Reklama

Myślałam, że moje życie skończyło się w dniu, w którym zobaczyłam spakowane walizki męża w przedpokoju. Byłam przekonana, że już nigdy nie poczuję niczego poza chłodem, który zagościł w moim sercu tamtego popołudnia. Ten wyjazd miał być tylko obowiązkiem, ucieczką dla mojego syna, by choć na chwilę zapomniał o tym, że jego tata wybrał inne życie. Nie spodziewałam się, że wśród ośnieżonych szczytów i mroźnego powietrza, to właśnie ja zacznę oddychać na nowo. Nie sądziłam, że spotkam kogoś, kto jednym spojrzeniem sprawi, iż mury, które budowałam wokół siebie przez ostatnie miesiące, zaczną pękać.

Ucieczka w góry miała być ukojeniem po rozwodzie

Kiedy nasz stary, wysłużony samochód piął się pod górę krętą drogą prowadzącą do pensjonatu w Białce, czułam w żołądku ten sam supeł, który towarzyszył mi od pół roku. Michał, mój dziesięcioletni syn, siedział na tylnym siedzeniu z nosem przyklejonym do szyby.

– Mamo, zobacz ile śniegu! – krzyknął, wskazując na zaspy sięgające niemal płotu.

Uśmiechnęłam się do niego w lusterku wstecznym, ale był to uśmiech wymuszony, taki, który nie dociera do oczu.

– Tak, kochanie. Będzie wspaniale – odpowiedziałam, choć w środku czułam tylko zmęczenie.

To miały być nasze pierwsze ferie we dwoje. Przez ostatnie dziesięć lat zawsze jeździliśmy we trójkę. Ja, Michał i Marek. Marek, który teraz był na Malediwach ze swoją nową, o dekadę młodszą partnerką, podczas gdy ja próbowałam udawać przed synem, że nasz świat wcale nie runął w gruzach.

Decyzja o wyjeździe na zorganizowane zimowisko dla rodziców z dziećmi była impulsywna. Chciałam uciec z pustego mieszkania, w którym każdy kąt przypominał mi o porażce mojego małżeństwa. Chciałam, żeby Michał miał frajdę, żeby uczył się jeździć na nartach i nie patrzył na zapłakaną matkę snującą się po kuchni w szlafroku.

Gdy wysiedliśmy z auta, uderzyło mnie rześkie, mroźne powietrze. Wokół biegały dzieci, rodzice wyciągali sprzęt narciarski z bagażników, wszędzie panował gwar i radość. Czułam się tam obca. Jakbym oglądała film, w którym wszyscy znają scenariusz, tylko ja zgubiłam swoją rolę.

Każda czynność przypominała mi o Marku

Rozpakowywanie się w pokoju było męką. Każda czynność przypominała mi o Marku. To on zawsze wnosił ciężkie torby, to on organizował karnety, to on sprawdzał prognozę pogody. Teraz byłam sama z odpowiedzialnością za wszystko. Michał od razu rzucił się na łóżko, testując sprężystość materaca.

– Kiedy idziemy na stok? – zapytał, nie mogąc usiedzieć w miejscu.

– Zaraz jest spotkanie organizacyjne w holu. Musimy zapisać cię do grupy – wyjaśniłam, starając się opanować drżenie rąk.

Moja głowa była pełna wątpliwości. Czy dam sobie radę? Czy nie jest za późno, by zaczynać wszystko od nowa w wieku trzydziestu czterech lat? Czułam się nieatrakcyjna i niepotrzebna. Marek odszedł, mówiąc, że „wypaliło się między nami”, że potrzebuje przestrzeni, emocji. Zostawił mnie z poczuciem, że byłam nudna, że moja troska o dom i rodzinę była czymś, co go dusiło. Te słowa wciąż we mnie rezonowały, podkopując moją pewność siebie na każdym kroku.

Zeszliśmy do holu. Było tam mnóstwo ludzi. Głównie rodziny, ale też samotne matki i ojcowie z dziećmi. Organizatorzy, ubrani w jaskrawe, czerwone kurtki, dzielili dzieci na grupy wiekowe. Stałam z boku, trzymając Michała za ramię, trochę zbyt mocno, jakbym bała się, że jeśli go puszczę, on też zniknie.

Nie byłam gotowa...

– Dzień dobry! Czy to grupa „Śnieżnych Panter”? – usłyszałam głęboki, męski głos tuż nad uchem.

