„Po pół roku zorientowałam się, że spotykam się z żonatym facetem. Niech cwaniaczek nie liczy, że zostanę jego metresą”
„Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się w sposób, który sprawił, że poczułam ciepło rozlewające się w okolicach mostka. Zaczęło się od kilku uwag o pogodzie, potem o literaturze, a skończyło na dwugodzinnej rozmowie o architekturze. Był szarmancki, elokwentny i bił od niego spokój”.

- Redakcja
Zawsze uważałam się za realistkę, która potrafi wyczuć fałsz na kilometr. Moja intuicja rzadko zawodziła, a w pracy architekta wnętrz dbałość o detale była moją największą zaletą. Jednak w życiu prywatnym okazałam się ślepa na sygnały, które krzyczały mi prosto w twarz. To miało być uczucie jak z ambitnego filmu – dojrzała relacja dwojga niezależnych ludzi. Prawda okazała się jednak brudna, banalna i bolesna. Kiedy różowe okulary roztrzaskały się o betonową rzeczywistość, musiałam podjąć decyzję, która zdefiniowała moją wartość jako kobiety.
Robert wydawał się ideałem
Poznaliśmy się w deszczowe, listopadowe popołudnie. Wpadłam do małej kawiarni na rogu, próbując ukryć się przed ulewą i dokończyć projekt dla wymagającego klienta. Robert siedział dwa stoliki dalej. Nie miał w ręku telefonu, co w dzisiejszych czasach jest widokiem niemal niespotykanym. Czytał papierową książkę w twardej oprawie. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, uśmiechnął się w sposób, który sprawił, że poczułam ciepło rozlewające się w okolicach mostka. Zaczęło się od kilku uwag o pogodzie, potem o literaturze, a skończyło na dwugodzinnej rozmowie o architekturze, jego pracy w branży logistycznej i naszych marzeniach. Był szarmancki, elokwentny i bił od niego spokój, którego tak bardzo brakowało mi w moim chaotycznym życiu. Wymieniliśmy się numerami, a ja wyszłam z kawiarni z przekonaniem, że oto właśnie spotkałam kogoś wyjątkowego.
Przez pierwsze tygodnie unosiłam się nad ziemią. Robert wydawał się ideałem. Nie naciskał, dbał o mnie, wysyłał wiadomości z życzeniami miłego dnia, które zawsze przychodziły w odpowiednim momencie. Nasze randki były przemyślane – zabierał mnie do niszowych kin, na spacery po parkach, do restauracji, o których istnieniu nie miałam pojęcia, choć mieszkałam w tym mieście od urodzenia. Czułam się przy nim ważna. Po latach przelotnych znajomości i rozczarowań z aplikacji randkowych, on wydawał się nagrodą za moją cierpliwość. W pracy, gdzie walczyłam o awans na starszego projektanta, wszystko szło jak po grudzie, ale świadomość, że wieczorem się z nim spotkam, dodawała mi sił. Znajomi zauważyli zmianę, mówili, że promienieję. Tylko moja przyjaciółka Magda patrzyła na to z dystansem. Zrzuciłam to wtedy na karb jej wrodzonego pesymizmu. Nie chciałam, żeby cokolwiek zepsuło mi ten obraz idealnego związku.
Ignorowałam czerwone flagi
Z perspektywy czasu widzę, jak wiele sygnałów ostrzegawczych zignorowałam, biorąc je za element jego tajemniczej natury. Pierwszą rzeczą była jego niedostępność w określonych porach. Robert tłumaczył, że praca wymaga od niego pełnego skupienia i częstych wyjazdów.
– Kiedy jestem w trasie albo na negocjacjach, wyłączam telefon – mówił, gładząc mnie po dłoni. – Chcę być profesjonalistą. Tak samo jak wtedy, gdy jestem z tobą. Wtedy reszta świata nie istnieje.
Brzmiało to logicznie, a nawet mi imponowało. Ceniłam ludzi, którzy nie są przyklejeni do ekranów. Jednak z czasem te okresy ciszy zaczęły się wydłużać, a weekendy bywały trudne. Często pisał, że musi odwiedzić chorą matkę w małej miejscowości dwie godziny drogi od nas, albo że ma nagłą awarię w firmie.
