgłoszenie do organów ścigania. Wiemy, że droga przed nami długa. Wymiar sprawiedliwości miele powoli, a odzyskanie pieniędzy od człowieka, który zawodowo zaciera po sobie ślady, to maraton, a nie sprint.
Ta historia nauczyła mnie patrzeć na ręce, czytać dokładnie każdą literę umowy i nie ufać ślepo internetowym laurkom. I choć moje wymarzone mieszkanie ma wady ukryte pod najtańszą emulsją, to w jego wnętrzu obudziła się silna, zdeterminowana do walki kobieta, która odzyska swoje życie z powrotem. Mój uśmiech na myśl o pierwszej rozprawie sądowej to jedyna rzecz, której pan Janusz mi nie zepsuje, bo na szczęście nie on był wykonawcą mojej cierpliwości.
Ewa, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Matki córka przyprowadziła mojego byłego kochanka na rodzinny obiad. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię ze wstydu”
- „Wyjazd do Londynu miał być początkiem mojego nowego życia. Nie wiedziałam, że córka ukrywa przede mną rodzinny dramat”
- „W Beskidach chciałam odbudować zaufanie po jego wyskokach. Jedna rozmowa przy ognisku pokazała, że to były płonne nadzieje”



