Odwróciłam się gwałtownie. Przede mną stał wysoki mężczyzna, na oko w moim wieku, może odrobinę młodszy. Miał na sobie instruktorską kurtkę, gogle zawieszone na szyi i najbardziej rozbrajający uśmiech, jaki widziałam od lat. Jego włosy były w nieładzie po zdjęciu czapki, a twarz ogorzała od słońca i wiatru.

– Nie wiem, my dopiero przyszliśmy – wyjąkałam, czując, jak rumieniec wypływa na moje policzki. Nie byłam przyzwyczajona do rozmów z obcymi mężczyznami.

– To świetnie trafiliście. Jestem Tomek, będę opiekunem i instruktorem dziesięciolatków – powiedział, kucając przy Michale. – A ty musisz być mistrzem stoku, co?

Michał, który zwykle był nieśmiały wobec obcych, natychmiast się rozpromienił.

– Mam na imię Michał. I jeszcze nie jestem mistrzem, ale chcę się nauczyć skakać!

– Skakać? Ambitnie! – Tomek zaśmiał się i przybił z nim piątkę. – Zrobimy z ciebie zawodowca. A mama? – Spojrzał na mnie z dołu, wciąż kucając. Jego oczy były niesamowicie niebieskie, przeszywające, ale ciepłe. – Mama też jeździ?

Zaskoczył mnie tym pytaniem.

– Ja... ja kiedyś jeździłam. Dawno temu. Teraz chyba wolę patrzeć – odpowiedziałam asekuracyjnie.

Tomek podniósł się. Był wyższy ode mnie o głowę.

– Patrzenie jest nudne. Góry są po to, żeby je zdobywać, a nie podziwiać zza szyby kawiarni – powiedział to z taką lekkością, że nie zabrzmiało to jak krytyka, ale jak zaproszenie.

– Zobaczymy – ucięłam, czując nagły napływ lęku. Nie byłam gotowa na „zdobywanie”. Chciałam tylko przetrwać.

Uderzył w mój czuły punkt

Następnego dnia rano staliśmy już na stoku. Michał został przydzielony do grupy Tomka. Obserwowałam ich z bezpiecznej odległości, stojąc przy barierce. Inni rodzice korzystali z czasu wolnego, szusując na trudniejszych trasach albo pijąc grzane wino w barze. Ja nie potrafiłam spuścić syna z oczu. Każdy jego upadek sprawiał, że moje serce zamierało. Miałam ochotę wbiec tam, podnieść go, otrzepać i zabrać do bezpiecznego pokoju. Nadopiekuńczość. To była moja nowa wada. Odkąd Marek odszedł, przelałam całą swoją miłość i lęk na Michała.

Po godzinie Tomek podjechał do barierki, przy której stałam. Zgrabnie zahamował, sypiąc śniegiem.

– Karolina, prawda? – zapytał, zdejmując gogle.

– Tak. Coś się stało? Michał sobie nie radzi? – zapytałam przestraszona.

– Michał radzi sobie świetnie. Ma naturalny talent i zero strachu. Problem jest z tobą.

Zamurowało mnie.

– Słucham?

– Stoisz tu od godziny i marzniesz. Twoje zdenerwowanie promieniuje na stok. Młody co chwilę zerka, czy nie biegniesz go ratować. Daj mu trochę swobody. I sobie też.

Poczułam ukłucie irytacji. Co on mógł wiedzieć o moim życiu, o moim strachu? Był pewnie beztroskim singlem, który zimą uczył dzieciaki, a latem surfował na Helu.

– Jestem jego matką, martwię się – odpowiedziałam chłodno.

– Wiem. I jesteś wspaniałą matką, to widać. Ale on jest bezpieczny. Ja tu jestem – powiedział to z taką pewnością w głosie, że moja irytacja nieco zelżała. – Masz narty?

– W wypożyczalni.

– To idź po nie. Za godzinę mam przerwę. Pokażę ci trasę, na której przypomnisz sobie, jaką frajdę daje prędkość.

– Nie, dziękuję. Nie mam ochoty.

– Karolina – jego ton stał się poważniejszy. – Nie możesz spędzić całego tygodnia, stojąc przy płocie. Życie ucieka.

Odsunął się i wrócił do dzieciaków. Zostałam sama z jego słowami. „Życie ucieka”. Marek też tak mówił, pakując walizki. Że życie mu ucieka przy mnie. Czy Tomek miał rację? Czy stając się cieniem samej siebie, krzywdziłam też Michała?

Trzeba upaść, żeby nauczyć się wstawać

Półtorej godziny później stałam na nartach. Były wypożyczone, buty trochę uwierały, ale czułam dziwną ekscytację. Tomek czekał przy wyciągu. Kiedy mnie zobaczył, jego twarz rozjaśniła się w szczerym uśmiechu.

– Wiedziałem, że przyjdziesz! – zawołał.

– Nie bądź taki pewny siebie. Robię to tylko dlatego, że zmarzłam – skłamałam.

– Jasne, jasne. Chodź, wjedziemy na górę.

Wjazd wyciągiem krzesełkowym był stresujący, ale widoki zapierały dech w piersiach. Siedzieliśmy obok siebie, ramię w ramię. Czułam ciepło bijące od jego kurtki.

Długo jesteś sama? – zapytał nagle, patrząc na ośnieżone świerki.

Pytanie było bezpośrednie, ale nie nachalne.

– Pół roku. Mąż... były mąż, odszedł.

– Przykro mi.

– Mi też było. Teraz jest... po prostu dziwnie.

– Rozumiem. Czasem trzeba, żeby stary śnieg stopniał, żeby mogła wyrosnąć trawa. Wiem, brzmi jak tania metafora z kalendarza, ale w górach wszystko jest prostsze. Tu liczysz się ty i grawitacja. Nie ma miejsca na analizowanie przeszłości, bo jak się zagapisz, to wylądujesz w zaspie.

Kiedy ruszyliśmy w dół, byłam sztywna jak kłoda. Bałam się prędkości. Bałam się utraty kontroli – symbolu mojego obecnego życia. Tomek jechał tyłem przede mną, instruując mnie spokojnym głosem.

– Ugnij kolana. Szerzej. Nie walcz ze stokiem, współpracuj z nim. Oddychaj, Karolina!

W pewnym momencie narta najechała mi na lód. Straciłam równowagę. Świat zawirował i wylądowałam twarzą w śniegu. To był moment krytyczny. Mogłam się rozpłakać, zdjąć narty i zejść na dół pieszo, potwierdzając swoją beznadziejność. Jednak poczułam rękę na ramieniu.

– Żyjesz? – zapytał Tomek, pochylając się nade mną.

Podniosłam głowę, otrzepując gogle ze śniegu. Spojrzałam na niego i nagle... zaczęłam się śmiać. To był głośny, ale uwalniający śmiech.

– Wyglądasz jak bałwan – stwierdził, też się śmiejąc. Podał mi rękę i jednym mocnym pociągnięciem postawił mnie do pionu. Przez chwilę staliśmy bardzo blisko siebie. Czułam jego oddech na policzku. Jego dłoń wciąż trzymała moją rękawicę.

– Widzisz? Upadłaś. I co? I nic. Wstałaś i jedziesz dalej. To tylko śnieg, Karolina. To nie koniec świata.

W tamtym momencie coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że mój rozwód był takim właśnie upadkiem. Bolesnym, zimnym, upokarzającym. Ale wciąż tu byłam. Mogłam wstać.

W cieple ogniska stopniały lody

Wieczorem zorganizowano ognisko dla wszystkich uczestników zimowiska. Michał biegał z innymi dziećmi, piekąc kiełbaski, a ja usiadłam na drewnianej ławie, owinięta kocem, z kubkiem herbaty w dłoniach. Patrzyłam w ogień, czując przyjemne zmęczenie w mięśniach po dzisiejszej jeździe.

Tomek usiadł obok mnie. Nie narzucał się rozmową, po prostu był. To milczenie było inne niż to, które znałam z domu – tamto było ciężkie i pełne niewypowiedzianych pretensji. To tutaj było kojące.

– Michał mówił, że tata jest na Malediwach – odezwał się cicho.

– Tak. Z nową... przyjaciółką – poprawiłam koc. – Michał chyba trochę tęskni, ale tutaj odżył. Dzięki tobie. Masz świetne podejście do dzieci.

– Sam jestem dużym dzieckiem – uśmiechnął się. – Ale widzę też, że mama Michała odżyła. Masz zupełnie inną twarz niż wczoraj w holu.

– Jaką?

– Mniej... szarą. Bardziej obecną.

Spojrzałam mu w oczy. Blask ogniska tańczył w jego źrenicach.