– Znowu wyjeżdża? – zapytała pewnego razu Magda, kiedy siedziałyśmy u mnie w kuchni nad winem.
Właśnie dostałam wiadomość od Roberta, że nie dotrze na naszą piątkową kolację.
– Ma bardzo odpowiedzialne stanowisko – broniłam go, choć w środku czułam ukłucie rozczarowania. – Poza tym, wiesz, jaki on jest rodzinny. Ta opieka nad mamą wiele o nim mówi.
– A dlaczego nigdy nie zabrał cię do siebie? – Magda drążyła temat, kręcąc kieliszkiem. – Spotykacie się od czterech miesięcy, a ty nawet nie wiesz, jak wygląda jego mieszkanie. Cały czas przesiadujecie u ciebie albo na mieście.
– Przecież ci mówiłam, że robi generalny remont. Wymienia instalacje, podłogi, wszystko jest w pyle. Wstydzi się tego bałaganu. Jako architekt powinnam to zrozumieć najlepiej.
– Wygodne – skwitowała krótko Magda.
Zdenerwowałam się na nią. Uważałam, że zazdrości mi szczęścia. Przecież Robert był czuły, namiętny i planował naszą wspólną przyszłość. Mówił o wyjeździe do Toskanii latem, pytał o imiona dla dzieci. Ktoś, kto chce się tylko zabawić, nie rozmawia o takich rzeczach. Kolejną jednak rzeczą był telefon. Nigdy nie zostawiał go na stole ekranem do góry. Zawsze leżał odwrócony. Kiedy szedł do łazienki, telefon wędrował z nim. Tłumaczył to nawykiem z pracy i ochroną danych firmowych. Wierzyłam we wszystko, bo... chciałam wierzyć. Alternatywa była zbyt bolesna. Byłam zakochana i po raz pierwszy od dawna czułam, że moje życie zmierza we właściwym kierunku.
Prawda uderzyła znienacka
Minęło pół roku. Była piękna, słoneczna sobota. Robert odwołał nasze spotkanie w czwartek, twierdząc, że musi pojechać na konferencję branżową do Poznania i wróci dopiero w niedzielę wieczorem. Byłam smutna, ale postanowiłam wykorzystać ten czas produktywnie. Klient zażyczył sobie specyficznych dodatków do ogrodu zimowego, a ja wiedziałam, że znajdę je tylko w ogromnym centrum ogrodniczym na peryferiach miasta. Spacerowałam między alejkami, wybierałam donice, w głowie układając aranżację. W pewnym momencie skręciłam w dział z meblami ogrodowymi, szukając kompletu z rattanu. I wtedy go zobaczyłam.
Serce stanęło mi w gardle, a potem zaczęło bić jak oszalałe. Robert nie był w Poznaniu. Stał zaledwie dziesięć metrów ode mnie, przy dziale z huśtawkami. Nie był sam. Obok niego stała niewysoka, zadbana blondynka. Trzymała go pod ramię w ten swobodny, naturalny sposób, który wypracowuje się latami. To nie był gest nowej kochanki, to był gest żony. Przed nimi, w wózku spacerowym, siedziała mała dziewczynka, która z entuzjazmem wskazywała rączką na kolorowe poduszki.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Schowałam się instynktownie za wielkim fikusem, czując się jak złodziej we własnym życiu. Obserwowałam ich. Widziałam, jak Robert pochyla się nad dzieckiem, poprawia mu czapeczkę i mówi coś, co wywołuje uśmiech na twarzy kobiety. Wyglądali jak reklama idealnej rodziny. Ten sam mężczyzna, który rzekomo siedział na nudnym wykładzie, teraz wybierał meble na taras ze swoją rodziną.
W mojej głowie zapanował chaos. Obrazy z ostatnich sześciu miesięcy przelatywały mi przed oczami. Każde odwołane spotkanie, wyłączony telefon, bajeczki o remoncie i chorej matce. Wszystko ułożyło się w jedną, potworną całość. Nie było żadnego remontu. Nie było samotności. Było drugie życie, w którym ja pełniłam rolę odskoczni, naiwnej dziewczynki czekającej, aż pan znajdzie dla niej chwilę. Chciałam tam podejść, zrobić awanturę, zdemaskować go. Ale nie mogłam się ruszyć. Paraliżował mnie wstyd. Czułam się brudna, wykorzystana i nieskończenie głupia. Wycofałam się powoli, pilnując, by mnie nie zauważyli. Wsiadłam do samochodu i dopiero tam pozwoliłam sobie na płacz. Płakałam tak mocno, że nie mogłam złapać tchu.
Zasługiwałam na prawdę
Wróciłam do domu i rozpoczęłam śledztwo. Teraz, gdy wiedziałam czego szukać, znalezienie prawdy zajęło mi chwilę. Nie miał mediów społecznościowych, ale wpisałam w wyszukiwarkę nazwisko i zobaczyłam kobietę, którą mogła być jego żoną. Znalazłam ją. Profil był otwarty. Anna. Na zdjęciach: ona, Robert i mała Zuzia. Zdjęcia z wakacji, ze świąt – tych samych, podczas których Robert rzekomo miał grypę. Zdjęcie z podpisem „Nasza 10. rocznica ślubu”, opublikowane dwa miesiące przed naszym poznaniem.
Oglądanie tych zdjęć było jak posypywanie rany solą. Widziałam mężczyznę, którego kochałam, w rolach, o których nie miałam pojęcia. Mąż. Ojciec. A ja? Kim byłam w tym układzie? Przerwą na kawę? Urozmaiceniem nudnej rutyny? Wiedziałam, że muszę to zakończyć, ale chciałam spojrzeć mu w oczy. Zasługiwałam na prawdę. Napisałam krótko: „Musimy porozmawiać. Przyjedź do mnie, jak tylko wrócisz z Poznania. To pilne”. Odpisał po godzinie: „Kochanie, coś się stało? Martwię się. Postaram się urwać wcześniej”. Przyjechał w niedzielę wieczorem. Wszedł do mojego mieszkania z firmowym uśmiechem, niosąc bukiet tulipanów.
– Co się stało, Alicja? Brzmiałaś bardzo poważnie – zapytał, próbując mnie przytulić.
Odsunęłam się. Stałam na środku salonu z rękami skrzyżowanymi na piersi. Czułam chłód, który był moją zbroją.
– Jak było w Poznaniu? – zapytałam spokojnie.
– Męcząco. Same nudne prelekcje, hotelowe jedzenie. Wiesz, jak to jest. Tęskniłem za tobą w kązdej minucie.
– Naprawdę? A jak udały się zakupy w centrum ogrodniczym? Wybraliście huśtawkę?
Jego twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Uśmiech zniknął, zastąpiony przerażeniem, a potem kalkulacją. Oczy biegały mu po pokoju, szukając drogi ucieczki.
– Nie wiem, o czym mówisz – spróbował, ale głos mu zadrżał.
– Widziałam cię, Robert. Nie udawaj. Wczoraj. Z żoną i córką. Anną i Zuzią, prawda?
Zapadła cisza. Ciężka, lepka cisza. Robert opuścił ręce, a bukiet tulipanów wylądował na stoliku. Westchnął głęboko, jakby zrzucał z siebie wielki ciężar, i usiadł na fotelu bez pytania.
– Mogę to wyjaśnić – powiedział.
– Wyjaśnić? Co tu jest do wyjaśniania? Okłamywałeś mnie przez pół roku. Masz żonę, masz dziecko. Jesteś zwykłym oszustem.
– To nie jest takie proste – zaczął tonem ofiary. – Z Anną... między nami nic już nie ma od lat. Żyjemy obok siebie. Jesteśmy razem tylko ze względu na małą. Ona jest ma teraz ciężki czas, nie mogę jej teraz zostawić, to by ją zniszczyło.
– I dlatego chodzicie razem na zakupy, trzymając się pod ramię? Dlatego spędzasz z nią święta i wakacje?
– To pozory! Muszę stwarzać pozory dla dobra dziecka. Ale to przy tobie czuję, że żyję. Ty jesteś moją bratnią duszą. Nigdy nikogo tak nie kochałem.
Słuchałam tego potoku słów z narastającym obrzydzeniem. Używał klasycznych chwytów jak z podręcznika dla niewiernych mężów: zła żona, on – męczennik szukający ukojenia.
Złożył mi obrzydliwą propozycję
– Czego ty ode mnie oczekujesz? – przerwałam mu. – Że co teraz zrobię? Że powiem „okej, rozumiem, biedactwo, poczekam”?
Wstał i podszedł do mnie, próbując złapać mnie za ręce.
– Daj mi czas – powiedział z pasją. – Nie mogę odejść teraz, to zbyt skomplikowane. Ale kocham cię. Możemy to kontynuować. Będę spędzał z tobą więcej czasu. Wynajmę mieszkanie, w którym będziemy mogli się spotykać, żebyś nie musiała czuć dyskomfortu. Zapewnię ci wszystko, czego potrzebujesz. Jesteśmy dorośli, świat nie jest czarno-biały. Nie niszczmy tego, co jest między nami, tylko dlatego, że mam pewne... zobowiązania.
Patrzyłam na niego i nie poznawałam człowieka, w którym się zakochałam. Ten szarmancki mężczyzna właśnie proponował mi, żebym została jego oficjalną kochanką. Żebym godziła się na ochłapy jego czasu, na kradzione chwile w wynajętym mieszkaniu, na bycie tą drugą. Pomyślał, że jestem zdesperowana. Że samotna trzydziestoparolatka weźmie cokolwiek, byle tylko nie być sama.
– Wyjdź – powiedziałam cicho.
– Co? Proszę cię, przemyśl to. Możemy być jeszzcze szczęśliwi.
– Wyjdź! – krzyknęłam, czując, jak pękają we mnie ostatnie tamy spokoju. – Wynoś się z mojego domu i z mojego życia. Nie będę twoją zabawką. Nie będę powodem płaczu twojej żony ani traumą dla twojej córki. Niech ci nawet przez myśl nie przejdzie, że zgodzę się na rolę jakiejś metresy. Gardzę tobą.
Robert patrzył na mnie z niedowierzaniem. Chyba rzadko słyszał słowo „nie”. W końcu wziął marynarkę, poprawił kołnierzyk i rzucił mi lodowate spojrzenie.
– Jeszcze pożałujesz. Trudno znaleźć kogoś na moim poziomie. Zostaniesz sama ze swoimi zasadami.
– Wolę być sama z zasadami niż z kimś takim jak ty – odparowałam, otwierając szeroko drzwi.
Kiedy wyszedł, zamknęłam drzwi na dwa zamki i zsunęłam się na podłogę. Nie płakałam. Czułam dziwną pustkę, ale też niesamowitą ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z pleców plecak wypełniony kamieniami.
Zostałam sama z zasadami
Przez kolejne tygodnie Robert próbował się kontaktować, od błagalnych wiadomości po oskarżycielskie. Zablokowałam go wszędzie. Długo biłam się z myślami, czy powinnam powiedzieć jego żonie. Ostatecznie uznałam, że nie chcę wchodzić w ich życie z butami. Nie chciałam być zwiastunem nieszczęścia, chciałam po prostu zamknąć ten rozdział. To doświadczenie mnie zmieniło. Na początku byłam wściekła na siebie za swoją naiwność, ale z czasem zrozumiałam, że nie mogę się biczować za to, że zaufałam. To nie moja wina, że trafiłam na kogoś, kto potraktował uczucia jak grę.
Wróciłam do pracy ze zdwojoną energią i dostałam ten awans. Zrozumiałam, że bycie singlem to nie porażka, a tkwienie w toksycznym układzie to prosta droga do zniszczenia samej siebie. Robert miał rację w jednym – zostałam sama ze swoimi zasadami. Ale te zasady to szacunek do samej siebie, uczciwość i lojalność. Są one warte więcej niż wszystkie romantyczne kolacje i weekendy w Toskanii budowane na kłamstwie. Nie zostałam jego metresą. Niedoczekanie. Zostałam sobą. I to jest moje największe zwycięstwo.
Alicja, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Przygotowałam mężowi wyjątkową kolację na walentynki. Razem z jego kochanką zaserwowałyśmy mu słodko-gorzką zemstę”
- „Po 50. odeszłam od nieczułego męża, bo pragnęłam więcej. Wolę być sama niż z kimś, kto traktuje mnie jak mebel”
- „Pojechaliśmy do Zakopanego na ferie i przeżyliśmy koszmar. Matka zepsuła nam walentynki, więc musiałam ratować związek”