„Po rodzinnych aferach, morze miało mnie wyciszyć. Zamiast szumu fal słuchałem trajkotania pięknej blondyneczki”
„Byłem już zmęczony byciem w domu, gdzie każdy jest dla siebie wrogiem. Jednak szybko się przekonałem, że spokój nad Bałtykiem nie zawsze ma postać ciszy, a prawdziwy odpoczynek czasem ma twarz czegoś nieprzewidywalnego. Albo raczej kogoś. Przyjechałem do pensjonatu późnym wieczorem”.

- Redakcja
Nie ma co udawać: nigdy nie byłem szczególnie „wyciszonym” typem człowieka. Po serii rodzinnych burz i awantur – wyjazd nad morze wydawał się rozwiązaniem niemal terapeutycznym. Dostałem urlop od wszystkiego: od roli męża, ojca, rozjemcy i narzekającego teścia. W planie miałem długie spacery po plaży, czytanie taniej sensacji, gapienie się w fale i trzymanie się z daleka od ludzi, których głos w jakiś magiczny sposób podnosi mi ciśnienie. Myślałem: „Morze, szum fal, piach, samotność... Może w końcu usłyszę własne myśli”. Byłem już zmęczony byciem w domu, gdzie każdy jest dla siebie wrogiem. Jednak szybko się przekonałem, że spokój nad Bałtykiem nie zawsze ma postać ciszy, a prawdziwy odpoczynek czasem ma twarz czegoś nieprzewidywalnego. Albo raczej kogoś.
Jej uśmiech mnie rozbroił
Przyjechałem do pensjonatu późnym wieczorem. W recepcji nie było nikogo, tylko kartka z napisem: „Klucz w skrzynce na kod. Gość z pokoju 7 proszony jest o samodzielne zameldowanie się”. Świetnie – pomyślałem – nawet tu człowiek jest tylko numerkiem. Rano obudził mnie stukot filiżanek i rozmowy dochodzące z jadalni. Zszedłem na śniadanie z miną człowieka, który liczy, że nikt go nie zauważy. Oczywiście, zauważyła mnie pierwsza osoba, która najgłośniej się śmiała.
– O, nowy! – zawołała kobieta w kolorowej chuście na głowie. – Niech pan siada, tu jest wolne. Kawę nalać?
Nie chciałem wdawać się w pogawędki, więc wymruczałem tylko:
– Dziękuję, sam sobie naleję.
Usiadłem jak najdalej, ale to nic nie dało.
– Jak się pan nazywa? – nie odpuszczała. – Ja jestem Ela, ale wszyscy mówią na mnie Gaduła. Mój mąż twierdzi, że nawet fale przeze mnie szybciej płyną, bo chcą uciec przed moim gadaniem.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem jej rozbrajający uśmiech. Zdziwiłem się, że w tej twarzy nie ma nachalności, raczej jakieś ciepło i autoironia.
– Można i tak – mruknąłem. – Ja jestem Zbyszek.
– Zbyszek! Fajne imię, trochę jak z czasów, gdy się jeszcze grało w kapsle na podwórku, co? – roześmiała się.
Pokręciłem głową, udając, że mnie to nie rusza, ale właściwie pierwszy raz od dawna poczułem, że ktoś naprawdę ze mną rozmawia.
– Długo pan zostaje? – zapytała.
– Tydzień, może dwa. O ile nikt mi nie będzie zawracał głowy – odpowiedziałem, patrząc na nią wymownie.
– Oj, z tym może być ciężko! – odparła wesoło. – Tutaj wszyscy w końcu się zaprzyjaźniają. Nawet, jak na początku nie chcą.
Sam byłem w szoku
Już pierwszego dnia pogoda postanowiła sprawdzić moją cierpliwość – lało i zacinało jak z cebra. Siedziałem w holu z książką, ale co chwilę ktoś zaglądał, kręcił się, szeleścił kurtką. Ela, oczywiście, była wszędzie. Z talerzem ciasta, z herbatą, z poradami na przeziębienie, jakby miała na sobie niewidzialny fartuch opiekunki wszystkich znudzonych turystów.
– No i co pan tu tak sam, jak palec? – zapytała nagle, przysiadając się do mnie bezceremonialnie.
– A co mam robić w taką pogodę? Przecież nie pójdę w taką zimnicę – odburknąłem.
– To może szachy? – wyszczerzyła się. – Mówią, że zawsze wygrywam, bo zagaduję przeciwnika na śmierć. Chce pan spróbować?
Westchnąłem, mając nadzieję, że w końcu się znudzi moim mrukliwym towarzystwem. Nic z tego.
– Nie grałem w szachy od lat – odparłem, zamykając książkę.
– To świetnie, przynajmniej nie będę musiała udawać, że jestem skromna – odpowiedziała z uśmiechem, rozstawiając figury. – No, niech pan zaczyna.
Usiadłem naprzeciwko niej i przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Myślałem, że zaraz zacznie paplać, ale ona tylko zerkała na mnie spod rzęs, aż w końcu nie wytrzymałem.
– Skąd pani się tu wzięła? – spytałem.
– Z potrzeby ucieczki. Mój mąż twierdzi, że jak za długo siedzę w domu, to dom zaczyna pękać od mojego gadania – odparła. – A pan? Co pana przywiało?
Przez chwilę nie chciałem odpowiadać. Czułem, że nie chcę znów opowiadać o rodzinnych dramatach. Więc tylko wzruszyłem ramionami.
– Morze miało mnie wyciszyć – rzuciłem. – I tyle.
– Hm. Dziwne, mnie wycisza dopiero jak się wygadam do woli. Każdy ma swoją terapię – powiedziała i po chwili dodała: – Szach-mat w trzy ruchy. Chyba nic to nie szkodzi, że będę do pana zaglądać?
O, dziwo, chyba mi nie przeszkadzało. Sam byłem w szoku, że tak szybko to sobie pomyślałem.
Była inna niż wszyscy
Nazajutrz słońce przebiło się przez chmury, więc w końcu mogłem zejść na plażę. Liczyłem, że znajdę sobie jakiś spokojny kąt, ale Ela już tam była. Siedziała na wielkim kocu, w kurtce, otoczona książkami, termosami i jakimś dziwnym, przaśnym koszem piknikowym. Machnęła do mnie ręką, jakbym od lat był jej sąsiadem.
– Zbyszek! Wreszcie pan wyszedł z nory. Niech pan tu przyjdzie, miejsca starczy dla dziesięciu takich jak my!
Przez chwilę rozważałem ucieczkę, ale coś mnie podkusiło i usiadłem obok, chociaż trzymałem lekki dystans.
– Co tam ciekawego widzi pan w tym morzu? – zapytała, wpatrując się w fale.
– Mokre. Zimne. Hałasuje – odpowiedziałem z przekąsem.
– Ale i tak lepsze od sąsiadów za ścianą, nie? – parsknęła śmiechem. – U mnie przez całą zimę wiercili dziury, jakby budowali tunel do Chin.
Spojrzałem na nią kątem oka. Była inna niż wszyscy, których znałem. Gadała bez przerwy, ale nie w sposób, który irytuje, raczej jakby zapełniała sobą pustkę. I, o dziwo, jakoś mi to nie przeszkadzało.
– A pan zawsze taki mruk? – zapytała nagle, patrząc mi prosto w oczy.
– To taki system ochronny – burknąłem. – Im mniej mówię, tym mniej mam do tłumaczenia.
– No to niech pan uważa, bo ze mną długo pan nie pomilczy – zaśmiała się, nalewając mi herbaty z termosu. – Wie pan, czego się nauczyłam nad morzem? Że fale można zagadać, ale nie da się ich zatrzymać. Trochę jak z ludźmi. Najpierw męczą, potem zaczynają koić.
– I co, ja jestem taką falą czy raczej kawałkiem drewna wyrzuconym na brzeg? – spytałem z ironią.
– Jedno i drugie – odpowiedziała wesoło. – Ale drewno, jak się dobrze wysuszy, może być całkiem miłe w dotyku.
Zdziwiłem się, że to wszystko nawet mnie rozbawiło. Tego się po sobie zupełnie nie spodziewałem.
Od razu mnie wypatrzyła
Mimo że planowałem samotność, coraz częściej łapałem się na tym, że szukałem wzrokiem Eli. Wieczorem, kiedy wszyscy zbierali się w świetlicy na planszówki i pogaduchy, próbowałem trzymać się z boku, ale ona oczywiście od razu mnie wypatrzyła.
– Zbyszek, no chodźże tu, przecież nie gryziemy! – zawołała przez całą salę, jakby była moją starszą siostrą, a nie ledwo poznaną sąsiadką z pensjonatu.
Nie miałem wyboru, dołączyłem. Grali w „Państwa-miasta”, Ela królowała przy stole. Jej poczucie humoru przewyższało wszystkich razem wziętych.
– Miasto na „Ł”? – padło pytanie.
– Łomża! – rzuciłem bez zastanowienia.
– Pan Zbyszek wyraźnie się rozkręca! – zażartowała Ela, puszczając do mnie oko. – Zawsze mówiłam, że ludzie twardnieją od nadmiaru milczenia. A jak się raz rozkruszą, to potem nie mogą przestać gadać.
Spojrzałem na nią podejrzliwie.
– Skąd pani wie takie rzeczy? – spytałem.
– Lata praktyki. W domu mam cichą córkę i jeszcze cichszego męża. Gdyby nie ja, chyba by się ze sobą nie dogadali – stwierdziła, nie przestając się uśmiechać.
– No to musi być pani wykończona od tego ciągłego ratowania świata – odparłem, nieco złośliwie.
– Trochę tak. Ale tu przynajmniej nikt nie ucieknie do łazienki, jak zaczynam mówić. No… chyba, że pan spróbuje – dodała, przekręcając głowę w moją stronę.
– Już raz próbowałem, nie pomogło. Wróciłem, a pani dalej gadała.
– I co? Było aż tak strasznie?
– W sumie nie – przyznałem, choć przez zęby.
Siedzieliśmy potem jeszcze długo, śmiejąc się z cudzych odpowiedzi, a ja pierwszy raz od dawna czułem, że przebywanie z ludźmi nie musi być udręką. Choć oczywiście w życiu nie przyznałbym tego na głos.
Nie zawsze cisza jest w cenie
Następnego dnia pogoda znowu zrobiła psikusa –zrobiła się gorąco niemal jak w tropikach. Wszyscy rozłożyli się na plaży, a Ela, zgodnie ze swoim zwyczajem, już buszowała między kocami, rozdając dobre rady. Usiadłem z boku, niby czytałem gazetę, ale kątem oka obserwowałem tę jej bezczelnie głośną troskliwość. W końcu podeszła do mnie.
– Zbyszek, niech się pan nie obrazi, ale jak tak będzie pan siedział w tej koszuli na słońcu, to potem będzie trzeba zdrapywać skwarki z materaca.
Prychnąłem.
– Zawsze miałem dobrą odporność na słońce. Całe życie byłem niewidzialny dla pogody.
– No to teraz pana zobaczy! – zaśmiała się i usiadła obok. – Wie pan, że ludzie, którzy najbardziej marudzą, najczęściej potrzebują, żeby ich ktoś wysłuchał?
– Skąd taki wniosek?
– Bo pan, tak naprawdę, wcale nie jest zły ani zgorzkniały. Jest pan po prostu zmęczony. I trochę samotny, co? – zapytała, spoglądając na mnie z boku.
Udawałem, że mnie to w żaden sposób nie dotyka.
– To pani teoria psychologiczna czy już praktyka?
– Jedno i drugie. Wie pan, nie wszyscy, co dużo gadają, są pustakami. Niektórzy gadają, żeby nie zwariować. Inni – żeby komuś pomóc. Ja… chyba trochę z obu powodów.
Popatrzyłem na nią uważniej niż zwykle.
– Jak pani to robi, że potrafi być taka… spokojna, chociaż tyle pani nosi w sobie hałasu?
Ela się uśmiechnęła, ale tym razem trochę smutniej.
– Z wiekiem człowiek się uczy, że nie zawsze cisza daje spokój. Czasem właśnie wśród ludzi, w śmiechu i zamieszaniu, odnajduje się to, czego w samotności nie można znaleźć. I tego panu życzę.
Przez chwilę chciałem coś powiedzieć, ale tylko wzruszyłem ramionami. Pierwszy raz od dawna poczułem, że nie muszę się bronić.
Czasem wystarczy być
Ostatniego dnia przed wyjazdem spakowałem walizkę szybciej, niż bym chciał. Na korytarzu pachniało kawą, a gdzieś w tle już słyszałem znajomy głos Eli. Zszedłem na śniadanie z przekonaniem, że jeszcze ostatni raz trzeba się przemęczyć jej gadaniną. I znów – zupełnie się pomyliłem.
– O, Zbyszek, już pan gotowy do drogi? – zapytała, podając mi kubek gorącej kawy. – Pewnie pan ucieka, bo boi się, że będę do końca życia przysyłać pocztówki z opowieściami, co?
– Znam już pani taktykę – uśmiechnąłem się krzywo. – Lepiej się wycofać, zanim człowiek zacznie się przyzwyczajać do czyjegoś towarzystwa.
– A widzi pan. I tu się pan myli. Najgorzej, jak się człowiek nauczy być sam, bo potem nie umie już wrócić do ludzi. I wtedy każda chwila milczenia boli.
Przysiadłem obok, nawet nie udając, że mnie to nie obchodzi.
– Ela… trochę mi pani namieszała w tej mojej głowie. Takiego spokoju od ludzi to się nie spodziewałem. W domu każdy gada, wrzeszczy, ocenia. Tutaj pani gadała, ale nikt niczego nie żądał. Tylko był ten śmieszny, głośny spokój.
Ela spojrzała na mnie ciepło.
– Bo nie trzeba być cicho, żeby komuś dać spokój. Czasem wystarczy być. Słuchać, śmiać się, nawet przegadać smutki i milczenia.
Chciałem coś powiedzieć, ale tylko westchnąłem.
– Dziękuję. Tak zwyczajnie. Może kiedyś się jeszcze spotkamy.
– A może prędzej, niż pan myśli? – rzuciła z błyskiem w oku. – Przypadkiem w drodze na spacer, przypadkiem w kolejce po lody… W końcu świat nie jest taki wielki, jak się wydaje.
Wyjechałem kilka godzin później, nie zabierając ze sobą nawet ziarenka piachu, ale za to z czymś, co z trudem da się nazwać. Chyba z jej głośnym spokojem, jakiego sam nigdy nie umiałem sobie dać.
Zbigniew, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Żona zdradziła mnie z moim bratem, a w sylwestra usiedliśmy przy 1 stole. Robiło mi się niedobrze na ich widok”
- „Mąż kazał mi się wynosić, gdy wyszło na jaw, co zrobiłam w sylwestra. To nie była tylko moja wina”
- „Mąż stale podbiera pieniądze z mojego portfela. Jeśli myślał, że całe życie będę go sponsorować, to się przeliczył"