„Po latach usługiwania mężowi, romans w sanatorium po prostu mi się należał. Nie mam wyrzutów sumienia”
„Podczas rozmów z Leonem coraz częściej wracałam myślami do małżeństwa. Do kolacji jedzonych w ciszy, do rozmów, które kończyły się na pytaniu, czy jutro będzie padać”.

Miałam wrażenie, że wszystko, co ważne, już się wydarzyło – tylko nie mnie. Dom stał, dzieci były dorosłe, a mąż od lat mówił do mnie głównie w sprawach organizacyjnych. Uczucia wywietrzały gdzieś po drodze, niezauważone. Do sanatorium jechałam z zalecenia lekarza, bez oczekiwań. Myślałam, że to będzie czas leczenia ciała, nie życia.
Nikt niczego nie chciał
Pierwszego ranka w sanatorium obudziłam się wcześniej, niż zadzwonił budzik. Przez chwilę leżałam nieruchomo, słuchając obcych odgłosów: stukotu drzwi na korytarzu, czyjegoś kaszlu, szurania kapci. Zofia, moja współlokatorka, spała jeszcze, odwrócona plecami. Pomyślałam, że nikt tu niczego ode mnie nie chce. To było zaskakująco kojące.
W lustrze w łazience zobaczyłam kobietę, którą znałam, ale której rzadko się przyglądałam. Zmarszczki były, oczy trochę zmęczone, ale w spojrzeniu dostrzegłam coś jeszcze — ciekawość. Ubrałam się wolniej niż zwykle, jakby to tempo należało tylko do mnie.
Na śniadaniu usiadłam przy stoliku pod oknem. Wtedy usłyszałam głos obok.
– Wolne? – zapytał mężczyzna w jasnym swetrze, wskazując krzesło.
– Tak, proszę – odpowiedziałam, nawet się nie zastanawiając.
Przedstawił się jako Leon. Jadł powoli, uważnie, jakby nigdzie się nie spieszył. Rozmowa zaczęła się od pogody i zabiegów, ale szybko skręciła w inne strony.
– Dziwne uczucie, prawda? – powiedział nagle. – Człowiek ma tyle lat i nagle jest w miejscu, gdzie wszyscy są tacy… równi.
Skinęłam głową.
– I nikt nie pyta, co jeszcze trzeba zrobić w domu.
Leon wzbudził moją sympatię
Uśmiechnął się lekko. Ten uśmiech zatrzymał mnie na chwilę, jakby ktoś dotknął miejsca, o którym zapomniałam. Przy nim nie czułam potrzeby tłumaczenia się z wieku ani z życia.
Po południu spotkaliśmy się znów, zupełnie przypadkiem, przy pijalni wód. Staliśmy obok siebie w kolejce, a rozmowa potoczyła się dalej, naturalnie, bez napięcia.
– Lubi pani tu być? – zapytał.
– Jeszcze wczoraj powiedziałabym, że nie wiem – odparłam zgodnie z prawdą. – Dziś… chyba zaczynam.
Później, w pokoju, Zofia spojrzała na mnie przenikliwie.
– Kim był ten pan, z którym szłaś? – zapytała bez ogródek.
– Leon. Po prostu rozmawialiśmy.
– „Po prostu” – powtórzyła z uśmiechem. – Aż oczy ci się świecą!
Zdziwiłam się. Ja sama tego jeszcze nie widziałam, ale poczułam. Po raz pierwszy od dawna pomyślałam o sobie nie jak o czyjejś żonie, matce czy opiekunce. Po prostu jak o kobiecie.
Trochę flirtowaliśmy
Z Leonem zaczęliśmy spotykać się codziennie, choć żadne z nas nigdy tego nie zaplanowało. Rano mijaliśmy się w drodze na zabiegi, po południu siadaliśmy na tej samej ławce przed budynkiem, wieczorem chodziliśmy do herbaciarni. Wszystko działo się jakby mimochodem, bez deklaracji, bez obietnic.
– Zawsze myślałem, że starość to nuda – powiedział któregoś dnia, patrząc przed siebie. – A tu proszę. Człowiek jeszcze może poflirtować.
– U mnie ta nuda była w domu ciągle – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.
Nie dopytywał. Przyjął to zdanie tak, jak się przyjmuje cudze wyznania: bez ciekawości podszytej sensacją. To sprawiło, że powiedziałam więcej.
Zofia słuchała mnie wieczorami z rękami założonymi na piersi.
– A Wiktor? – zapytała w końcu. – Czy twój mąż w ogóle wie, jak się czujesz?
Wzruszyłam ramionami.
– On wie, że lodówka działa, a rachunki są opłacone.
– To może czas, żeby pomyślał o tobie znów jak o kobiecie – odparła.
Te słowa chodziły za mną cały następny dzień. Podczas rozmów z Leonem coraz częściej wracałam myślami do małżeństwa. Do kolacji jedzonych w ciszy, do rozmów, które kończyły się na pytaniu, czy jutro będzie padać. Zorientowałam się, że opowiadam Leonowi o sobie z łatwością, jakiej nie miałam z własnym mężem od lat.
– Masz w sobie dużo ciepła – powiedział nagle. – Tylko jakbyś zapomniała, że możesz je komuś dać.
Zabolało mnie to. Bo było prawdziwe. Sumienie próbowało się odezwać, ale brzmiało coraz ciszej. Zamiast wyrzutów pojawiało się pytanie, dlaczego przez tyle lat nikt nie pytał mnie, czego ja potrzebuję. Wieczorem długo nie mogłam zasnąć. Po raz pierwszy pomyślałam, że być może emocjonalnie byłam sama na długo przed tym wyjazdem.
Nie tęskniłam za mężem
Telefon od Wiktora dzwonił zawsze o tej samej porze. Jakby ustawił sobie przypomnienie, że ma żonę w sanatorium. Odbierałam, stojąc przy oknie na korytarzu, patrząc na park.
– Jak zabiegi? – pytał.
– W porządku.
– Jedzenie znośne?
– Tak.
Zapadała cisza, w której oboje wiedzieliśmy, że to już wszystko.
– No to dbaj o siebie – kończył.
Ani razu nie zapytał, jak się czuję. Ani razu, czy za nim tęsknię. Odkładałam słuchawkę z dziwnym spokojem, bez żalu, za to z narastającą złością. Przez lata byłam tą, która pilnowała terminów, zdrowia, nastrojów. Teraz nikt nie pilnował mnie.
Po rozmowach z Wiktorem szłam prosto do Leona. Jakby ciało samo wiedziało, gdzie znajdzie uwagę. Siedzieliśmy długo, rozmawiając o sprawach drobnych i ważnych jednocześnie.
– Nigdy nie miałem odwagi walczyć o siebie – przyznał. – Zawsze było łatwiej się dostosować.
Spojrzałam na niego i poczułam, że mówi także za mnie. Kontrast między nim a moim mężem stał się bolesny. Przy Leonie byłam słuchana. W domu byłam funkcją.
Zofia nie owijała w bawełnę.
– Wiesz, że ty już podjęłaś decyzję? – powiedziała pewnego wieczoru. – Tylko boisz się ją nazwać.
Nie zaprzeczyłam. Wyrzuty sumienia ustąpiły miejsca gniewowi. Gniewowi za to, że przez całe życie byłam rozsądna. Za to, że nikt mnie nie pytał, czy tak mi dobrze. Kiedy Leon dotknął mojej dłoni, nie cofnęłam jej. Pomyślałam tylko, że może to ostatni moment, by poczuć się kimś więcej niż czyjąś żoną.
Nie chciałam wracać do domu
Myśl pojawiła się nagle, bez zaproszenia. Siedziałam sama w pokoju, Zofia była jeszcze na kolacji, a ja patrzyłam na swoją walizkę stojącą pod ścianą. Pomyślałam wtedy, że to wszystko, co się wydarza, nie jest pomyłką ani chwilowym szaleństwem. To była zapłata za lata usługiwania mężowi. Cicha, spóźniona, ale moja.
Z Leonem nie musieliśmy niczego nazywać. Wystarczało, że byliśmy obok siebie. Spacerowaliśmy wolno, jakby czas przestał mieć znaczenie. Rozmowy stawały się coraz bardziej osobiste, choć wciąż pozbawione wielkich słów.
– Czasem mam wrażenie, że całe życie odkładałam siebie na później – powiedziałam któregoś popołudnia.
– A teraz? – zapytał spokojnie.
Zastanowiłam się dłużej, niż wypadało.
– Teraz pierwszy raz nie czuję, że robię coś kosztem innych.
W myślach zaczęłam rozliczać swoje życie. Lata opieki nad dziećmi, potem nad rodzicami. Rezygnacje z pracy, z wyjazdów, z marzeń, bo Wiktor nie lubił zmian. Przypomniałam sobie wszystkie razy, kiedy mówiłam „nieważne”, choć wcale tak nie było.
Zofia spojrzała na mnie uważnie, gdy wieczorem wróciłam do pokoju.
– Boisz się powrotu – stwierdziła.
– Boję się, że nie będę już umiała udawać – przyznałam.
Bo wiedziałam, że po tym, co przeżyłam, nie zmieszczę się już w starej roli. Leon nie obiecywał mi przyszłości, ale dał mi coś innego – poczucie, że mam prawo czuć i wybierać. To było więcej, niż dostałam przez ostatnie lata. Strach mieszał się z ulgą. Wiedziałam, że po powrocie nic nie będzie proste. Ale po raz pierwszy nie chciałam cofnąć czasu. Ta nagroda, choć niepewna, była uczciwa wobec mnie samej.
Muszę coś zmienić
Ostatni dzień turnusu był cichy. Pakowałam walizkę powoli, odkładając każdy gest na później. Leon czekał na mnie w parku. Siedział na tej samej ławce, na której spędziliśmy tyle godzin.
– I co teraz? – zapytał wprost.
Patrzyłam na drzewa, na ścieżkę, którą za chwilę miałam odejść.
– Teraz wracam do domu – odpowiedziałam. – Ale wracam jako inna kobieta.
Nie próbował mnie zatrzymać. To było w nim najuczciwsze. Pożegnaliśmy się spokojnie, bez wielkich słów. Wiedziałam, że to, co było między nami, nie potrzebuje dalszego ciągu, by miało sens.
W domu Wiktor przywitał mnie zwyczajnie.
– Dojechałaś bez problemu? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałam, ale tym razem nie poszłam od razu do swoich obowiązków. Usiadłam w salonie i poprosiłam, żeby zrobił mi kawę. Spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem.
Między nami pojawiło się napięcie. Nie powiedziałam mu, co się wydarzyło. Ale też nie potrafiłam wrócić do tego, co było. Zrozumiałam, że przekroczyłam granicę, której nie da się już cofnąć. I choć nie znałam jeszcze odpowiedzi, wiedziałam jedno: w wieku sześćdziesięciu lat wciąż mam prawo żyć inaczej.
Krystyna, 60 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Osiągnęłam więcej niż moi rodzice, ale nie będę ich utrzymywać na starość. Nie jestem bankomatem”
- „Miałam dość walentynkowych banałów. Gdy zobaczyłam prezent od męża, moje serce zabiło szybciej”
- „W walentynki liczyłam na piękny bukiet, a nie dostałam nawet jednej róży. Mąż wolał pobiec z kwiatami do kochanki”