„Po rozwodzie potrzebowałem remontu nie tylko w domu, ale w i sercu. 7 lat związku wyrzuciłem do kosza razem z bibelotami”
„Stałem na środku salonu, trzymając w ręku kubek z zimną kawą, i patrzyłem na jasną plamę na ścianie, w miejscu, gdzie wisiało nasze zdjęcie ślubne. To był ten moment, w którym człowiek albo się załamuje i zapada w sobie, albo zaczyna działać z maniakalną wręcz energią. Wybrałem to drugie”.

- Redakcja
Myślałem, że jeśli skuję tynk do gołej cegły, zerwę tapety, na które nie mogłem już patrzeć, i wyrzucę te wszystkie sentymentalne bibeloty, to wyrzucę też z siebie ten ciężar. Że zapach nowej farby przykryje zapach jej perfum, który wciąż unosił się w korytarzu, a nowoczesne, surowe meble wypełnią pustkę, którą po sobie zostawiła. Byłem przekonany, że to te cztery ściany są przesiąknięte porażką naszego małżeństwa. Myliłem się. Kiedy opadł pył, a wiertarka ucichła, została tylko cisza. Głośniejsza i bardziej przerażająca niż kiedykolwiek wcześniej.
Musiałem zbudować swój świat na nowo
Decyzja o remoncie zapadła w ułamku sekundy, dokładnie w trzeci dzień po tym, jak Magda zabrała ostatnie kartony. Stałem na środku salonu, trzymając w ręku kubek z zimną kawą, i patrzyłem na jasną plamę na ścianie, w miejscu, gdzie wisiało nasze zdjęcie ślubne. To był ten moment, w którym człowiek albo się załamuje i zapada w sobie, albo zaczyna działać z maniakalną wręcz energią. Wybrałem to drugie. Czułem, że jeśli nie zmienię tej przestrzeni, to ona mnie przytłoczy. Każdy kąt krzyczał o tym, co straciłem.
Beżowe ściany, które wybieraliśmy razem przez dwa tygodnie, teraz wydawały mi się mdłe i irytujące. Zasłony w kwiaty, które Magda uwielbiała, drażniły mnie swoją naiwną radością. Nawet dębowy parkiet, o który tak dbaliśmy, skrzypiał w miejscach, w których ona zazwyczaj stawiała kroki. Czułem się jak intruz we własnym życiu, jak kustosz w muzeum upadłej cywilizacji.
Musiałem to zniszczyć. Musiałem zbudować swój świat na nowo, od podstaw, na własnych zasadach. Wyjąłem telefon i zamówiłem kontener na gruz. Godzinę później byłem już w markecie budowlanym, ładując na wózek ciężkie worki z gładzią szpachlową, puszki z farbą i najdroższe, najbardziej profesjonalne narzędzia, jakie mieli. Chciałem, żeby bolało mnie ciało, żeby zmęczenie fizyczne zagłuszyło ten nieznośny szum w głowie. Chciałem zedrzeć z tego mieszkania każdą warstwę naszej wspólnej historii.
Zmiany są potrzebne
Zacząłem od sypialni. To tam najtrudniej było mi wchodzić. Pierwsze uderzenie młotem w ściankę działową, którą kiedyś postawiliśmy, by wydzielić małą garderobę, dało mi dziwną, dziką satysfakcję. Huk, pył wdzierający się do nosa i oczu, sypiący się gruz – to było oczyszczające. Z każdą kolejną demolką czułem, jakby ubywało mi lat. Przez pierwszy tydzień pracowałem dzień i noc. Wstawałem o świcie, brałem szybki prysznic i od razu chwytałem za szpachelkę. Wieczorami padałem na materac rzucony w kuchni – jedynym pomieszczeniu, które zostawiłem na koniec – i zasypiałem kamiennym snem, zbyt zmęczony, by śnić czy myśleć.
Wtedy pojawiła się pani Krystyna, moja sąsiadka z dołu. Zawsze mieliśmy dobre relacje, choć ograniczały się do uprzejmego dzień dobry i odbierania paczek. Tym razem zapukała dość stanowczo. Otworzyłem drzwi, cały biały od pyłu, w masce przeciwpyłowej zsuniętej na brodę. Pani Krystyna trzymała w rękach talerz z ciastem drożdżowym. Pachniało tak domowo, że aż ścisnęło mnie w żołądku.
– Trochę u pana głośno, panie Łukaszu – powiedziała, próbując zajrzeć mi przez ramię do zdewastowanego przedpokoju. – Ale rozumiem, zmiany są potrzebne. Tylko czy to aby nie za duża rewolucja na raz?
Uśmiechnąłem się krzywo, przyjmując talerz.
– Musi być głośno, żeby potem było cicho, pani Krystyno. Wszystko musi zniknąć. Robię generalny porządek.
Starsza kobieta spojrzała na mnie tym swoim przeszywającym wzrokiem, jakby widziała więcej, niż chciałem pokazać.
– Szkoda, że Magdy nie ma – westchnęła, a ja poczułem ukłucie w klatce piersiowej. – Ona miała takie dobre oko do kolorów. Pamiętam, jak się cieszyliście z tego remontu pięć lat temu. Młodzi, zakochani...
To było ostatnie, czego potrzebowałem – przypomnienia, że kiedyś byliśmy szczęśliwi.
– To już przeszłość – uciąłem, może trochę zbyt szorstko. – Teraz będzie nowocześnie. Minimalistycznie. Bez zbędnych emocji.
Pani Krystyna pokiwała głową, ale w jej oczach widziałem smutek.
– Ściany to tylko ściany, dziecko. Możesz je malować i sto razy, ale domu nie buduje się z cegieł.
Zamknąłem drzwi, opierając się o nie plecami. Serce biło mi jak oszalałe. Złość na sąsiadkę mieszała się z irracjonalnym gniewem na Magdę. Dlaczego wszyscy musieli mi o niej przypominać? Czy nie miałem prawa do własnego, nowego życia?
Chciało mi się płakać
Najgorszy moment przyszedł w połowie drugiego tygodnia. Opróżniałem ostatnie szafki w salonie, te, do których rzadko zaglądaliśmy. Byłem pewien, że Magda zabrała wszystko, co było dla niej ważne. Ja wyrzuciłem już większość pamiątek – bilety z kina, magnesy na lodówkę, jakieś stare kartki urodzinowe. Wszystko lądowało w wielkich, czarnych workach na śmieci. Nie patrzyłem, nie czytałem, po prostu wyrzucałem. Ale za rzędem starych albumów o architekturze, wciśnięte w sam kąt, leżało małe, drewniane pudełko. Nie pamiętałem go. Było zakurzone, proste, bez żadnych zdobień. Usiadłem na podłodze, otoczoną folią malarską, i otworzyłem wieczko.
W środku nie było biżuterii ani pieniędzy. Był tam stos serwetek z różnych kawiarni i restauracji. Na każdej z nich coś było nabazgrane moim lub jej pismem. Wyjąłem pierwszą z brzegu. To była serwetka z pizzerii, w której byliśmy na drugiej randce. A na niej nasze wspólne marzenia i kilka punktów: 1. Zwiedzić Peru. 2. Przygarnąć psa ze schroniska. 3. Nigdy nie stać się nudnymi dorosłymi. 4. Kochać się nawet jak będziemy starzy i pomarszczeni. Poczułem, jak gardło mi się zaciska. Przeglądałem kolejne. Rysunki domów, które chcieliśmy zbudować. Projekty ogrodu. Imiona dla dzieci, których nigdy nie mieliśmy. To była kronika naszych marzeń, tych najbardziej niewinnych, z czasów, gdy wierzyliśmy, że wszystko jest możliwe.
Moja pierwsza reakcja to chęć zniszczenia tego. Chciałem podrzeć te serwetki na strzępy, spalić je w popielniczce. Przecież to były kłamstwa. Dowody na naszą naiwność. Oszustwo. Nie pojechaliśmy do Peru. Nie kupiliśmy psa. Staliśmy się nudnymi, zgorzkniałymi dorosłymi, którzy nie potrafili ze sobą rozmawiać bez podnoszenia głosu. Ale nie potrafiłem. Ręka mi drżała. Siedziałem tam, na środku demolowanego salonu, pośród kurzu i gruzu, trzymając w dłoniach te kruche kawałki papieru, i po raz pierwszy od miesięcy chciało mi się płakać. Nie z wściekłości, ale z żalu. Schowałem pudełko na dno torby z narzędziami. Nie wyrzuciłem go, ale też nie chciałem na nie patrzeć. To był jedyny element przeszłości, który przetrwał czystkę.
Nie chcę zagracać sobie życia
Prace wykończeniowe szły sprawnie. Wybrałem styl skrajnie różny od tego, co mieliśmy wcześniej. Zamiast ciepłych brązów i beży – chłodne szarości, biel i czerń. Zamiast miękkich tkanin – szkło, metal i surowy beton architektoniczny na głównej ścianie w salonie. Zamówiłem sofę – grafitową, o ostrych kształtach, drogą i designerską. Stolik kawowy ze szkła hartowanego. Oświetlenie sterowane aplikacją w telefonie, które pozwalało zmieniać barwę światła, ale nigdy nie ustawiałem go na ciepły, żółty odcień. Wolałem zimne, laboratoryjne światło. Piotr, mój przyjaciel ze studiów, wpadł do mnie, gdy montowałem ostatnie kinkiety. Rozejrzał się po mieszkaniu z uznaniem, ale i z pewnym dystansem.
– Stary, wygląda to jak z katalogu – powiedział, stukając w blat nowej wyspy kuchennej. – Naprawdę imponujące. Ale... nie jest tu trochę za zimno?
– To nowoczesny design, Piotrek. Czysta forma – odpowiedziałem, czując dumę z efektu. – Żadnych zbędnych pierdół. Przestrzeń, oddech. Tego mi brakowało.
– No tak, przestrzeń jest – przyznał, patrząc na pusty salon. – Ale wiesz, brakuje tu... życia? Wygląda to trochę jak lobby w biurowcu. Gdzie będziesz trzymał książki? Gdzie jakiś koc, poduszka?
– Nie potrzebuję kocyków – żachnąłem się. – To jest mój nowy start. Tabula rasa. Nie chcę zagracać sobie życia.
Piotr spojrzał na mnie uważnie. Znaliśmy się od lat, widział mnie w różnych stanach, ale teraz patrzył na mnie jak na obcego.
– Jak uważasz, Łukasz. Jeśli tobie się podoba, to najważniejsze. Tylko pamiętaj, że w laboratorium ciężko się odpoczywa.
Zignorowałem jego uwagi. Uważałem, że po prostu zazdrości mi odwagi. On tkwił w swoim zagraconym mieszkaniu z żoną i dwójką dzieci, potykając się o klocki. Ja miałem wolność. Miałem perfekcję. Miałem ciszę.
Czułem się bardziej samotny
W końcu nadszedł ten dzień. Ostatnia listwa została przyklejona. Folie zerwane. Podłoga umyta trzy razy, aż lśniła tak, że można się było w niej przeglądać. Nowe meble stały na swoich miejscach, co do milimetra zgodnie z moim projektem. Był wtorkowy wieczór. Na zewnątrz padał deszcz, bębniąc o szyby, ale nowe, dźwiękoszczelne okna niemal całkowicie tłumiły ten odgłos. W środku panowała absolutna cisza. Zapaliłem ledowe listwy przy podłodze, które rzucały chłodną poświatę na betonową ścianę.
Wyglądało to genialnie. Jak sesja zdjęciowa do magazynu wnętrzarskiego. Żadnego pyłku, żadnej rysy, żadnego niepasującego elementu. Byłem z siebie dumny. Dokonałem tego. Wymazałem Magdę z tego mieszkania. Nie było tu ani jednej rzeczy, którą ona by wybrała. To było w stu procentach moje królestwo. Zrobiłem sobie herbatę w nowym, czarnym kubku i poszedłem do salonu. Usiadłem na środku dywanu – jedynego miękkiego elementu, choć i on był w kolorze antracytu. Oparłem się plecami o nową sofę.
Czekałem na ulgę. Czekałem na to uczucie triumfu, wolności, które miało nadejść wraz z końcem remontu. Wyobrażałem sobie ten moment od tygodni: ja, pan na włościach, wreszcie wolny od przeszłości, cieszący się nowym życiem. Ale ulga nie nadchodziła. Zamiast niej, poczułem chłód ciągnący od podłogi. Rozejrzałem się dookoła. Mieszkanie było piękne, tak. Ale było też martwe. Echa moich własnych myśli wydawały się odbijać od tych gładkich, twardych powierzchni ze zwielokrotnioną siłą. Odstawiłem kubek na szklany stolik. Dźwięk odkładanej ceramiki był ostry, nieprzyjemny. Wtedy to do mnie dotarło. Nie było tu Magdy. Nie było jej rzeczy. Nie było jej zapachu. Nie było naszych wspólnych pamiątek. Usunąłem wszystko. A mimo to, czułem się bardziej samotny niż w dniu, w którym się wyprowadziła.
Zacznę od siebie
Wstałem i podszedłem do wielkiego okna balkonowego. Zamiast zasłon zamontowałem rolety, ale teraz były podniesione. W ciemnej szybie widziałem swoje odbicie. Zmęczona twarz, cienie pod oczami, sylwetka człowieka stojącego w idealnym, pustym akwarium. Zrozumiałem wtedy, co próbowała mi powiedzieć pani Krystyna i co sugerował Piotr. Remontowałem mieszkanie, jakbym chciał zremontować swoją duszę. Szpachlowałem dziury w tynku, myśląc, że szpachluję dziury w sercu. Malowałem ściany, żeby przykryć swoje błędy.
Ale to nie mieszkanie było problemem. To nie kolor ścian sprawił, że przestaliśmy ze sobą rozmawiać. To nie układ mebli spowodował, że oddaliliśmy się od siebie tak bardzo, że powrót stał się niemożliwy. To ja. To my. To nasze zaniechania, nasza duma, nasz brak umiejętności słuchania. Zmieniłem scenografię, ale aktor pozostał ten sam. Ten sam zgorzkniały, uciekający od emocji facet, który myśli, że problem rozwiąże się, jeśli wyrzuci go do śmieci albo zamaluje drogą farbą.
Samotność nie czaiła się w starych tapetach. Ona siedziała we mnie. W mojej niezdolności do przyznania się do błędu. W moim chłodzie, który teraz tak idealnie odzwierciedlały te szare ściany. Stworzyłem wnętrze idealnie pasujące do mojego stanu ducha – piękne, zimne i puste. Wróciłem na środek pokoju. Usiadłem z powrotem na podłodze. Wyciągnąłem telefon, ale nie miałem do kogo zadzwonić. Magda pewnie układała sobie życie na nowo. Piotr spał w swoim "zagraconym" domu, otoczony ludźmi, którzy go kochają. A ja? Ja miałem swoje designerskie lampy i idealnie gładkie ściany.
Sięgnąłem do kieszeni spodni, gdzie wciąż nosiłem klucz do skrzynki z narzędziami. Wiedziałem, że na jej dnie leży to drewniane pudełko z serwetkami. Jedyne, co było tu prawdziwe. Jedyne, co miało jakąkolwiek wartość, mimo że było tylko stosem makulatury. Nie wyciągnąłem go jednak. Jeszcze nie teraz. Po prostu siedziałem w tej idealnej ciszy, pozwalając, by prawda wreszcie do mnie dotarła. Ucieczka się skończyła. Nie było już nic do remontowania. Teraz musiałem zacząć żyć w tej ruinie, którą byłem ja sam, i spróbować zbudować coś, co nie będzie z betonu i szkła. Patrzyłem na te perfekcyjne kąty i wiedziałem jedno – następnym razem, jeśli w ogóle będzie jakiś następny raz, nie zacznę od ścian. Zacznę od siebie.
Łukasz, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W walentynki zrobiłam coś, czego wciąż żałuję. Wyrzuty sumienia za tamten wieczór gryzą bardziej niż wełniany sweter”
- „Nie lubię walentynek, bo zawsze spędzam je sama. W tym roku chciałam odczarować fatum, ale historia lubi się powtarzać”
- „W walentynki wystawiłem mojej dziewczynie walizki za drzwi. Po tym, co nawywijała, nie chcę jej dłużej znać”