– Zapomniałam, jak to jest robić coś dla siebie – wyznałam szczerze. – Przez lata byłam tylko żoną i matką. Kiedy Marek odszedł, poczułam, że zniknęłam. Że nie ma Karoliny, jest tylko „była żona” i „matka Michała”.

– Karolina jest. I jest całkiem fajną babką, która nieźle radzi sobie na niebieskiej trasie, chociaż ma technikę z lat dziewięćdziesiątych – zażartował, a ja szturchnęłam go łokciem.

– Ej!

Tomek spoważniał. Przysunął się odrobinę bliżej.

– Nie daj sobie wmówić, że jesteś niewidzialna. Widziałem, jak patrzyli na ciebie inni faceci na stoku. Ale ważniejsze jest to, jak ty patrzysz na siebie. Ten facet, twój były... to głupek. Ale to jego strata. Nie pozwól, żeby jego decyzja definiowała twoją wartość.

Poczułam łzy pod powiekami, ale tym razem nie ze smutku, lecz ze wzruszenia. Ktoś mnie widział. Naprawdę mnie widział. Nie jako ofiarę, nie jako problem do rozwiązania, ale jako kobietę.

– Dziękuję, Tomek – szepnęłam.

– Nie dziękuj. Po prostu jutro znowu przyjdź na stok. I może... może wieczorem pójdziemy na grzańca? Bez dzieciaków? Jest tu taka mała knajpka na dole.

Serce zabiło mi mocniej. Randka? Czy to była randka? Od lat nie byłam na randce.

– Chętnie – odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć o wszystkich „ale”.

Koniec może być początkiem

Reszta tygodnia minęła jak we śnie. Codziennie rano jeździłam na nartach, z każdym zjazdem czując się pewniej. Syn był zachwycony moją przemianą.

– Mamo, ty śmigasz! – krzyczał, gdy mijałam go na stoku.

Przestałam kurczowo trzymać się barierek. Przestałam sprawdzać telefon, czy może Marek napisał (nie napisał). Zaczęłam zauważać słońce, smak jedzenia, muzykę w radiu.

Wieczory spędzałam z Tomkiem. Czasami rozmawialiśmy godzinami, czasami po prostu spacerowaliśmy po skrzypiącym śniegu. Okazał się człowiekiem nie tylko wesołym, ale też bardzo dojrzałym. Miał swoje problemy, swoje historie, nie był ideałem z plakatu, ale był prawdziwy. Pocałował mnie przedostatniego dnia, pod rozgwieżdżonym niebem, gdy wracaliśmy z kolacji. To był delikatny, ostrożny pocałunek, jakby pytał o pozwolenie. Jednak obudził we mnie lawinę emocji, o których istnieniu zapomniałam. Poczułam się pożądana. Poczułam się żywa.

Dzień wyjazdu był słodko-gorzki. Pakowałam walizki, ale tym razem nie czułam tego ciężaru co przy przyjeździe.

– Będę tęsknił za panem Tomkiem – powiedział Michał, zapinając kurtkę.

– Ja też, synku. Ja też.

Zeszliśmy do samochodu. Tomek pomagał pakować narty innym uczestnikom, ale gdy nas zobaczył, podszedł od razu.

– Już uciekacie?

– Czas wracać do rzeczywistości – powiedziałam, uśmiechając się smutno.

– Rzeczywistość nie musi być szara, pamiętasz? – Otworzył mi drzwi kierowcy. – Będę w Krakowie za dwa tygodnie. Mam tam parę spraw. Pomyślałem, że może... może potrzebujecie instruktora? Albo po prostu towarzysza na kawę?

Wyciągnął z kieszeni kartkę z numerem telefonu.

– Zadzwoń. Proszę.

Wzięłam kartkę, czując ciepło jego dłoni po raz ostatni.

– Zadzwonię. Obiecuję.

Gdy wyjeżdżaliśmy z parkingu, spojrzałam w lusterko. Tomek stał i machał nam ręką. Nie czułam już tego paraliżującego strachu przed powrotem do pustego domu. Wiedziałam, że dom jest pusty tylko wtedy, gdy my sami jesteśmy puści w środku. A ja wracałam pełna. Pełna nadziei, nowych wspomnień i pewności, że potrafię wstać po każdym upadku. Marek zostawił mnie z przeszłością, ale Tomek pokazał mi, że przyszłość wciąż należy do mnie. I zamierzam ją wykorzystać najlepiej, jak potrafię.

Karolina, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama