Reklama

Po rozwodzie życie nie wali się od razu. To ciche rozpady – milczące śniadania, brak wiadomości, jedno puste miejsce na kanapie. Zostałam sama po dwudziestu latach. Mąż zakochał się w młodszej, córka wyjechała na studia za granicę, a ja... utknęłam w ciszy. W mieszkaniu pełnym rzeczy, które nic już nie znaczyły. Renata, moja przyjaciółka, zabrała mnie do Karpacza. „Oderwiesz się”, mówiła. W jej głosie była troska i cień współczucia, którego nie znosiłam. Pojechałam. Zgodziłam się, bo nie miałam siły odmawiać. Chciałam przestać czuć.

Wiktor... Znałam go od dziecka. Syn Renaty, wiecznie rozczochrany, biegał po domu z gitarą. Teraz miał już dwadzieścia sześć lat. Był instruktorem, pewny siebie, przystojny. I nagle zaczął na mnie patrzeć inaczej. Nie jak na ciocię Jagodę. Jak na kobietę. Zaskoczył mnie. Ciepłem. Uwagą. Byłam zbyt rozbita, by się bronić. A może po prostu chciałam znowu poczuć się żywa. Choć przez chwilę. Nie wiedziałam, dokąd to prowadzi. I wtedy jeszcze nie rozumiałam, że to, co miało być tylko ucieczką, zostanie ze mną na długo. I zaboli bardziej, niż mogłam sobie wyobrazić.

Pierwsza noc i pierwszy sekret

Wieczorem usiedliśmy w salonie pensjonatu. Renata głośno śmiała się z Marty, która – jak zawsze – nie umiała trzymać języka za zębami.

– Jagoda, ty to się w ogóle nie zmieniasz – rzuciła Marta. – Taka... wyciszona. Może trochę przygaszona? Ale to chyba po rozwodzie, co? – dodała półgłosem, lecz wystarczająco głośno, by wszyscy usłyszeli.

Zacisnęłam dłonie na kubku z herbatą. Renata rzuciła jej karcące spojrzenie, ale nic nie powiedziała. Za to Wiktor usiadł obok mnie i przerwał niezręczność.

– Zawsze myślałem, że jesteś zbyt dobra dla tego nudziarza, którego miałaś za męża – rzucił półżartem.

Spojrzałam na niego z zaskoczeniem. Otwarty uśmiech, ciepły wzrok. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Po chwili dodał:

– Jak będziesz chciała pogadać… wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Nocą nie mogłam zasnąć. Śnieg za oknem odbijał światło latarni, a pokój wydawał się zbyt cichy. Usłyszałam lekkie pukanie. Drzwi uchyliły się bez słowa. Wiktor.

– Nie powinienem – powiedział cicho – ale... chcę zostać.

Usiadł na łóżku. Rozmawialiśmy o wszystkim. O tym, jak bardzo się zmieniłam. Jak bardzo on już nie jest chłopcem. Nie dotknął mnie. Nie próbował niczego, ale czułam między nami napięcie. I jego spojrzenie, które zapamiętałam na długo. Czułam się... widziana. Po raz pierwszy od wielu, wielu miesięcy.

Jego dłoń dotknęła mojej

Na stoku Wiktor był w swoim żywiole. Pomagał mi zapiąć buty, pokazywał technikę, żartował, robił zdjęcia. Czułam się przy nim bezpieczna. I jakaś chyba głupio szczęśliwa.

– No, Jagoda, jak tak dalej pójdzie, to będziesz mnie uczyć za rok – śmiał się, kiedy w końcu zjechałam bez wywrotki.

W drodze powrotnej w samochodzie jego dłoń dotknęła mojej. Niby przypadkiem. Ale nie cofnął jej od razu. Nie powiedziałam nic. Serce biło mi szybciej, a ciało zrobiło się ciepłe, jakby zima została za oknem. Wieczorem Renata zasnęła przed telewizorem, Marta wyszła „na telefon”. Zostaliśmy sami w kuchni.

– Herbaty? – zapytałam, choć dobrze wiedziałam, że to pretekst.

– Wolę coś mocniejszego – mruknął, siadając przy stole.

Po chwili byliśmy już w moim pokoju. Cisza. I to napięcie między nami. Wiktor patrzył mi w oczy długo, zbyt długo. W końcu podszedł bliżej. Dotknął mojej twarzy. Pocałował. Nie protestowałam. Pocałunek był czuły, powolny. Nie było w nim pośpiechu. Czułam jego rękę na moim karku, zapach jego perfum, drżenie własnego ciała. Kiedy się odsunął, zapytał szeptem:

– Żałujesz?

Pokręciłam głową. Nie mogłam mówić. Wtedy zrozumiałam, że to się dzieje naprawdę. Że granica, którą próbowałam sobie wmawiać, że istnieje – właśnie przestała mieć znaczenie. Wiedziałam, że to złe. Że to nie przystoi. Ale po raz pierwszy od lat czułam się... pożądana. I żywa.

Tajemnica zaczęła mi ciążyć

Rano było inaczej. Nie chłodniej – nie. Ale bardziej realnie. Złapałam się na tym, że zaczynam się bać. Patrząc w lustro, nie widziałam już siebie – tylko kobietę, która zrobiła coś, czego nie powinna. Wiktor był swobodny. Uśmiechnięty, żartujący, jakby nic się nie wydarzyło. Jakbyśmy dalej byli tylko ciotką Jagodą i synem Renaty. Ale ja już wiedziałam, że coś się przesunęło. I nie da się tego cofnąć. Wieczorem zapytałam:

– Co to dla ciebie znaczy?

Chwilę milczał, potem westchnął z uśmiechem:

– Nie komplikujmy. Jest dobrze, prawda?

Było mi niedobrze. Nie wiedziałam, czego się spodziewałam. Chyba że powie „dla mnie też to coś znaczy”. Zamiast tego poczułam się... głupio. Podczas obiadu Marta rzuciła:

– Jagoda, coś się u ciebie dzieje? Taka promienna coś jesteś!

Zachłysnęłam się wodą. Wiktor się uśmiechnął. Renata niczego nie zauważyła, ale ja już nie potrafiłam być spokojna. Każdy jej gest wydawał mi się podejrzany. Każde spojrzenie paliło – jakby wiedziała.

A Wiktor? Z Renatą śmiał się przy stole, Marcie podawał telefon, żeby pokazać zdjęcia ze stoku. Wszystko jak zwykle. Tylko ja siedziałam obok, czując, jak wszystko się sypie. Czy znowu dałam się oszukać? Czy znowu ktoś mnie wykorzystał i zostawił? Zaczęłam mieć wrażenie, że dla niego to był tylko urlop. Tylko zabawa. A dla mnie – coś, co łatało całą pustkę we mnie.

Rozpadłam się na kawałki

Po powrocie było już tylko zimno. Nie odbierał. Nie odpisywał. Żadnego „dzięki za wyjazd”, żadnego głupiego emotikona. Jakby „Karpacz” się nie wydarzył. Jakby mnie tam nie było. Czekałam dzień. Dwa. Tydzień. Sprawdzałam, kiedy był ostatnio online. Widziałam, że czytał. I nic. W końcu napisałam: „Tylko powiedz, że to było prawdziwe”. Czekałam jak idiotka z telefonem w dłoni. Przyszło po kilku godzinach: „To nie powinno było się zdarzyć. Przepraszam, jeśli dałem ci złudzenia”. Czytałam to chyba z dziesięć razy. Każde słowo wbijało się we mnie jak nóż. Nie powinno się zdarzyć… Złudzenia…

Wzięłam prysznic i płakałam, mając nadzieję, że woda to ukryje, że zmyje to wszystko ze mnie, ale nie zmyła. Czułam się, jakbym się rozpadła na kawałki, których nikt nie będzie chciał już posklejać. Znowu zostałam sama. Ale teraz to była inna samotność. Nie taka, co trwała latami. Ta była świeża, bolesna rana. Bo znałam już smak czułości. Dotyku. Tego, że ktoś patrzył na mnie tak, jakbym istniała tylko ja. I to mi zabrano.

Wstyd mnie zżerał od środka

Zastanawiałam się długo, czy powiedzieć. Czy lepiej udawać, że nic się nie wydarzyło. Że to był tylko sen. Ale nie umiałam już na nią patrzeć. Wstyd mnie zżerał od środka. Milczenie też. Spotkałyśmy się na kawie, jak zwykle. Renata mówiła o Wiktorze – że coś ostatnio mało się odzywa, że się martwi. A ja siedziałam jak sparaliżowana. W końcu wyrzuciłam z siebie:

– Renata, ja… muszę ci coś powiedzieć.

Spojrzała na mnie z niepokojem. Nie owijałam. Nie umiałam.

– Z Wiktorem... coś się wydarzyło. W Karpaczu.

Na jej twarzy przez kilka sekund nie było nic. Potem przeszła przez nią burza – zdumienie, wstrząs, gniew.

– To mój syn! – syknęła. – Co ty sobie myślałaś, Jagoda?!

Nie planowałam tego. Nie szukałam tego… – próbowałam się tłumaczyć, ale głos mi drżał. – Po prostu… pierwszy raz od lat ktoś spojrzał na mnie inaczej.

Renata wstała, drżąc z wściekłości.

– Rozwaliłaś wszystko! Przyjaźń. Mój spokój. Mój dom!

Nie zatrzymywałam jej. Nie potrafiłam. Zostałam w tej kawiarni sama. Jakby to była scena z filmu, tylko zbyt bolesna, by można było ją cofnąć. Straciłam Wiktora. I straciłam ją. A razem z nimi coś jeszcze – ostatnie złudzenie, że można jeszcze coś naprawić.

Jagoda, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama